Polscy biathloniści rozpoczęli w tym roku nowy etap. Kadra narodowa mężczyzn przygotowuje się bowiem do sezonu olimpijskiego pod okiem nowego trenera. Uros Velepec przyszedł do naszego kraju jako szkoleniowiec niezwykle utytułowany i doświadczony.
58-latek ze Słowenii pełni funkcję pierwszego trenera na poziomie najwyższej rangi zmagań od 2007 roku. Prowadził już takie gwiazdy, jak Jakov Fak czy Benedikt Doll. W swojej karierze odpowiadał za formę m.in. reprezentacji Ukrainy, a w ostatnim czasie Niemiec.
ZOBACZ WIDEO: Robert Kubica wspomina potworny wypadek. "Nie jestem już tym samym człowiekiem"
Szkoleniowiec może pochwalić się tym, że doprowadził łącznie szesnastu biathlonistów do medali mistrzostw świata. Trzy z nich zdobył z kadrą naszych zachodnich sąsiadów w ostatnim sezonie.
Prowadził drużynę biathlonowych "wyjadaczy" z sukcesami. Czemu więc zdecydował się na zupełną zmianę i objęcie sterów Biało-Czerwonego zespołu? O Polakach, przygotowaniach oraz planach na przyszłość opowiedział w rozmowie z nami.
Mateusz Wasiewski, WP SportoweFakty: Witamy w Polsce, trenerze. Jak się panu u nas podoba?
Uros Velepec, nowy trener polskich biathlonistów: Moje odczucia są bardzo pozytywne. Przede mną zupełnie nowe wyzwanie z nowym zespołem, który jest utalentowany i zmotywowany do pracy. Powróciłem do korzeni kariery trenerskiej. Rozpoczynałem ją w Słowenii na szczeblu juniorskim.
Miło słyszeć takie słowa o naszych zawodnikach. Jak trener może ich szerzej opisać?
Po czterech miesiącach współpracy uważam, że to bardzo porządna, skromna i ukształtowana grupa osób. Mamy bardzo dobrą atmosferę w zespole. Są różne charaktery, ale w grupie zawsze to tak wygląda.
Wygląda na to, że wasza współpraca rozpoczęła się obiecująco.
Tego lata Polacy poczynili postępy, choć już w poprzednich latach wykonali naprawdę dobrą pracę z trenerem Rafałem Lepelem. Wiadomo, każdy oczekuje jak najszybszych postępów. Postaramy się je uzyskać.
Wyniki podczas letnich sprawdzianów okazały się zadowalające, ale chłopaki będą musieli przenieść to na rywalizację podczas sezonu zimowego.
Zanim przejdę do tematu samych przygotowań, nie mogę nie zapytać o kulisy podjęcia pracy w Polsce. Co sprawiło, że przejął pan grupę zawodników na zupełnie innym etapie kariery?
Wielu moich znajomych i przyjaciół było zdziwionych tą decyzją. Pytali mnie o jej powody. Niemcy nie ukrywali zszokowania tym, że zrezygnowałem z prowadzenia kadry po zdobyciu trzech medali mistrzostw świata. Sugerowali, że to krok wstecz. Odpowiadałem im, że dla mnie to pójście do przodu.
Mam 58 lat. Pracuję jako główny szkoleniowiec na poziomie Pucharu Świata od 2007 roku. Trzeba czerpać przyjemność z pracy, gdy przebywa się ponad 200 dni w roku poza domem. Kiedy tej frajdy nie ma, musisz pomyśleć nad czymś innym.
W Niemczech odczuwałem ogromną presję. Pracowałem w bardzo dużej federacji, naprawdę wielu ludzi patrzyło mi na ręce na każdym kroku. To nie tak, że przestałem dźwigać presję. Z każdej decyzji musiałem się jednak dokładnie tłumaczyć. Bardzo zmęczyła mnie cała biurokracja i polityka sportowa.
Jak mógłby trener porównać polski oraz niemiecki zespół?
Oczywiście główną różnicą jest średni wiek. W Niemczech to ponad 30 lat, w Polsce około 22. To dwa pełne cykle olimpijskie. Ponadto w doświadczonych zespołach z medalami imprez mistrzowskich pracuje się tylko nad małymi detalami. W takiej drużynie jak Polska możesz się skupić na ogólnym rozwoju biathlonistów.
Nie czuję z tego powodu żadnej presji przed nadchodzącym sezonem. Jak na razie nie mamy nic. Minionej zimy nasz najlepszy biathlonista był 57. w klasyfikacji generalnej. Przestrzeń do rozwoju jest więc ogromna. Skupiamy się na podstawach, tj. technika biegu, szybkość strzelania.
W kwestii samych przygotowań uważam, że nie mamy gorszych warunków do treningu niż w Niemczech. Bardzo doceniam pracę oraz starania Polskiego Związku Biathlonu, a także pomoc ze strony ministerstwa sportu i komitetu olimpijskiego.
Mamy wszystko, czego potrzebujemy. Zawodnicy mogą też liczyć na bardzo dobry serwis i narty, co jest jedną z kluczowych kwestii w naszym sporcie.
Co trener musiał najbardziej zmienić w okresie przygotowawczym? Jak wyglądają treningi?
Patrzę na szerszy obraz. Kiedy objąłem stery reprezentacji Polski, postawiłem wraz z prezes Joanną Badacz jasny cel zakładający długi okres współpracy. To projekt na lata. Obecnie ważne są dla nas obszary, w których zawodnicy mają największe rezerwy. Każdy zawodnik ma słabsze strony. Na nich się skupiamy.
Za wami sprawdzian na mistrzostwach Polski. Jakie wnioski wyciągnął z nich trener?
Cieszę się, że sześciu zawodników stanęło na podium! To oznacza, że każdy z nich zanotował przynajmniej jeden bardzo dobry wyścig. Każdy też popełnił błędy, ale na tym etapie to nic złego. To znak, że jeszcze nie osiągnęliśmy docelowego poziomu. Pewnie nie dokonamy tego w tym sezonie, ale w przyszłości przyjdą efekty.
Trener podkreśla, że zawiązaliście długofalową współpracę. A co pana zadowoli w nadchodzącym sezonie?
Głównym celem jest budowa zespołu na kolejne cztery lata. Musimy znaleźć sześciu najlepszych zawodników, którzy pokażą odpowiedni potencjał, podejście do trenowania i dyscyplinę. Z nimi wkroczymy w kolejny cykl olimpijski. Chcemy w 2030 roku rozmawiać o wysokich lokatach, być może nawet o podium.
W tym roku ważne jest, aby zawodnicy nie popełniali błędów przez nadmierny stres. Muszą iść na całość we wszystkich startach. Chciałbym, żeby każdy z nich zanotował progres względem poprzedniej zimy. Nad tym pracujemy. W tym momencie nie mam pojęcia, jak daleko możemy zajść. Inni przecież nie śpią.
Z jakim nastawieniem wejdziecie więc w nadchodzący sezon?
Skupimy się na każdym starcie osobno. Mam też nadzieję, że Polacy w sztafecie udowodnią, że potrafią regularnie walczyć o miejsce w czołowej dziesiątce - nie tylko wtedy, gdy innym zespołom kompletnie nie wyjdzie bieg.
Nie chcemy czekać na błędy innych, tylko być wystarczająco dobrzy, aby walczyć o wysokie loty. Musimy podnosić poprzeczkę. To dla mnie naprawdę ważne. Skuteczność pracy trenera powinna być weryfikowana na podstawie najsłabszych, a nie najlepszych wyników.