Miał prywatny numer do Trumpa i negocjował z nim milionowe kontrakty

Newspix / KAMIL KRZACZYNSKI  / Na zdjęciu: Ziggy Rozalski
Newspix / KAMIL KRZACZYNSKI / Na zdjęciu: Ziggy Rozalski

Negocjował z Donaldem Trumpem, do dziś ma jeden z największych warsztatów samochodowych w metropolii nowojorskiej, a w jego garażu stoi kilkanaście luksusowych aut wartych 12 mln dolarów. Ziggy Rozalski to dowód, że american dream może się spełnić.

Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Jest pan jednym z nielicznych Polaków, którzy mogą się pochwalić, że dość regularnie współpracował z Donaldem Trumpem.

Ziggy Rozalski, doradca Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka: Do dzisiaj mam satysfakcję, że jestem jednym z nielicznych Polaków, który miał prywatny numer telefonu do Donalda Trumpa. To wielki fan boksu, wielokrotnie odwiedzał Andrzeja Gołotę w szatni przed walkami. Dzięki niemu Gołota zarobił miliony.

A to właśnie pan reprezentował go w kontaktach z Trumpem. Trudno było prowadzić negocjacje z przyszłym prezydentem USA?

Pewnie każdy ma inne zdanie na temat umiejętności politycznych Trumpa, ale jako biznesmen był legendą. Rozmowy z nim to była przyjemność, a wbrew pozorom negocjacje nie były jakoś szczególnie trudne. Gdy siadaliśmy do rozmów na temat organizacji walki Andrzeja Gołoty w okolicy jego kasyn w Atlantic City, to doskonale zdawał sobie sprawę, że to my mieliśmy lepszą pozycję negocjacyjną.

ZOBACZ WIDEO: Polak zdecydowany na wielki transfer. "Określiłem cele"

Czyli nie było między wami konfliktów?

Nigdy nie doszło do żadnej sprzeczki, czy trudniejszych rozmów. Trump zwykle płacił tyle, ile chcieliśmy, a wszystkie ustalenia były realizowane zgodnie z umową. Mam wrażenie, że Andrzej Gołota mógł liczyć u Trumpa na specjalne traktowanie.

Dlaczego?

Pamiętam, jak Trump śmiał się w rozmowie ze mną, że Gołota jest dla niego drugim Polakiem po papieżu. W tamtych czasach każdy chciał oglądać walki Andrzeja, a to przekładało się na zajętość pokoi hotelowych i obrót kasyn. Zawsze mieliśmy mnóstwo ofert na stole od różnych promotorów. Każdemu zależało, by mieć z nami relacje wykraczające poza typowo sportowe sprawy.

Czy to znaczy, że mieliście okazję gościć w rezydencjach Trumpa?

U Trumpa akurat nie, ale regularnie gościliśmy u Dona Kinga. To był świat niewyobrażalnych pieniędzy. Pamiętam, jak King śmiał się podczas jednego z grillów, że przez zamiłowanie do tej formy spędzania wolnego czasu musiał wykupić posiadłość swojego sąsiada. Tamtemu tak przeszkadzał dym z grilla, że ostatecznie King wyłożył 15 mln dolarów za posiadłość sąsiada, by kontynuować imprezy w ogrodzie już bez narzekań sąsiada.

Pan też może pochwalić się sporym majątkiem. Do dzisiaj jest pan aktywnym biznesmenem?

Gdybym nie pracował, to pewnie od razu bym umarł. Muszę być ciągle w ruchu. Prowadzę warsztat samochodowy i zajmuję się nieruchomościami. W warsztacie obsługujemy 130 klientów tygodniowo i jesteśmy największym takim zakładem w metropolii nowojorskiej. To nie jest lekki biznes, bo ogromne pieniądze trzeba włożyć na specjalistyczne maszyny. Nie tak dawno zliczałem wartość sprzętów w zakładzie i wyszło mi, że mam tam zainwestowane przynajmniej 30-40 milionów dolarów. Do tego dochodzą hale produkcyjne i wiele budynków gospodarczych. Mówimy o gigantycznej przestrzeni, która ciągnie się przez dwie ulice. Zatrudniam około 60 osób.

Od zawsze dużo mówiło się o pana miłości do motoryzacji i kolekcji luksusowych aut. To aktualne?

Niestety coraz częściej na samochodach leży kurz, bo nie mam nimi gdzie jeździć, ale nie myślę się ich pozbywać. Mam dwa wartościowe Rolls Royce - Cullinan oraz zabytkowy egzemplarz z 1923 roku. Do tego Bentleya, Ferrari, czy Maybacha. W sumie jest ich kilkanaście, a ich wartość to od 8 do 12 mln dolarów.

