Jedni piszą i mówią o niespodziance. Inni o wielkiej sensacji, a jeszcze inni o skandalu. Bo jak najlepszym sportowcem roku może zostać przedstawiciel sportu, który, cytując: uprawia kilka krajów na krzyż? I to wszystko w roku nieolimpijskim?
Typowa dla tego rodzaju konkursów narodowa drama rozpoczęła się w sobotę, kilka minut po godz. 23, gdy na gali "Przeglądu Sportowego" ogłoszono, że w słynnym plebiscycie na najlepszego sportowca Polski triumfowała Klaudia Zwolińska.
A tymczasem zwycięstwo przedstawicielki kajakarstwa górskiego trudno kwestionować, nawet jeśli wydawało się, że delikatną faworytką tegorocznego plebiscytu jest Iga Świątek, która w nieprawdopodobnym i niezapomnianym stylu wygrała wielkoszlemowy Wimbledon.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Zobacz, co zrobił bramkarz. To był spektakularny gol!
Gdy ogłoszono, że nasza wielka tenisistka zajęła drugie miejsce, wśród dziennikarzy zgromadzonych w jednej z salek Teatru Wielkiego zapanowało poruszenie, nie brakowało zaskoczonych takim wynikiem głosowania.
Ale wyboru dokonywali nie dziennikarze, ale kibice. I jakby zadali kłam poniekąd słusznej tezie, że plebiscyt na najlepszego sportowca roku jest też jednocześnie plebiscytem popularności. Bo przecież pod względem rozpoznawalności tenisistka bije swoją starszą koleżankę o kilka długości.
To jednak Zwolińska odniosła w mijającym roku bardziej spektakularne sukcesy, nawet jeśli w mniej spektakularnej konkurencji.
Ale dwa złote i jeden brązowy medal wywalczone na mistrzostwach świata w Penrith to wynik nieprawdopodobny. Po srebrnym medalu igrzysk olimpijskich w Paryżu kariera 27-latki nabrała niesamowitego rozpędu i nie zamierza się zatrzymywać.
Zachwycała na kajakowym torze, zachwyciła także podczas Gali Mistrzów Sportu. Nie tylko efektowną suknią, ale przede wszystkim swoimi wypowiedziami. Biła z niej elokwencja, błyskotliwość, mądrość, a zwłaszcza autentyczność. Gdy po odebraniu statuetki przekonywała, że jest w szoku, uwierzył jej każdy.
Być może właśnie to miało wpływ na końcowe wyniki plebiscytu? Nie zapominajmy, że 2025 rok był dla Świątek czasem wielkiego sukcesu na trawiastych kortach Wimbledonu, ale także kontrowersyjnych sytuacji i wypowiedzi.
Incydent z ball boyem w Indian Wells, kłótnie ze sztabem podczas meczów czy wybuchy na konferencjach prasowych po pozornie błahych pytaniach - być może te historie odebrały jej głosy w decydującym głosowaniu?
Pozostając przy niespodziankach, wydaje się, że większą od triumfu Zwolińskiej nad Świątek jest wyprzedzenie Roberta Lewandowskiego przez Marię Żodzik. To coś, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się nierealne. Pochodząca z Białorusi skoczkini wzwyż, jeszcze w połowie roku mogła być anonimowa dla większości kibiców polskiego sportu.
Ale wystarczył pamiętny deszczowy finał mistrzostw świata, w którym Żodzik wywalczyła srebrny medal, by, jak widać, trafiła do serc kibiców. W plebiscycie zajęła szóste miejsce, wyprzedzając Lewandowskiego, który strzelał gole jak na zawołanie dla Barcelony i zdobył z nią aż trzy trofea.
Ale wyprzedziła go lekkoatletka, która podobnie jak na MŚ w Tokio, uratowała honor swojej dyscypliny. Gdyby nie ona, królowa sportu nie miałaby żadnego swojego przedstawiciela w najlepszej "10".
W sobotę królową polskiego sportu była jednak Klaudia Zwolińska. I gdy pozowała do kolejnych zdjęć, odpowiadała na dziesiątki pytań dziennikarzy, wcale nie wyglądała, jakby miała dosyć.
- Czy jestem gotowa na taką popularność? Jestem gotowa na wszystko! A kiedy minie szok ze zwycięstwa? Przed Wielkanocą na pewno nie - odpowiedziała nam z typowym dla siebie błyskiem w oku.
Tomasz Skrzypczyński, WP SportoweFakty