Hanaseba wakaru – Gdybym tylko mógł przemówić...

autor: użytkownik usunął konto | 2014-02-13, 05:43 |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|
- ...na pewno byście zrozumieli. – premier Japonii, Tsuyoshi Inukai.

- Dialog nie ma sensu - jego zabójcy.

Incydent z 15-tego maja 1932 roku jest kluczowy dla zrozumienia klimatu, jaki panował w życiu publicznym Japonii w latach poprzedzających wybuch II Wojny Światowej. Nieudanego zamachu stanu dokonali młodzi oficerowie marynarki cesarskiej, we współpracy ze skrajnie prawicową Ligą Krwi. Reakcja społeczna na proces spowodowała jednak, że wyroki, jakie wydał sąd, były wyjątkowo łagodne. Stworzyło to doskonałe warunki do rozwoju militaryzmu, który tak później zaważył na losach nie tylko tej części świata. Lata trzydzieste w Japonii to wzrost znaczenia armii, czas nieudanych przewrotów (przeprowadzanych przez skrajnie nacjonalistycznie nastawionych młodych oficerów i kadetów) i zabójstw urzędników cywilnych. Czas końca wolności prasy, wzrostu znaczenia Kempeitai (japońskiego odpowiednika Gestapo) i uwięzień politycznych.

Początkowo zamachowcy mieli zamiar zgładzić nie tylko pierwszego ministra Inukai, ale również jego syna i odwiedzającego Kraj Wschodzącego Słońca - Charliego Chaplina, których ocaliło to, że akurat byli nieobecni, ponieważ oglądali zawody sumo. Można by było pokusić się o komentarz, że nie tylko uprawianie sportu, ale też kibicowanie to zdrowie. A czasami - wręcz życie.

Sport święcił wtedy tryumfy. Japończycy wracali z kolejnych olimpiad z medalami, a na niwie rodzimej stworzono system edukacji fizycznej, który później służył za wzorzec innym państwom Dalekiego Wschodu. Rozwój dotyczył także tenisa. Od pamiętnego meczu ze Stanami Zjednoczonymi w 1921 roku minęło dziesięć lat. W międzyczasie z gry wycofał się Kumagae, potem Shimizu. Japonia nadal była liczącą się siłą w tenisie, ale tylko raz trafiła w tym czasie do finału międzystrefowego. Wtedy, w 1927 roku najlepszym zawodnikiem Kraju Wschodzącego Słońca był Takeichi Harada – tenisista bez tak spektakularnych sukcesów indywidualnych, jak jego poprzednicy, ale – co warto podkreślić – trzeci w historii Japończyk, którego dziennikarze europejscy i amerykańscy widzieli w pierwszej dziesiątce na świecie. Nie udało mu się jednak doprowadzić drużyny do zwycięstwa nad Muszkieterami.

Harada – w przeciwieństwie do Shimizu i Kumagae, który był dla niego wzorem – nie dokończył studiów w Japonii, ale dyplom uzyskał za to później na Harvardzie. Był kolejnym uformowanym, dorosłym człowiekiem w erze, w której nastoletni geniusze należeli jeszcze do rzadkości.

Inny natomiast los czekał następnego wielkiego tenisistę japońskiego – Jiro Sato. Jeszcze jako student ekonomii na Uniwersytecie Waseda został wytypowany do reprezentacji, która miała zmierzyć się w serii spotkań pokazowych z drużyną paryskiego Racing Clubu. Wtedy, w 1929 roku pokonał w singlu Brugnona, Rodela i Landry'ego, a uległ tylko Cochetowi. Od następnego roku wysyłano go już regularnie na turnieje w Azji i Oceanii, a w 1931r. pojechał wraz z całą reprezentacją do Europy. Warto przy tym wspomnieć, że w tamtych czasach taka wyprawa była prawdziwą tournée. Na wiosnę wszyscy wsiadali w porcie na statek i wracali do Japonii dopiero na jesieni.

Sato zniósł tę podróż dobrze – dotarł do półfinału Otwartych Mistrzostw Francji, gdzie zatrzymał go dopiero po pięciu setach Jean Borotra, zdobył tytuł w deblu na mistrzostwach Holandii, a następnie, na Wyspach Brytyjskich odniósł trzynaście zwycięstw turniejowych w singlu. Na Wimbledonie, gdzie był rozstawiony z ósemką, doszedł do ćwierćfinału, gdzie znów przegrał z Borotrą. (Dla porównania – jedyny Polak, Ignacy Tłoczyński dotarł wtedy do trzeciej rundy.)

Rok później (nie będąc tym razem rozstawionym) ćwierćfinał przebrnął, pokonując w czterech setach aktualnego wciąż mistrza Sidneya Wooda z USA. W półfinale przegrał gładko z Bunnym Austinem, ale tę porażkę powetował sobie poniekąd jeszcze tamtego lata, pokonując w Los Angeles Jerzego Janowicza tamtej epoki – Ellswortha Vinesa. Wcześniej, w trzyrundowym Australian Open przegrał w półfinale z Harrym Hopmanem, a na kortach im. Rolanda Garrosa dotarł do czwartej rundy.

Jako gracz Jiro Sato był produktem zachodnim – nie odznaczał się już techniką, która tak wyróżniała jego wielkich poprzedników; był to już lawn tennis z krwi i kości, a nie – soft tenis. Znany był przede wszystkim ze świetnej techniki uderzeń zarówno po koźle, jak i wolejowych. Na korcie przypominał stereotypowego samuraja – nieprzenikniony, nigdy nie kwestionujący decyzji sędziowskich, zawsze potrafiący oddać sprawiedliwość przeciwnikowi i subtelnym ukłonem skwitować udane zagranie z drugiej strony, ale bezlitosny, kiedy miał przewagę i zawsze walczący do końca. Bliżsi przyjaciele, do których zaliczał się też Fred Perry, wspominali jego wielkie poczucie humoru (cechę rzadko uwypuklaną, ale w środowisku bardzo cenioną, jak – dla porównania – u Mariusza Fyrstenberga). Po śmierci – jak to często bywa – okazało się, że miał tych przyjaciół mnóstwo, jednak najbliższą mu osobą była najpewniej Sanae Okada – narzeczona i partnerka w mikście w jednym, która opowiadając o nim uwypuklała inną jeszcze cechę – obowiązkowość.

Prawdopodobnie w 1932 roku zapadła decyzja, że w świetle obowiązków reprezentanta Cesarstwa, Sato zawiesi studia. 1933 miał w całości poświęcić tenisowi. Choć w Australii nie wystartował, skutek tej decyzji wydawał się być widoczny gołym okiem: znów doszedł do półfinału w Paryżu, gdzie po zwycięstwie nad Perrym przegrał gładko z będącym w życiowej formie Australijczykiem Jackiem Crawfordem. Potem były rozgrywki Pucharu Davisa. Japonia startowała wówczas w grupie europejskiej i w półfinale przegrała 2-3 z Australią (z Crawfordem w składzie). Niektórzy, jak Bud Collins, w tej ostatniej porażce dopatrują się odległego powodu samobójstwa, ale mimo jej Japończyk znów znalazł się o dwa kroki od tytułu na SW 19. I znów po wielkim zwycięstwie w ćwierćfinale (nad Austinem w pięciu setach) przegrał z Crawfordem, choć tym razem jedną partię zdobył.

Prawdopodobnie jednak w tym właśnie okresie Sato zaczął przebąkiwać o powrocie na studia, o poświęceniu się rodzinie i narzeczonej i o tym, żeby w następnym roku, 1934, dać sobie spokój z międzynarodowymi rozgrywkami tenisowymi. Możliwe, że czuł, że jego pięć minut zbliża się ku końcowi, choć obserwatorzy byli zgodni: grał coraz lepiej.

