Czy to dobrze, gdy sukces przychodzi zbyt szybko

autor: emcanu | 2021-10-28, 21:19 |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|
Tytuł dość poważny i może sugerować jakąś większą rozprawkę na ten temat.
Może w innym czasie faktycznie chciałoby mi się o taką - w rozmiarach pracy magisterskiej. Ale brakuje mi więcej wiedzy, przykładów, może pasji, żeby aż na coś takiego się porywać. Będzie więc nie tak obszernie, dość skromnie, głównie o Emmie - z zahaczeniem o Igę.
A zacznę od może drobnej informacji, że choć bardzo lubię tenis, to nie na tyle, żeby śledzić tenisistki od ich czasów juniorskich, oglądać ift'y, wyławiać tam może jakieś talenty itd. Nie miałbym na to czasu i wolę oglądać sport na nieco wyższym poziomie - bardziej zawodowym, główne cykle, a pod tym względem turniejów i meczów nie brakuje. A gdy dochodzi do tego F1, piłka nożna, żużel, siatkówka, inne dyscypliny w imprezach mistrzowskiej rangi, a także dobre kino, to wszystko to staje się trudne do pogodzenia.

Nie będzie więc zaskoczeniem, jak napiszę, że pierwszym meczem Emmy, który widziałem, był ten na tegorocznym Wimbledonie. Nie pamiętam, czy wcześniej jej nazwisko w ogóle obiło mi się o uszy, ale miałem to szczęście, że przed rozpoczęciem tej wielkoszlemowej imprezy, ktoś mi o niej wspomniał, wręcz ją zachwalił, więc szybko wygooglowałem i patrzę "kurcze, ładna dziewczyna, ciekawe czy gra tak dobrze, jak wygląda". Pomyślałem więc "co mi szkodzi". Miałem czas i możliwości, więc sobie zanotowałem, żeby przypilnować jej pierwszy występ.
A gdy już go obejrzałem, to z poczuciem zdecydowanie nie zmarnowania czasu. Podobnie mecz drugi i trzeci, aż przyszło do pojedynku IV rundy. Wiedziałem już jednak wtedy, że Emma naprawdę mi się podoba. Przejawiała talent, miała potencjał, podobało mi się, jak gra, a ona sama nie mniej :) O ile w Formule 1 trudno o tego typu zachwyty, to tenis jest tym cudownym sportem, który dostarcza wrażeń wzrokowych na wielu płaszczyznach :)

Mecz z Ajlą (IV runda) był pierwszym, który Emma nie tylko nie zakończyła zwycięstwem, co niestety go nie dokończyła z przyczyn zdrowotnych. Nie ona pierwsza i nie ostatnia oczywiście, ale w niczym to mojego smutku nie umniejszyło i pocieszeniem było żadnym, że przecież przed nią jeszcze wiele występów, już co prawda nie w tym turnieju, ale okazja na jej ponowne obejrzenie już niedługo miała się nadarzyć.
Jak wspomniałem wcześniej, jako że tych malutkich turniejów nie oglądam, więc owa okazja pojawiła się wraz z rozpoczęciem eliminacji do ostatniego w sezonie turnieju wielkoszlemowego. Gdy wakacje na dobre chyliły się ku końcowi, ten wreszcie ruszył i już nikt nie musiał mi zareklamowywać tej Brytyjki o rumuńsko azjatyckich korzeniach :) Już ją miałem zaznaczoną w aplikacji z wynikami i tylko czekałem, kiedy telefon rozbrzmi, by obwieścić, że za pół godziny powinien rozpocząć się jej mecz, a zarazem, jak się później okazało, początek nie tylko jej pięknej (jak by to powiedział mój dziadek) "marszruty" po tytuł, ale i po zapisanie się w historii, jako pierwsza tenisistka, która wygrała szlema, startując z eliminacji. Nigdy wcześniej tego nie było nawet wśród tenisistów, a Emma na dodatek przeszła przez cały turniej, jak burza - w 10 meczach nie tracąc seta i w żadnym momencie nie musiała nawet bronić piłki setowej. Wyczyn ten w przyszłości będzie ciężko powtórzyć komukolwiek, zwłaszcza że jej udział w turniejach rangi wielkoszlemowej był jej dopiero drugim - po wspomnianym Wimbledonie. Tym bardziej poprzeczka została zawieszona tu dość wysoko.