A ile ma pan mieszkań?

Mam ogromną liczbę nieruchomości, bo skupuję je od 1979 roku, a jeszcze nigdy nie sprzedałem choćby jednego mieszkania. Nie chcę mówić o konkretnej liczbie, ale faktycznie mam ich bardzo, bardzo dużo. Miałem szczęście, bo w okolicy, w której mieszkam i działam biznesowo, są obecnie najwyższe czynsze w całym kraju. Gdy co miesiąc zbieram czynsze, to czuję się jakbym właśnie miał urodziny.

Jeden z pana znajomych opowiadał mi, że w restauracjach i innych miejscach zostawia pan napiwki po sto dolarów. Jest pan aż tak hojny?

Wywodzę się z bardzo biednej, wiejskiej rodziny z Wichulca koło Brodnicy. W rodzinnym domu nie było prądu ani wody. Wychodzę z założenia, że jeśli mi się udało, to trzeba pomóc innym. Nie mam problemu, by portierowi zostawić napiwek 100 dolarów, a kucharzom po 300 dolarów. Skoro mnie stać, to mogę się podzielić. Do grobu wszystkiego nie zabiorę. Miałem szczęście, że wspólnie z rodziną wyjechałem jako 15-latek do USA. Ten kraj jest stworzony do robienia interesów. Zaczynałem od wożenia ludzi limuzyną, a od tego czasu wyszedł mi praktycznie każdy biznes, w który wszedłem.

Wiele lat temu chwalił się pan, że odkupił wielki klub fitness Rocky Marciano Gym. Dalej jest pan jego właścicielem?

Pamiętam, że najpierw pożyczałem właścicielowi sprzęt budowlany, a potem także pieniądze. Miał problem z oddaniem pożyczki, więc zgodziłem się dopłacić i odkupić od niego trzypiętrową siłownię. To był niesamowity biznes, bo w najlepszym okresie potrafiłem mieć 8-10 tysięcy członków, którzy płacili po 80 dolarów miesięcznie. Byłem w stanie wyciągnąć z tego interesu nawet 4-5 mln dolarów rocznie.

Dlaczego ostatecznie zrezygnował pan z prowadzenia tej siłowni?

Jestem właścicielem budynku, ale obecnie jedynie go wynajmuję. To pochłaniało zbyt dużo mojego czasu, bo siłownia musi być otwarta od szóstej rano do 23 i zawsze coś tam się dzieje. Największe awantury były o gatunek puszczanej muzyki. Nie chciało mi się już zajmować takimi problemami.

Dlaczego nigdy nie został pan liczącym się promotorem boksu?

Gołocie i Adamkowi pomagałem, bo się z nimi przyjaźniłem. Zawsze jednak uważałem, że biznes pozasportowy jest dużo łatwiejszy. Widziałem, co wyprawiali różni zawodnicy, a po chwili ich problemy stawały się problemami promotorów. Dziwię się Andrzejowi Wasilewskiemu, że ciągle chce mu się organizować gale. Ma mnóstwo pobocznych interesów, które pewnie szłyby jeszcze lepiej, gdyby zajął się tylko nimi.

To na czym polegała pana rola w karierze obu bokserów?

Gołocie i Adamkowi pomagałem przede wszystkim w ich biznesach. Chciałem im pokazać, jak robi się pieniądze. I udało się, bo dzisiaj są majętnymi ludźmi, a pieniądze z boksu dobrze zainwestowali. Adamkowi pomagałem w kupieniu sześciu sporych domów z kilkoma apartamentami, które do dziś wynajmuje. Mieszka dwie minuty ode mnie, a jego dom też jest dzisiaj warty dwa miliony dolarów.

Nie jest pan jednak w komfortowej sytuacji, bo dość mocno się poróżnili i dziś już nie utrzymują kontaktu. Czy próbował ich pan pogodzić?

Od początku uważałem, że ich walka nie była do niczego potrzebna. To był bratobójczy pojedynek, a ja od początku byłem temu przeciwny. Oczywiście wszystkiemu winne były pieniądze. Tragicznie zmarły Piotr Nurowski i stacja Polsat oferowały wtedy im po milionie dolarów. Na ówczesne czasy to były gigantyczne pieniądze, bo mowa o roku 2009.

To musiało się tak skończyć?

Gdy w grę wchodziły ambicje i możliwa zazdrość, to wszystko poszło bardzo szybko. Od początku czułem, że będą z tego same kłopoty, więc nawet nie pojawiłem się na tej gali. To nie było mądre z ich strony. Adamkowi chodziło jednak przede wszystkim o pieniądze.

Nie ma pan wrażenia, że Tomasz Adamek zbyt mocno jest skoncentrowany na pieniądzach i robi rzeczy, które - delikatnie rzecz ujmując - nie przynoszą mu sławy?

Tomasz Adamek to legendarny polski bokser, ale niestety w ostatnich latach robi wszystko, by ośmieszyć swój wizerunek. Wejście w dziwny świat freak-fightów to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował. Mówiłem mu o tym milion razy, ale chyba większy dar przekonywania ma Mateusz Borek, który ciągnie go w tamtą stronę. Mam wrażenie, że Adamkowi wciąż w głowie są tylko pieniądze. Przykro się patrzyło, jak na ostatniej gali zbił go zawodnik, który z boksem ma niewiele wspólnego. Nie rozumiem tego, bo przecież Adamek zarobił już gigantyczne pieniądze.

To znaczy ile?

Dokładna kwota jest trudna do policzenia, bo tych walk było bardzo dużo. Z tego, co pamiętam, to za sam pojedynek z Witalijem Kliczko otrzymał 3-4 miliony dolarów. Nie mogę uwierzyć w to, że zawodnika, który zarobił w karierze kilkadziesiąt milionów dolarów, ciągle motywują pieniądze. Jako kolega Adamek jest supergościem, ale ja nie zmienię swojego zdania na temat jego udziału w tej parodii sportów walki. Może jak ostatnio dostał po głowie, to czegoś się nauczył i zmądrzeje. Oby to tylko nie skończyło się problemami zdrowotnymi.

Bardzo mocno wspierał pan w karierze Gołotę i Adamka, ale kolejnemu Polakowi, czyli Mariuszowi Wachowi już nie chciał pan pomóc. Dlaczego?

Moja żona i córki nie chciały słyszeć, bym znów miał się zaangażować w boks. Musiałem ich posłuchać. Na miejscu Wacha wstydziłbym się jednak wziąć za walkę z Władimirem Kliczko aż tak małe pieniądze. Walczył dużo później niż Adamek, a zarobił mniej niż milion dolarów. Dużo osób kręciło się wokół Wacha, a nic z tego nie wyszło.

Czy w USA pojawi się jeszcze kiedyś jakiś polski bokser, który zrobi podobną karierę do tej Gołoty i Adamka?

Nie wygląda na to, by kiedykolwiek jakiś inny polski bokser był w stanie przyciągnąć przed telewizory choćby część widowni, którą przez lata gromadzili wokół siebie Andrzej Gołota i Tomasz Adamek. Gołota to był ewenement, bo mam wrażenie, że to pierwszy Polski sportowiec, za którym szły miliony kibiców. Adamek potem po prostu przejął jego fanów i kontynuował dzieło w USA. Wtedy też była koniunktura na boks, której już dawno nie ma. Tych historii raczej nie da się powtórzyć.

Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty

Komentarze (41)
avatar
itp
2.12.2025
Zgłoś do moderacji
0
0
Odpowiedz
Moja historia jest podobna do innych ale kiedy nie masz od wielu lat do kogo się odezwać  to piszesz bo myślisz że ktoś słucha ? Zaoszczędzone środki na czarną godzinę zostały wyczerpane a zadł Czytaj całość
avatar
Aras Antek
1.12.2025
Zgłoś do moderacji
4
1
Odpowiedz
Poziom wypowiedzi podobny ....więc chyba dlatego się dogadywali 
avatar
Wojciech Szturo
30.11.2025
Zgłoś do moderacji
5
1
Odpowiedz
nic rodząc się nie przyniosłeś i nic po smierci ze sobą nie zabierzesz 
avatar
felek-pantofelek
30.11.2025
Zgłoś do moderacji
3
0
Odpowiedz
Pieniądze w boksie i sportach walki są duże bo widzowie chcą oglądać jak walą się po łbach do krwi a często kalectwa i bulą spore pieniądze za oglądanie. Pośrednicy też na tym nie źle wychodzą Czytaj całość
avatar
Janek Malinowski
30.11.2025
Zgłoś do moderacji
9
2
Odpowiedz
I co w związku z tym ? A pomyślał , że zarabia na tym , że inni tracą zdrowie ? 
Zgłoś nielegalne treści