O wycofaniu się (nawet czasowym) mowy być nie mogło. Nieustannie otoczony działaczami japońskiej federacji, na pewno doskonale wiedział, że w jego ojczyźnie zapowiedziano, iż dzień, w którym wygra Wimbledon, zostanie ogłoszony świętem narodowym. Na jego barkach został złożony ciężar – być może – zbyt wielki (choć Japończyków rozstawianych regularnie w turniejach wielkoszlemowych było wtedy kilku). W Forest Hills doszedł do czwartej rundy, gdzie w pięciu setach przegrał z reprezentantem gospodarzy Gregorym Manginem. Na studia nie wrócił.

Kiedy wiosną 1934 przyszło na kolejny rok opuścić kraj, ugiął się pod naciskiem władz i wsiadł na okręt razem z kolegami i koleżankami. Od początku podróży – on, zwykle towarzyski w takich okolicznościach, stronił od innych. Posiłki jadł sam, ale większość tego, co mu dostarczano, z powrotem wyjeżdżało z kabiny. Narzeczonej zwierzał się, że boi się, że sprawi wszystkim olbrzymi zawód swoją złą – jak uważał – grą. Kiedy liniowiec Hakone Maru zakotwiczył w Singapurze, udał się w pierwszej kolejności do miejscowego lekarza, który orzekł, że brak apetytu ma podłoże nerwowe. Następnie pojechał z drużyną na przyjęcie do cesarskiego konsula z zamiarem złożenia odmowy kontynuowania podróży. Zaproponował nawet kompromis – że na miejscu odpocznie trochę i dołączy do kolegów później. Z miejsca jednak konsul i jego goście wymogli na nim, żeby pozostał z resztą reprezentacji. Wsiadł więc z powrotem na okręt.

Wieczorem następnego dnia Jiro Yamagishi, kolega Sato z reprezentacji, zastał jego kabinę pustą. Na stole – zrobiony naprędce ołtarzyk: wazonik orchidei, portrety narzeczonej i ojca i flaga japońska w tle; na talerzyku tradycyjna ofiara. Obok leżały dwa listy pożegnalne. W pierwszym zwracał się do kolegów z reprezentacji, wykładając raz jeszcze, dlaczego uważa, że nie mógłby im pomóc w zdobyciu Pucharu Davisa i że woli usunąć się sam, niż przyczynić do ich porażki. Nie było w tym żadnego rytuału. Nikogo nie poprosił o ścięcie głowy, a narzędziem samobójstwa nie było tantō, a ciężkie korby, które wymontował z dźwigów, a do nóg przywiązał skakankami. Drugi list adresowany był do kapitana Hakone Maru i zawierał przeprosiny i wyrazy ubolewania nad powstałymi z tytułu jego śmierci niedogodnościami – i to był już gest typowo japoński. Tak pożegnał się czwarty w historii tenisista japoński, sklasyfikowany w pierwszej dziesiątce na świecie.

Od tamtej pory spór nie gaśnie: czy miał depresję, jak utrzymywały władze japońskie, czy nie wytrzymał presji, jak twierdził Zachód? Tak naprawdę jedno nie przeczy drugiemu. Wiadomo, że depresja często pojawia się w związku z zadziałaniem jakiegoś czynnika obciążającego, stresora. Takim czynnikiem jest nierzadko zbyt silny nacisk społeczny.

Kiedy zastanawiam się nad losem Sato i czasami, w których przyszło mu żyć, na myśl przychodzą mi inne, o wiele bardziej anonimowe postaci z tamtego okresu – uczennice z Gifu. Gifu było w czasie Wojny jednym z głównych ośrodków japońskiego przemysłu lotniczego i jako takie było poddane nalotom dywanowym nie mniej niszczycielskim, niż te, którym Alianci poddali Drezno i Hamburg. Było też tradycyjnie ośrodkiem papierniczym, przy czym i ta gałąź przemysłu była zaprzężona do wozu wojennego. Dziewczęta z miejscowych szkół w godzinach wolnych od zajęć pracowały w fabrykach, czerpiąc cienki, ale mocny papier japoński i klejąc go w bezzałogowe balony, które na prądzie strumieniowym miały nieść bomby na kontynentalne terytorium Stanów Zjednoczonych. Pomysł tego bombardowania był typowo japońskim połączeniem tradycyjnej metodologii produkcyjnej z nowoczesną myślą meteorologiczną. I tak myślę sobie, że krótka a świetlana kariera Jiro Sato była właśnie takim balonem, który podpaliwszy wyobraźnię tenisowego świata, nie doleciał do celu. Nigdy nie zgłębimy do końca, dlaczego. Bo na dialog nie było miejsca.

