Tymoteusz Kucharczyk jest największym talentem polskiego motorsportu od czasów Roberta Kubicy. Przed sezonem 2026 miał oferty z Formuły 2, ale musiał je odrzucić ze względu na braki finansowe - od kierowców F2 wymaga się wniesienia nawet 1,5-2 mln euro do budżetu zespołu. Dlatego 20-latek podjął odważną decyzję o przeniesieniu się do USA.
Kucharczyk wybrał starty w Indy NXT, serii prowadzącej do IndyCar, amerykańskiego odpowiednika Formuły 1. Już w debiutanckim sezonie zachwycił Amerykanów - wygrał kilka wyścigów i kilkukrotnie sięgał po pole position. Cały cykl zakończył na trzecim miejscu w "generalce", minimalnie przegrywając walkę o tytuł. Wynik Polaka zrobił wrażenie na ekspertach, bo miał on zerowe doświadczenie na amerykańskich torach, które mocno różnią się od tych w Europie.
ZOBACZ WIDEO: Bolid F1 wjechał na tory. Zaskakujące obrazki w metrze
W trakcie sezonu Polak zwrócił też na siebie uwagę jednego z zespołów F1, który zaproponował mu prywatne testy bolidem i ocenę umiejętności pod kątem przyszłości. - Minął termin i musiałem powiedzieć "nie", bo nie udało się znaleźć wystarczających środków. Szansa przeszła obok, ale nie z mojej winy - mówi Kucharczyk w rozmowie z WP SportoweFakty.
W rozmowie z naszym portalem polski kierowca opowiada o realiach IndyCar, kulisach życia w Stanach Zjednoczonych i doświadczeniach wyciągniętych z sezonu 2026.
Łukasz Kuczera, WP SportoweFakty: Przed sezonem to trzecie miejsce wziąłbyś w ciemno?
Tymoteusz Kucharczyk, trzeci kierowca Indy NXT: Nie wiem, ale myślę, że podium w mistrzostwach na pewno byłoby czymś bardzo satysfakcjonującym dla mnie.
Czym cię zaskoczył ten sezon w Stanach? Bo jeśli gdzieś przegrałeś tytuł, to na torach owalnych.
Sezon z wieloma górkami i dołkami. Naprawdę na torach klasycznych i ulicznych pokazywaliśmy, że jesteśmy jednym z najszybszych bolidów w stawce. Z tego naprawdę jestem dumny. Owale to jest oczywiście druga część historii i nie jest to tak gładkie, jak wygląda z zewnątrz, bo to są tylko dwa zakręty i aż dwa zakręty. Wszystko na owalach musi wyjść dosłownie perfekcyjnie, aby ten wynik przyszedł.
Wyniki nie odzwierciedlają, jak szybcy byliśmy na owalach. W Gateway w kwalifikacjach byłem w TOP5, tylko potem w wyścigu obraliśmy trochę za bardzo agresywną strategię z dociskiem. Nashville - problemy z silnikiem i tam po prostu nie mogłem nic więcej zrobić. W Milwaukee pokazaliśmy naprawdę dobre tempo, zakwalifikowaliśmy się na drugim miejscu. W wyścigu stało się coś, co trudno wytłumaczyć.
Trzecie miejsce w mistrzostwach w debiutanckim sezonie to jednak sukces. Pozostajesz wierny temu kierunkowi i zobaczymy cię znów w USA w roku 2027?
Na pewno ten sezon był bardzo pozytywny i świetnie mi się tutaj jeździło. Szybko się przystosowałem. Potrzebowałem też powiewu świeżego powietrza po tych wszystkich latach w Europie, gdzie mierzyłem się z różnymi układami i układzikami.
W Stanach poczułem się po prostu jakbym wchodził w nowe środowisko, całkowicie nieznane i już w pierwszym roku pokazałem, na co mnie stać. Jak mam być szczery, to przybywałem tutaj z planem dwuletnim bardziej, bo miałem świadomość, że w pierwszym roku wiele rzeczy może nie wypalić. To, co miałem pokazać, co miałem udowodnić w tym sezonie, to udowodniłem.
Co przyniesie przyszłość? Zobaczymy. Jest jeszcze wcześnie. Sezon amerykański kończy się bardzo szybko w porównaniu do europejskiego. Mamy dopiero początek września. Teraz ten czas poza torem będę musiał wykorzystać na rozmowy ze sponsorami o mojej przyszłości.
