Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz lub

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.

Ostatnie komentarze

Sortuj:
charismatic enigma

"Rozmowa z Piotrem Żyto, menadżerem m.in. Mateja Ferjana i Roberta Nagy, który był naocznym świadkiem wypadku Piotra Winiarza w Debreczynie.
- Jak doszło do wypadku Piotra?

- To był siódmy wyścig zawodów. Piotrek startował z drugiego pola w niebieskim kasku, z pierwszego w czerwonym Zsolt Kovacs. Po starcie Piotrek znalazł się pół motocykla z przodu przed Kovacsem. Po wejściu w pierwszy wiraż Węgier zaczął spychać rzeszowianina pod bandę. W pewnym momencie poderwało mu przednie koło do góry i stracił kontrolę nad motocyklem, uderzając z całym impetem w Piotrka. Obaj polecieli w bandę. Piotr nie mógł nic zrobić, nie mógł zeskoczyć z motocykla, bo to wszystko działo się w ciągu ułamków sekund. Uderzył w bandę - nie nogami, nie rękami, lecz głową. Uderzenie było tak silne, że jego kask rozpadł się na części.

- Co się działo tuż po wypadku?

- Byłem blisko tego wszystkiego. Zaraz po wypadku Piotrek nie mógł oddychać, był siny, dusił się, nie wiem, czy nie dławił się językiem. Natychmiast do akcji przystąpili miejscowi lekarze i rozpoczęli walkę o jego życie. Oprócz problemów z oddychaniem, miał też rozciętą prawą nogę.

- Jak wyglądała cała akcja ratunkowa?

- Piotrek miał problemy z oddychaniem i natychmiast podano mu powietrze specjalnym respiratorem, bo nie mógł odzyskać oddechu. Cały czas robiono akcję z wtłaczaniem mu powietrza do płuc. Wszystko to trwało około 20 minut. Lekarze spisali się znakomicie, robili co w ich mocy i nie można mieć do nich żadnych zastrzeżeń. Na stadion przyjechała druga karetka, która zabrała go do szpitala.

- Co działo się w szpitalu?

- Nie byłem tam, zostałem na stadionie. Mieliśmy cały czas kontakt telefoniczny ze szpitalem. Dzwonił tam co chwilę szef węgierskiego żużla, Norbert Barath. Dostawaliśmy informację, że Piotr miał rozległy wylew krwi do mózgu, obrzęk mózgu i przede wszystkim krwiaka na mózgu.

- