Wyprawa po złote runo

autor: Big Lebowski | 2019-07-28, 09:31 |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|
Inspiracją do dzisiejszego powrotu w przeszłość, były dyskusje i nagabywania ze strony "Speed koleiny". To dzięki Niemu zaświtała mi myśl, która uruchomiła odpowiednią szufladkę z moich wspomnień. Jemu dedykuję tę opowieść, choć rzecz jasna nie sposób ominąć wszystkich tych którzy z równym zapałem czekają na ten felieton. Zatem przenieśmy się w czasie do roku 1992.Jest wrzesień. Sezon powoli dobiega końca. Do zakończenia rozgrywek ligowych pozostały 4 kolejki. Polonia po minimalnej porażce na inaugurację we Wrocławiu młóci rywali jak wlezie i ile wlezie. W pozostałych 13-tu meczach przegrała tylko 2.Mimo to sytuacja w tabeli nie jest zupełnie komfortowa. Gorzowska Stal radzi sobie też wyśmienicie i traci do bydgoszczan zaledwie 1pkt. Kalendarz rozgrywek pokazuje jasno, że decydująca rozgrywka czeka Polonię w najbliższym starciu z Falubazem w Zielonej Górze. Potem mamy czystą formalność z dwoma outsiderami z Czewy i Gdańska i na deser mecz u siebie ze Spartą. Zatem jedyna i ostatnia przeszkoda to groźny i aktualny DMP, Falubaz vel Morawski. Zdobycie Zielonej Góry będzie, jak przedarcie się w kwietniu 1945-go roku przez góry Zelowskie, stanowiące ostatni bastion obrony przed zdobyciem Berlina. W Bydgoszczy nikt nie ma złudzeń, że to mecz o mistrzostwo. Nikt także nie ma złudzeń, że w razie naszej porażki, Stal G. w przedostatniej kolejce bezproblemowo wygra w Toruniu. Sąsiedzi zapewne już się o to "postarają". Na meczu z Unią T. ustalamy szczegóły. Młyn pojedzie tradycyjnie pociągiem. Dogadujemy się kto i jakie zabiera flagi oraz jaki rodzaj alkoholu będzie preferowany. W przeddzień zawodów mam tradycyjny "rajzefiber". Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Jeden telefon do "Kobry", drugi do "Mruwy" nie załatwia sprawy.Nagle dzwonek do drzwi. Wpada kumpel z bloku "Rożek". Cały rozdygotany pokazuje mi świeży "Przegląd Sportowy" po który kopsnął się aż pod "niebieski" pawilon na Konopnickiej, bo akurat dzisiaj stara Appeldtowa miał "nasz" kiosk zamknięty. Na 1-szej stronie wołami napisano, że Sam Ermolenko został kontuzjowany wczoraj w Anglii i jutro na pewno nie pojedzie.-Qwa mać! Czułem, że coś się zacznie piexdolić.Odparłem do kumpla. Andy Smith ma zawody na wyspach i będziemy tylko z Romanem "motylem" Matouskiem. Zrobiło nam się ciepło, bo o niczym innym nie gadamy od wiosny, jak o tytule DMP.Nocka tradycyjnie zaledwie z lekka przedrzemana. Rano robię pare sznytek z kiełbachą, zarzucam szalik na szyję i wio do kumpli przed blok. Gdy autobusem linii 61 dojeżdżamy pod dworzec widzimy już mnóstwo kibiców. Pełno flag, szalików i ryczących trąbek robi fantastyczne wrażenie. Dobijamy do tłumu skandując "Polonia Bydgoszcz!" Witamy się wpadając sobie w ramiona. Nikt nie myśli o braku Ermola. Wszyscy wierzymy, że jakimś cudem dojedzie. A z resztą i tak wygramy! Musimy.Na Dworcowej robimy po piwie i jazda na peron. Gdy pociąg rusza nasza ok. 200 osobowa grupa wyje: "Hej, heja heja, Polonia mistrzem speedwaya!"Otwieramy pierwsze butelki piwa. Znowu czuję to podniecenie. Ten trans w który uwielbiam być wprowadzony. Przewidujemy kto i jak pojedzie? Opowiadamy kawały i anegdoty. Za Poznaniem już nam odpierdala. Ktoś z sąsiedniego przedziału rzucił jajkiem. Ja odrzucam pomidorem. Po chwili walka(na niby) przedział na przedział. Ktoś komuś wykręcił rękę, ktoś założył "Nelsona", a ktoś jeszcze inny zapalił kopala w tyłek. Śmiechy przeplatają się z okrzykami typu: "pojebało cie?!" lub "Weź spierdalaj!".Sielanka kończy się w Zbąszynku. Wjeżdżając na dworzec słyszymy i widzimy komitet powitalny. Ok. 20-tu typów na czele z dużym bląd włosym "metalem".Czarna skóra, długie pióra i naszpikowany ćwiekami pas w ręce. Krzyczą:-Wypierdalać! Wypierdalać!Ledwo pociąg stanął, a banda najbardziej krewkich i rozjuszonych małolatów wysypała się na peron. To chłopacy chcący bardzo się pokazać i zaimponować starszym. Pierwsze skrzypce gra ekipa z bydgoskiego Wilczaka. Zdążyłem wyjść z przedziału i otworzyć okno. Oparty o jego podstawę obserwuję co następuje.Pierwszy wybiega siedzący w moim przedziale "Chudy". Wesoły chłopak z Wilczaka. Ma z 16 lat i max 1,60 wzrostu. Drobnej budowy ciała. Bez żadnego wniku podbiega do atletycznie zbudowanego "metala" i wyprowadza błyskawiczny prawy sierpowy, podbródkowy. Wielki 100kg-owy koleś z szalikiem Falubaza wzbija się w powietrze, by po chwili wylądować potylicą na betonowym peronie. Niczym w filmie jego nogi lądują na końcu przykrywając wielkie cielsko. Musiał się chłopina niewąsko zdziwić.Skąd miał wiedzieć, że "Chudy" trenuje boks w "Astorii"? Teraz akcja nabiera tempa. Reszta falubazowej watahy zdębiała. Ta chwila zawahania decyduje, że po sekundzie są już obijani przez młodych polonistów. Rej wodzą "Siemion", "Jagieło" i Grzesiu. A Kroczak i "Kaban" dobijają butami leżącego herszta miejscowej ekipy. Akcja trwa parę sekund. Na peronie jakby nic się nie stało. Zawiadowca macha chorągiewką, maszynista odgwizduje sygnał dźwiękowy i pociąg rusza dalej.Nasza niezakłócona podróż po złote runo trwa dalej. W przedziałach otwierane są kolejne piwa, wszak trzeba uczcić udany kontratak. Jest jeszcze bardziej wesoło.Wjeżdżając do Zielonej Góry, echo naszego śpiewu rozsadza cały dworzec."Hej, heja, heja! Polonia mistrzem speedwaya!" Jesteśmy dość wcześnie. Do meczu jest kilka godzin. Rozbijamy się na mniejsze grupy. Jedni idą coś wszamać, inni idą już pod stadion. Jeszcze inni idą do sklepu na piwo. Ja w otoczeniu "starej gwardii" uderzam na piwo do jakiejś knajpy. Pomysł ten w ustach "Rzepy" niesie za sobą oczywisty podtekst takiej eskapady. Jest nas ok. 20-tu. Wszyscy już mocno zgrzani i napompowani. Położona w pięknym zakątku przyrody knajpka jest wzięta na nasz celownik. Ładujemy się i zamawiamy piwo. W środku tyko kilku zgredów, a na zewnątrz zajętych tylko parę stolików. Wewnątrz czuć zapach przetrawionego piwska, męskiego potu i zjaranych papierochów. Zaczynamy spożywać i ryczeć: "Polonia Bydgoszcz!", "Zielona Góra - to w Polsce największa dziura!" i "Zielona, zielona piękna okolica, gdyby nie Falubaz byłaby stolica!". Po dwóch piwach robi się coraz bardziej wesoło, a pod knajpą pojawia się coraz więcej miejscowych. Trzecią kolejkę barman podaje z nieskrywanym grymasem na twarzy. Przez wyszczerzone zęby syczy-Prossszę.Ktoś znas rzuca hasło, że może napluł nam do kufli? Nie ma jednak czasu by to roztrzygać. Do baru wpada kilku gości w zielono-biało-żółtych szalikach.Podciągnięte rękawy i wylewający się z oczu tzw. wkurw mówi nam wszystko.Wymiana spojrzeń trwa 2-3 sekundy, ale podjęcie decyzji wymaga ułamków sekund.Najlepszą obroną jest zawsze natychmiastowy atak, bez jakiegokolwiek wnikania. To bowiem element zaskoczenia oraz pokazu siły. Czasem wyimaginowanej, a czasem prawdziwej, lecz w każdym przypadku jednakowo skuteczny. I tak właśnie się dzieje. W jednej chwili "Zwierzak" z "Geruchem" chwytają za stół i obracają go blatem w kierunku napastników. Stojące na nim kufle spadają na posadzkę. Jedne się tłuką, a inne tylko przewracają wypełniając swoją zawartością podłogę. Obok mojej głowy przelatuje krzesło albo taboret. Odruchowo kufel z niedopitym piwskiem ciskam przed siebie. Tymczasem wspomniani poloniści, mocno trzymając nogi stołu biegną przed siebie taranując zaskoczonych "falubazów". Akcja przenosi się przed knajpę. Teraz do boju rusza rozwścieczony "Szuler". Bije z niebywałą celnością i pasją. "Rzepa" dostaje konkretnego gonga, a ktoś inny rzuconą w nogi deską czy innym kawałkiem drewna. Sytuację wyjaśnia wejście "Łożysia".Potężne chłopisko o głowie konia wyprowadza tak silne ciosy, że aż dziw bierze, że głowy miejscowych nie odpadają od korpusów! Jego bląd loki podskakują niczym grzywa u rozpędzonego w galopie rumaka. W parze z "Łożysiem" spustoszenie w szeregach rywali sieje nieodłączny Jego druh "Gołdyn". Zupełnie inny. Wysoki, szczupły i czarny, lecz równie niebezpieczny. Swoimi ciosami nogami z obrotu i pół wyskoku, rozbija rywali niczym nasz świeżo upieczony mistrz świata w kickboxingu Marek Piotrowski.Za Nimi biegnę z resztą naszej ekipy i tylko dokańczamy dzieła. Adrenalina na najwyższych obrotach powoduje, że alkohol z naszych organizmów wyparował. Może po drodze zatankujemy jeszcze gdzieś? Opuszczając knajpę, żegnają nas nieprzychylne spojrzenia zgredów siedzących przy stolikach przed barem. Ruszamy i idziemy ciągle pod górkę. Ekipa miejscowych po szybkim wylizaniu ran rusza za nami. Są w bezpiecznej odległości ole czujemy Ich obecność. Na Ich ustach widać pianę, jak u wściekłych psów. Docieramy pod stadion. Już z daleka widać tłumy bydgoszczan. Mnóstwo ziomali przyjechało autokarami i prywatnymi samochodami. Stadion jest niespodziewanie otwarty. Gospodarze zostali chyba zaskoczeni takim najazdem kibiców już na 3 godziny przed meczem. Wchodzimy i rozglądamy się. Jedni siadają i otwierają browary, a inni idą w stronę toru. Ja z Grzechem(ze Śródmieścia) wypuszczam się dalej i idę koroną stadionu w kierunku 1-go łuku. Nagle widzimy jak przed wejściem coś się zakotłowało. Ludzie opuszczają stadion. Zauważamy pełno kręcących się porządkowych. Z daleka widać Ich gestykulacje rękami.- Grzechu, musimy się gdzieś skitrać.-Tylko gdzie? Między ławkami wyłapią nas niczym pluskwy za kołnierzem sowieckiego szynela.Jedno spojrzenie w bok mi wystarczyło. Eureka! To schodki prowadzące na podest tablicy z wynikami. Natychmiast wpadamy na górę i kładziemy się plackiem. Tylko z lekka unosząc głowy obserwujemy wydarzenia. Porządkowi przegnali na zewnątrz wszystkich kibiców. Nie przewidzieli, że ktoś mógł oddalić się w głąb stadionu i dlatego kontrolnie wypuścili tylko jednego ciecia. Koleś właśnie wchodzi w 1-szy łuk idąc środkiem rzędu ławek. Spogląda raz w górne rzędy, raz w dolne. Teraz pełna konspiracja. Nie wychylamy nawet kępków włosów. Mocno przytulamy się do desek. W piersiach mocno dudnią serducha, a w uszach słyszymy płynącą z megafonów piosenkę "Lady Pank": "Zostawcie Titanica". Po dobrej chwili wychylam się i spoglądam. Porządkowy jest już koło parkingu a pierwsi kibice wchodzą już na stadion obok kas. Oczekujemy aż zaczną rozchodzić się po trybunach. Teraz szybko i energicznie zbiegamy w dół i jakby nic mieszamy się wśród innych.Znowu pełne zadowolenie i satysfakcja. Krótko czekamy na resztę kumpli, zwłaszcza tych co niosą plecaki z zakupionym jeszcze w Bydgoszczy piwem. Jest piękna słoneczna pogoda. Ze smakiem przechylamy naszego "Kujawiaka". Pychota!Rożek mnie trąca i mówi: -Chodź kopsniemy się pod parking. Zobaczymy w jakim jedziemy składzie? Pod parkingiem spotykamy Leszka Tyllingera. Ubranego w białą marynarkę i tradycyjnie śmieszne buty na obcasie zapinane na zamek. Do tego spodnie dzwony i przyciemniane musztardówy na nosie, dawały dość komiczny wizerunek kierownika drużyny. Dla niezorientowanego człowieka, taki wizerunek mógł trącić nawet odrobiną pederastii.-Panie Leszku! Jest Ermolenko?-rzucił RożekTen spojrzał na nas, wyszczerzył zęby i z nieskrywaną dumą odparł:-No pewnie, że jest. To wszystko było podpuchą. Bawcie się dobrze. Jedziemy po mistrza.W te pędy biegniemy do młyna i opowiadamy o spotkaniu z Tylisiem. Młyn jest naszym jądrem ale bydgoszczanie są rozsiani po całym obiekcie. Zaczyna się prezentacja i zajebisty doping. "BKS,BKS!" Albo to: "Słuchaj Jezu jak Cie błaga lud. Zrób z Polonii mistrza Polski zrób. My czekamy 21 lat, a od tego czasu mistrza Polski braaak!My czekamy 21 lat, a od tego czasu mistrza Polski brak!"W pierwszych biegach Polonia wypracowuje minimalną przewagę. Przy ogrodzeniu naszego sektora zauważam przepiękną dziewczynę. Stoi po drugiej stronie ogrodzenia. Kibicuje oczywiście gospodarzom. Wspaniale zbudowana blondyneczka, ubrana do tego na biało. Nawiązuję kontakt wzrokowy. Wprowadzony w układ krwionośny alkohol powoduje, że szybko Ją zagaduję. Bardzo sympatyczna i wesoła kibolka Falubaza. Chwali się, że jest dziewczyną Janka Połubińskiego. Oczami wyobraźni widzę, jak ładne musi też mieć koleżanki. Przez myśl przechodzi mi nawet idiotyzm, że może warto byłoby zrobić z tego powodu zgodę z Zielonką?Na szczęście szturchaniec "Karlosa" dzielącego się ze mną kanapką, przywraca mi trzeźwe myślenie. Wracam do dopingu. Polonia mimo naporu gospodarzy w końcówce meczu, nie