W trakcie tego sezonu pojawiła się też propozycja jednego z zespołów F1, abyś odbył testy ich bolidem. Musiałeś zrezygnować z powodu braku budżetu. To ciągle boli?
Oczywiście, że tak. Szansa testów F1 może przyjść tak naprawdę znikąd i właśnie tak się zdarzyło. To może być twoja jedyna szansa, żeby się pokazać w F1. Szkoda, że przez sytuację finansową się nie udało, bo nawet testy mogą otworzyć nowe ścieżki. Jest mi smutno z tego powodu, bo to pokazuje, że ekipy patrzą na mnie i dostrzegają mój potencjał. To jest wyróżnienie, że zespół kojarzy moje nazwisko i zwrócił się z pomysłem odbycia testów. Jednak minął termin i musiałem powiedzieć "nie", bo nie udało się znaleźć wystarczających środków. Szansa przeszła obok, ale nie z mojej winy.
Koszty takich testów? One są różne i dużo tutaj zależy od zespołu, od auta itd. Miałem propozycję testowania bolidu z zeszłego roku, czyli tak naprawdę najlepszą możliwość referencji względem obecnej stawki F1. Niektórzy kierowcy, którzy mają budżet, pewnie zapłacą więcej, niektórzy kierowcy, którzy są np. w akademii talentów, płacą mniej. Sądząc po kwotach, znalazłem się gdzieś pośrodku, ale konkretnych sum zdradzać nie mogę. Na pewno oferta była dobra i dlatego boli to tym bardziej.
A jak Amerykanie cię odbierali?
Wydaje mi się, że bardzo pozytywnie. Szybko zaaklimatyzowałem w tym środowisku. Wiele osób wyciągnęło pomocną dłoń. Bardzo mnie chwalili i pomagali na miejscu. Zarówno ze strony zespołu, jak i ze strony mistrzostw, czy np. komentatorów. Patrząc na wyścigi w tym roku, to mogę powiedzieć, że byłem jednym z kierowców, o których mówiono chyba najwięcej.
Myślę, że taka początkowa sensacja przerodziła się w osobę, która jest tutaj, żeby podbijać Amerykę i walczyć o zwycięstwa. Jestem dumny z tego, że ta perspektywa tak bardzo się zmieniła, że tak wiele osób zauważyło to, że jestem tutaj nie tylko, żeby ładnie wyglądać, ale żeby walczyć o solidne wyniki i walczyć o swoją przyszłość w Stanach.
Powiedziałeś, że chciałeś uwolnić się od układzików w Europie. W amerykańskich wyścigach ich nie ma?
Zawsze są. Motorsport jest dużo bardziej skomplikowany od środka niż wygląda to z zewnątrz. Na całym świecie rządzą pieniądze. Kto przyniesie większy budżet, ten ma większą szansę, żeby zajść dalej. Tak to wygląda w dzisiejszych czasach, że jest ta forma bardziej "pay to win". Ale jest taka sama dla wszystkich.
IndyCar w tym tygodniu ogłosiło nową strategię, że licencja do głównej serii będzie dużo trudniejsza do otrzymania, bo trzeba będzie wygrywać wyścigi w Indy NXT albo być w TOP3 mistrzostw. To ważne dla tych kierowców, którzy nie mają takiego budżetu, w przeciwieństwie do Josha Piersona (kierowcy Indy NXT w tym roku - dop. aut.), który przynosi ekipie 15 mln dolarów na jeden sezon w IndyCar.
Wyzwaniem była przeprowadzka do USA i mieszkanie samemu. Jak sobie z tym poradziłeś?
To gigantyczna lekcja na całe życie. Nie każdy 20-latek może się wyprowadzić z domu, ale nie mówię tutaj o innym mieście czy innym kraju, ale o całkowicie innym kontynencie. To gigantyczny przywilej, że dostałem taką możliwość. Jest wiele rzeczy, które się dzieją poza torem i myślę, że to też był duży sprawdzian mój, a także moich rodziców, że w ogóle pozwolili mi tutaj wyjechać, że mi zaufali.
Mój profesjonalizm w tym roku wszedł na całkowicie inny poziom. Musiałem być dużo bardziej samowystarczalny. Rozwinąłem się jako człowiek, mocno dojrzałem, mam dużo większą świadomość i perspektywę na wiele innych rzeczy, szczególnie tych poza torem. Jako sportowiec też jestem w całkowicie innym miejscu niż byłem na początku roku.
Czym przejawia się ten wyższy poziom profesjonalizmu?
Myślę, że pod każdym względem się rozwinąłem. Ciężko to wytłumaczyć. Wiem, ile trenowałem i ile czasu spędziłem na przygotowaniach poza torem. Praca z dietetyczką bardzo mi pomogła, praca z trenerami też od strony mentalnej, żeby mnie uspokoić przed wyścigami. Początkowo myślałem, że to jest całkowicie niepotrzebne, że to, co pokazuję na torze, jest wystarczające. Jednak trzeba mieć świadomość, że im wyżej jesteś, tym wyższy jest poziom, a kierowcy przykładają się nie tylko do samej jazdy. Ten sezon uświadomił mi, że samym talentem nie zajdę tak daleko jakbym chciał.
Bolidy w USA są dużo bardziej fizyczne niż w Europie, tory wymagają dużo większej siły, więc sam musiałem trochę przybić masy i siły, żeby po prostu komfortowo jechać tymi samochodami na takich torach jak Laguna Seca. Medialnie też zrobiliśmy gigantyczny krok do przodu. W ostatni weekend przekroczyłem 100 tys. obserwujących na moim profilu na Instagramie. Poza torem też wiele rzeczy się zgrało, choćby kwestia sponsorów. Naprawdę wiele osób mi pomogło w tym roku, wiele firm polonijnych na mnie postawiło.
Ruszyłeś też z inicjatywą "Wielcy Polacy". Na twoim bolidzie były wizerunki wybitnych Polaków. Pomysł świetny, ale też pojawił się dlatego, że było wolne miejsce na sponsora na twoim bolidzie...
Faktycznie jest to miejsce, gdzie nowy sponsor mógłby się znaleźć i cały czas to promowaliśmy, ale była to świetna inicjatywa. Pokazywaliśmy wielkich Polaków na amerykańskich torach, przypominaliśmy ich historie i zwracaliśmy uwagę, dlaczego byli tak ważni nie tylko dla Polski, ale też Ameryki. Spotkało się to z bardzo pozytywnym odbiorem kibiców, ale też szefów IndyCar. Oni są bardzo otwarci na takie pomysły. Dla mnie to też była frajda, by wrócić do szkolnych lat i przypomnieć sobie niektóre historie i postaci. Ten projekt miał zresztą wymiar edukacyjny, bo edukował ludzi, jak ważną rolę odegrały osiągnięcia Polaków w historii całego świata.
A czy Amerykanie z IndyCar widzą potencjał, by wypromować Polaka i otworzyć w ten sposób swoje wyścigi na nowy rynek?
Myślę, że tak. Jestem takim trochę ambasadorem Europy i Polski w tym świecie. Pierwszy Polak w serii Indy NXT na takim poziomie, pierwszy Polak z wygranym wyścigiem, pierwszy Polak z pole position, pierwszy Polak na podium mistrzostw. Dużo jest tych "pierwszych razy".
Fajnie, że otwieram nowe ścieżki i pokazuję, że są możliwości dla sponsorów, a także i dla nowych kierowców, szczególnie z Polski. To jest duża wartość dla IndyCar. Polonia tutaj w Stanach dobrze się trzyma. Zaangażowałem Polaków, którzy przyjeżdżali na moje wyścigi, słyszeli o mnie w lokalnych rozgłośniach, polonijnych mediach. Dla IndyCar to wartość dodana, ale zobaczymy. Fajnie, gdyby ten budżet na sezon 2027 był skompletowany i wiedziałbym, co mogę robić w przyszłym roku, ale tak nie jest. Dalej muszę chodzić, rozmawiać ze sponsorami i zbierać pieniądze. Takie jest jednak życie sportowca w obecnych czasach.
Rozmawiał Łukasz Kuczera, dziennikarz WP SportoweFakty
Amerykański sen się ziści?
Wielki talent to teraz musi znaleźć się sponsor z tego środowiska?!
Kubicy też by nie było tam gdzie jest gdyby Czytaj całość