Faza w Breslau

autor: Big Lebowski | 2019-07-28, 09:02 |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|
Oryginalna data druku 12.03.2015. W tym trudnym czasie dla Polonii, pokuszę się o retrospekcje wydarzeń z czasów, kiedy bydgoski klub budził respekt. Nie tylko na żużlowych torach, ale także w światku kibicowskim. Dawno już odeszły w niepamięć lata 80-te i zawierane wówczas zgody i sztamy. W kolejnym 10-cio leciu każdy chciał pokazać swoją wyższość i samowystarczalność. Wyjątkiem(do czasu) był ruch kibicowski Sparty Wrocław, zainicjowany przez R.Lignara. To powodowało, że każdy wyjazd niósł za sobą olbrzymią niepewność, ale tez podniecający skok adrenaliny. To ona nakręcała nasze zmysły do działania. Często wynik meczu schodził na plan dalszy. Ważniejsze były liczne i często niebezpieczne przygody. Pierwsza połowa lat 90-tych to jeszcze czas wolnej amerykanki. Długie podróże pociągami bez policyjnej eskorty i dokazywanie bez poczucia odpowiedzialności. Przenieśmy się więc do tych szalonych lat.Jest lato, sierpień 1994 roku. Od tygodnia umawiam się z kumplami na wyjazd do Wrocławia na finał IMP. To mój siódmy sezon w roli „młynarza”. Od 1987 miałem tylko przymusową przerwę na chwalebna służbę wojskową.(po sezonie ’92 - przed sezonem ’94) Jestem więc już zaprawionym w bojach kibicem i w obecnym sezonie, nadrabiam stracony czas ze zdwojoną pasją i siłą.Rano spotykamy się przed dworcem PKP. Odjazd pociągu ok. 8:30. Na początku policzenie ludzi i omówienie planu dnia. Jest nas ok. 60-70-ciu. Stanowimy silną i zgraną pakę. Żadne zagrożenia nie wchodzą w rachubę. To nas należy się obawiać. Wchodzimy do pociągu. Zajmuję miejsce obok naszego lidera i herszta „Lewego”. Z nami siadają też, Jego szwagier Miras, oraz „Maruda”, „Zwierzak” i „Rożek”.Wyciągamy wałówe, a potem na stolik wjeżdża gorzała. Robi się coraz głośniej i weselej. Obok, młodzi popijają piwsko i śpiewają. Zachowana jest hierarchia, w której nasz przedział wiedzie prym. Wszystkie kluczowe decyzje, zapadają przy naszych ciągle pełnych kieliszkach.Stacja Poznań Gł. Zarządzamy całkowitą ciszę i przyczajkę na „jeleni”. Niestety na peronie żadnych kibiców. Sami podróżni w tym kilka fajnych „tematów”. Ruszamy. Na stoliku znowu pojawia się flaszka za flaszką. Czuję i widzę, że jesteśmy już na dobrym „rauszu”. Tymczasem w wagonie pojawia się kilka(6-8) towarów. Gadka, szmatka i nie wiadomo jak i kiedy, dziewczyny siadają „na kolanka”. Okazuje się, że to kajakarki z Krakowa. Jadą z jakiś zawodów na „Malcie” też do Wrocka. No i fajno! Jakiś żarcik, szczery uśmiech oraz śmiałe spojrzenie w oczy i z jedną z kajakarek ląduję w jedynym intymnym miejscu w pociągu, znajdującym się na początku i końcu każdego wagonu. Kilka minut relaksu, całkowicie nas odpręża. Sportsmenka wciska mi w kieszeń swój adres, ale ja już wiem, że nigdy więcej się nie spotkamy. Zapamiętuję tylko jej imię, którego nigdy nie zapomnę.Tymczasem zbliżamy się do Leszna. Uspokojeni ciszą w Poznaniu w ogóle nie zwracamy na to uwagi. Nasza czujność została uśpiona. Kiedy otwierają się drzwi, z wielkim hukiem wpada do naszego wagonu duży metalowy śmietnik. Słyszymy jakieś okrzyki. W momencie zagrożenia następuje otrzeźwienie umysłu i natychmiastowy koniec otępiałego, alkoholowego amoku. Rzucamy się do drzwi i wybiegamy na peron. Jesteśmy rozjuszeni. Nie ma czasu na myślenie i kalkulacje. W opętańczym szale napieramy na agresorów. Jesteśmy bardziej zdeterminowani i wqxieni, a przeciwnicy chyba nieco zaskoczeni nasza furią. Nadspodziewanie szybko, wynik bijatyki zdaje się przechylać na naszą korzyść.Widok wokół mnie, przypomina mi animowany teledysk z utworu grupy Alan Persons Project „Don’t answer me” i bójkę (Nicka z człowiekiem małpą) w której widać tylko migające na przemian ręce, nogi i tumany kurzu.Nagle zauważam błysk w oku zbliżającego się kolesia. Robi zamach, po którym łatwo wyczuwam kiedy zrobić unik. Jego cios trafia w martwą przestrzeń. Energia rozmyła się w powietrzu, sprawiając zapewne ból łokcia i ramienia. Natychmiast wyprowadzam kopa w kolano jego prawej nogi, na której na chwilę musiał oprzeć środek ciężkości swojego ciała. Pada na betonowy peron, niczym ścięte siekierą bożonarodzeniowe drzewko. Obok widzę, jak kilku polonistów katuje leżącego, innego z agresorów. Pozostali uciekają. Jakaś pracownica PKP drze mordę wniebogłosy! „Kolenda” leje kogoś pasem i krzyczy:-A masz ty qwo!Nagle dwóch SOK-istów łapie mnie za ręce. Zaczynam szarpać