oddaje zwycięstwa. Ermolenko robi 14pkt. Tomek Gollob jest poza zasięgiem zielonogórzan, reszta chłopaków też solidnie punktuje. Euforia radości! Fetujemy na trybunach. Teraz pojawiają się pochowane butelki gorzały i szampana. Wyjemy i podskakujemy z radości. "Po-lonia By-dgoszcz sialalalala! Hej!"Po-lonia By-dgoszcz siaaaaa-lalalalala! Tego mistrzostwa nikt już nam nie zabierze. Ostatni bastion obronny na drodze do tytułu padł. Zielona Góra niczym Góry "Seeloewa" w 1945-tym zostały zdobyte. W pełnym tego słowa znaczeniu.Teraz pozostaje już tylko rozjechać maruderów i na koniec dobić Spartę kierowaną przez...doktora Nieścieruka. No i póki co bezpiecznie wrócić do domu, a tu nieoczekiwanie pojawiają się schody. Opuszczamy stadion od strony parkingu i natykamy się na zmasowany atak miejscowych. Zostajemy mocno obrzucani kamieniami. Następuje natychmiastowa rekontra po której robimy bezpieczny odwrót w stronę dworca PKP. Niestety kilku z nas(w tym i ja) odrzucamy w kierunku agresorów kamienie. Po chwili zauważam, że jestem sam. Tylko "Karlos" i Pała" są jakieś 20m ode mnie i krzyczą, żebym szybko do Nich dołączył. Czas gonić coraz bardziej oddalający się młyn. Kiedy obieram właściwy azymut, słyszę tuż za plecami:-Łapać chuja!Zawsze miałem doskonałą wydolność i świetnie sobie radzę w biegach, ale tym razem wypity alkohol mi na to nie pozwala. Chłopacy się oddalają, a ja mam wrażenie jakbym biegł we śnie., gdy nogi po kolana grzęzną w bagnie. Co za koszmar. Ale to przecież nie sen. Teraz już nie tylko głosy ale prawie oddech goniących kolesi czuję na karku. Dramat! Nagle mija mnie jeden autokar. Po chwili drugi, który znacząco zwalnia koło mnie. W otwartych tylnich drzwiach pojawia się facet z wyciągniętą ręką i krzyczy: -No rusz się ofermo!Podaję rękę i w ostatniej chwili jestem wciągnięty do autokaru. To nasi kibice. Zziajany i zjebany jak stara chabeta, patrzę w twarz kolesiowi, który mnie uratował. Wycedzam: - Dziękuję...On tylko się śmieje, poklepuje mnie i mówi:-Siadaj na tylnich schodach bo cały autobus jest zajęty.To Jurek Kanclerz.Cały autokar huczy dopingiem: "Hej, heja, heja! Jesteśmy mistrzem speedwaya!Nie nadążam poskładać myśli, gdy ktoś z kibiców podaje mi butelkę piwa. Przytykam ją do ust. Pociągam łyk złocistego napoju. Chłód i lekka goryczka przyjemnie masuje mi gardło, a wydobywająca się pianka strzela prosto w nos zapachem chmielu.Taaak. Teraz już jestem bezpieczny. Teraz już jestem wśród swoich...Końcówka sezonu przebiegła tak, jak przewidywano. Miażdżące zwycięstwa kolejno z Włókniarzem u siebie 72:18, Wybrzeżem w Gdańsku 71:19 i na koniec ze Spartą u siebie 73:17. Mistrzostwo Polski po 21 latach znowu trafiło do Bydgoszczy.Nie obyło się bez wielkiej fety. Tydzień później znowu wsiadłem w pociąg na dworcu głównym w Bydgoszczy. Tym razem jednak nie pojechałem na mecz, a do ... wojska.Szczególne podziękowania składam mojemu przyjacielowi "Rożkowi", który przypomniał mi pewne szczegóły. Pzdr!
Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz lub

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.