Czy czegoś zabrakło mi w tym jej występie? Tak. Tak naprawdę jednej tylko rzeczy, że nie zagrała więcej meczów z tymi najlepszymi tenisistkami. Bencić i Sakkari należą co prawda do czołówki, ale to Leyli przypadło stoczyć trzy setowe - bardziej emocjonujące batalie z Osaką, Kerber, Svitoliną i Sabalenką. Sukcesu Emmy to absolutnie nie umniejsza, ale tak czysto na papierze droga Leyli zrobiła na mnie większe wrażenie i przez to jej mecze tam, do dziś bardziej mam w pamięci.
Jest to może paradoks jakiś, ale stanowi też pewien przykład na to, że w sporcie, dla mnie przynajmniej, chodzi o coś więcej, niż sam "suchy" wynik. Co do tego ostatniego, to zwłaszcza oglądając mecze piłki nożnej mam nieodparte wrażenie, że dla wielu osób nie liczy się styl zwycięstwa, czy gra była ładna dla oka, czy było wiele emocjonujących akcji, wspaniałych podań, dośrodkowań, strzałów, a liczy się jedynie, żeby wygrać - jakkolwiek jak (szczególnie gdy są to spotkania eliminacyjne o punkty, czy nawet już na samej docelowej imprezie w meczach "otwarcia" i "o wszystko", bo te "o honor" ogląda się już na luzie). W tenisie może aż tak nie jest, ale gdy zacząłem obserwować z boku wyścig tenisistów z "wielkiej trójki" po kolejne tytuły, to miałem wrażenie, że wielu ich fanów nie obchodzi (lub może już przestało), w jakim stylu, w jaki sposób, czy po pokonaniu dobrych, czy w większości słabych rywali, ich tenisowi idole zapiszą przy swoimi nazwisku kolejny sukces i dzięki temu jeden wyprzedzi drugiego w jakiejś klasyfikacji wszech czasów. Myśląc o tym zadaję sobie pytanie, czy w tym jeszcze drzemie miłość do sportu, czy jedynie do samych wyników? Bo mam uzasadnione wątpliwości co do tego.

Rozpisałem się już trochę, więcej, niż zakładałem, więc wypadałoby wreszcie odnieść się do tytułu tego wpisu w odniesieniu do Emmy i po trochu do Igi.

Obie je łączy młody wiek i to że bardzo wcześnie i niespodziewanie wygrały turniej wielkoszlemowy: Emma US Open, a Iga Roland Garros (chronologicznie w odwrotnej kolejności). Obie w bardzo dobrym stylu, bez straty seta, grały pewnie, dobrze, swobodnie, na luzie, w żadnym momencie nie miały większych problemów w trakcie kolejnych meczów, a świat nimi mógł się tylko zachwycać. Można więc bez wahania powiedzieć, że sukces i jednej i drugiej był w pełni zasłużony, a tylko jacyś malkontenci mogliby tu marudzić, że mogła ta Emma pokonać więcej jakichś lepszych rywalek ;) Iga w sumie też ;p bo co tam jedynie jakaś Halep i Kenin ;) Gdzie te wszystkie Muguruzy, Osaki, Sabalenki z Barty na czele :)
Pół żartem to wszystko oczywiście, gdyż trudno narzekać na szczęście. Gra się z tymi, które los(owanie) zsyła i trzeba umieć wykorzystać swoją szansę, a czasem przy okazji jakieś sprzyjające okoliczności (np. z uwagi na pandemię, nieobecność w turnieju części faworytek).
Czy ten ich sukces przyszedł zbyt wcześnie? Tak uważam, przede wszystkim, gdy mowa o Emmie. Do US Open przystępowała, jako zawodniczka notowana dokładnie w połowie drugiej setki, mając na wyższym szczeblu wygranych jedynie kilka pojedynków na Wimbledonie i żadnych w głównym cyklu WTA.
Czy więc tenisistka z tak mikrym dorobkiem i wręcz pustym bagażem oświadczeń, mogła choćby w sekundzie zapomnienia, puścić wodze fantazji, że za kilkanaście dni będzie unosić jedno z najcenniejszych w tenisie trofeów? Odpowiedź na to zależy od tego, jak wielką fantazją dysponowała Emma, bo ja niemal do końca turnieju nie wierzyłem, że tego dokona. Oczywiście chciałem, ale prawda jest taka, że gdy Emma rozpoczynała pierwszy mecz eliminacji, to owo marzenie mogło najwyżej konkurować z tymi kibiców Legii o triumfie w Lidze Mistrzów ;)
Ale gdy to się jednak ziściło (fanom mistrza Polski może kiedyś, jak nie w tym, to w kolejnym wieku), to mojej radości nie było końca przez długie dni i tygodnie. Do teraz ten dotychczas najważniejszy dla niej tenisowo dzień, mam tak świeżo przed oczami, jakby to się wydarzyło dopiero co wczoraj. A gdy o wczoraj mowa, to Emma wygrała nareszcie swój pierwszy pojedynek w głównym cyklu WTA! Po US Open miała na to okazję już w Indian Wells, ale wyraźnie nie była na to mentalnie gotowa, a liczne wywiady, goszczenie w studiach kolejnych stacji telewizyjnych, spotkanie z księżną Kate, czy obecność na premierze kolejnego z filmów o "Jamesie Bondzie" nie były też zapewne wystarczającym treningiem przed startem we wspomnianej Kalifornii :)
Ale czy można było mieć jej to za złe? Absolutnie nie. Oczywiście liczyłem, że wygra przynajmniej jeden lub dwa mecze, ale sam na jej miejscu także bym nie stronił od kilku więcej błysków fleszy i niekoniecznie rzuciłbym się od razu w wir cięższej pracy. Dla Emmy ten nowojorski sukces nie był czymś normalnym, codziennym, kolejnym z wielu dla co bardziej utytułowanych tenisistek. Na wykorzystanie tych "5-ciu minut" w sposób, jaki chciała, jak najbardziej zasłużyła.
W tym tygodniu gra w niewielkim turnieju Cluj-Napoca rangi WTA250. Odniosła tam wspomniane pierwsze zwycięstwo, dzisiaj drugie i muszę przyznać, że bardzo dziwne uczucia mi towarzyszą, gdy pomyślę, że to już przecież mistrzyni wielkoszlemowa, a przecież niewiele musiało się stać, żeby nadal była gdzieś w drugiej setce i zamiast lecieć do Indian Wells, czy teraz do Rumunii, i z mniejszym lub większym powodzeniem grałaby kolejne itf'y. Czy świat by się nią wtedy tak interesował? Czy miałaby już tylu fanów? Jak szybko zrobiłoby się o niej nieco głośniej? Kiedy weszłaby do pierwszej setki i już nie musiała grać eliminacji, przynajmniej w szlemie. Na te i podobne pytania odpowiedzi byłyby otwarte, a ja dziś zamiast pisać o niej, to ten wpis poświęciłbym pewnie Leyli Fernandez lub Pauli Badosie.

Wiem, że ten temat można spokojnie jeszcze bardziej pociągnąć, lecz w niektórych komentarzach pewne myśli już zawarłem, więc trochę nie chcę ich tutaj powielać.
Ale na koniec chciałem choć słowo o tej naszej Idze, bo w końcu we wstępie to obiecałem :)
Ona, choć była nieco starsza od Emmy, gdy wygrała szlema, to i w jej przypadku uważam, że nastąpiło to przedwcześnie. Dość powiedzieć, że i sam jej trener był tym faktem "srodze" zaskoczony i jakby to z przekąsem napisał jeden z tutejszych jej miłośników, Sierzputowski coś takiego miał dla niej w planach może za 7 lat ;) a na pewno nie wcześniej ; p Do czego czasu celem by było nie myślenie o jakichś tam szlemach czy mastersach, a o spokojnym budowaniu regularności i pilnowanie, żeby ta przypadkiem czegoś większego nie wygrała ;) Swoje równie nieocenione zadanie miałaby w tym także psycholog, Daria Abramowicz, która należycie by zadbała, aby Iga przypadkiem nie wyszła poza swoją "strefę komfortu" :)

- - - - - - - - - - - -
P.S. może pociągnę ten temat w jakichś kolejnych wpisach. A tymczasem wiem, o czym, a właściwie o kim, będzie kolejny.
"Honey Badger"! ...i jeśli ktoś za chwilę postanowi to wygooglować, to spieszę z informacją, że nie, nie będzie to opowieść z gatunku przyrodniczych ;p

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz lub

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.