się i wyrywać. Myślę sobie-Qwa to byłby pech w taki sposób skończyć zwycięską bitwę.Wielkie chłopy zaciskają wokół mnie swoje łapska. W jednej chwili widzę, że chłopacy to zauważyli i ruszają z odsieczą. Teraz łomot dostają SOK-iści. Gubią czapki i spiexxalają. Padam w ramiona chłopaków. Uff!Wsiadamy do pociągu. Wszyscy cali i zdrowi oprócz „Marudy”. Jak się okazało, wyrwał z pociągu jako pierwszy i dostał w głowę kamieniem od …swoich, rzucających zza Jego pleców. Trzeba było zatamować juchę i tyle. To twardziel. Gdyby wywieźć Go nawet na Kamczatkę i zostawić Go tam tylko z paczką fajek i pudełkiem zapałek, też by przeżył.Po wygranej batalii otwieramy kolejne flaszki. Pić się chce. A i humory szampańskie. Po chwili pod pociąg podchodzi delegacja kibiców Unii Leszno. Chcą zabrać się z nami do Wrocka i negocjować warunki. Jest Ich mniej więcej tylu co nas. Uzależnieni są od naszej dobrej woli, bo następnym połączeniem już nie zdążą na zawody. Nie jesteśmy małostkowi i zgadzamy się na jednodniowy układ. W razie niebezpieczeństwa, w dym idziemy razem. Mamy dwa warunki. Rzecz prosta, muszą postawić wódkę oraz „Rzepa” zabiera na solówkę „Balbinę” do osobnego wagonu. Mają do wyrównania stare porachunki. Po chwili z uśmiechem na twarzy wraca polonista, a za Nim z fifami pod oczami unista.Jakiś typ z brakami w uzębieniu o ksywie „Topór”, wyciąga butelki wódki i częstuje ją nas. Gorzała znowu uderza w tętnice. Nasi leszczyńscy współtowarzysze podróży czują się mało komfortowo. Jednak z każdym wypitym kieliszkiem, stajemy się co raz bardziej zżyci. Ot słowiańskie dusze. Dojeżdżamy do Breslau. Razem docieramy pod stadion budząc zainteresowanie gapiów. Pod olimpijskim czai się ekipa Śląska. Widząc, ze jesteśmy „w kupie” nie decydują się na konfrontacje.Czuje, że gorzała znowu zrobiła swoje  i trochę mnie „wozi”. Wchodzimy na stadion i tam się rozchodzimy z kibicami Unii. Wystarcza, że na chwilę znikam w toalecie, żeby po powrocie zgubić się jak dziecko we mgle.-Qwa w którą stronę poszli nasi?Rozglądam się i ku radości , zauważam w końcu pełny sektor kibiców. Problem tylko, że jest on obok tego w którym tkwię. Ochrona nie chce mnie wypuścić.-To cxxj wam w doopę!Odwracam się i walę prosto na płot odgradzający sektory. Szalik zawiązuję wokół pasa i migiem pokonuję przeszkodę. Niestety rodzi się kolejny problem. Policjanci ruszają za mną i coś wykrzykują w moją stronę.-Co u licha?(myślę)W każdym razie jestem już wśród kibiców i odczuwam ulgę.Nagle zauważam błysk w oku zbliżającego się kolesia. ..Skąd ja Go znam? Zasłania mnie i razem ze swoimi kamratami wyje:-Zostawcie kibica! Zostawcie kibica!Dopiero teraz zauważam bialo-niebieskie szaliki, oraz swoja kosmiczną i komiczną pomyłkę.Policja wchodzi między kiboli. Dochodzi do szamotaniny. Policjantów przybywa. Czuję się zdezorientowany i najxbxny. W końcu policjanci targają mnie poza sektor Unii Leszno.-To co? Chyba na izbę pojedziemy(mówi jeden)Ciarki mnie przechodzą- Na razie do „suki”(mówi drugi)Ładują mnie do Stara tzw. „świetlicy”. Po spisaniu personaliów, dowiaduję się motywu działania policjantów. Myśleli, że jestem desperatem w szaliku Polonii, szturmującym sektor Unii Leszno. Oniemiałem. Staram się nakreślić swój motyw postępowania. Mimo, że częściej wypowiadam spółgłoski od samogłosek, spotykam się z pełnym zrozumieniem. Policjanci wybuchają śmiechem i poklepują mnie po plecach.To skrajnie inne doświadczenie , niż spotkanie z „mendami” dwa miesiące wcześniej w Toruniu. Tam w „suce” po pytaniu:-Gdzie masz ten qrxwski szalik?!I mojej kilkukrotnej ok.6-7 razy kłamliwej odpowiedzi(choć kryłem go pod kurtką)-Nie mam!Dostałem po każdym pytaniu i tej samej odpowiedzi, cios z piąchy w ryj.W porównaniu z tamta gehenną, dziś we Wrocku spotkała mnie sielanka.Po jakiś 30-tu minutach wypuszczają mnie i informują, że turniej jest odwołany.-Ale dlaczego? Przecież nie pada!(pytam)-Ale całą noc lało. Poza tym nie widziałeś błoto na torze?-Nie widziałem-Ha,ha,ha! Wcale się nie dziwimy.Siadam na trawie i postanawiam czekać na swoich. Szczęśliwie właśnie wychodzą ze stadionu. Wytężam wzrok, żeby dokładnie określić barwy szalików. Tym razem się nie mylę.-Gdzie ty qwa byłeś?-Nawet nie pytaj.Po drodze na dworzec opowiadam swoje perypetie, które oczywiście znowu wywołują salwy śmiechu. Całą drogę powrotną przekimałem. Ot ciężki żywot kibica…
Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz lub

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.