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz lub

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.

Ostatnie komentarze

Sortuj:
Vivendi

Pierwsza odpowiedź przecież była w porządku. Lakoniczny, to był mój komentarz...
Do dziś zdarzają się historie tragicznych samobójstw sportowców, choć mamy tak bardzo rozwiniętą psychologię sportową, etc. Mam wrażenie jednak, że ta opieka psychologiczna jest jednak bardziej nastawiona na motywowanie do sukcesów, a o takich, przecież ludzkich, "drobiazgach" jak depresje, radzenie sobie z niepowodzeniami i kontuzjami, załamania, stres, uzależnienia i choroby psychiczne, trochę się zapomina.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj (2|0)

komentarz jest odpowiedzią na: [3 komentarze tej dyskusji]

Przepraszam, że z początku odpowiedziałem Ci tak lakonicznie i niezbyt ładnie. Cieszę się, że ten tekst się Tobie i innym spodobał. Pomyślałem sobie, że warto spróbować losy Sato opisać, bo to taki temat...

blokuj
Możesz dodać użytkownika do blokowanych, żeby nie widzieć więcej jego komentarzy.
Jankus

Przepraszam, że z początku odpowiedziałem Ci tak lakonicznie i niezbyt ładnie.
Cieszę się, że ten tekst się Tobie i innym spodobał. Pomyślałem sobie, że warto spróbować losy Sato opisać, bo to taki temat ...trudny, z pogranicza - zbyt ciężki dla kibica sportowego, zbyt marginalny dla historyka ogólnego. Zresztą jedynym dłuższym, monograficznym tekstem o Japończyku, który udało mi się znaleźć w sieci, był artykuł Cottrella. 43 lata minęły...

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj (4|0)

komentarz jest odpowiedzią na: [3 komentarze tej dyskusji]

Piękna, choć smutna historia. Dziękuję Jankusie.

blokuj
Możesz dodać użytkownika do blokowanych, żeby nie widzieć więcej jego komentarzy.
Jankus

Jak najbardziej.
Jestem już na tyle stary, że trudno mi patrzeć na tenis, czy sport w ogóle w oderwaniu od ogólnego kontekstu, ale myślę, że dobre i to, bo dzięki temu lepiej widzi się pewne wzorce zachowań, losów itd., charakterystyczne nie tylko dla sytuacji skrajnych, typu systemów totalitarnych.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj (3|0)

komentarz jest odpowiedzią na: [5 komentarzy tej dyskusji]

Niesamowita i poruszająca historia. Dzięki za nią. Japończycy mają za sobą niechlubną przeszłość militarną w okresie II wojny z której sie nie rozliczyli. Stąd postać tego tenisisty szczególnie tragiczna.

blokuj
Możesz dodać użytkownika do blokowanych, żeby nie widzieć więcej jego komentarzy.
basher

Niesamowita i poruszająca historia. Dzięki za nią. Japończycy mają za sobą niechlubną przeszłość militarną w okresie II wojny z której sie nie rozliczyli. Stąd postać tego tenisisty szczególnie tragiczna.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj (2|0)

komentarz jest odpowiedzią na: [5 komentarzy tej dyskusji]

Dziękuję :) Wyrazy wdzięczności należą się RvR-owi, bo to on przypomniał mi o Sato przy okazji którejś dyskusji.

blokuj
Możesz dodać użytkownika do blokowanych, żeby nie widzieć więcej jego komentarzy.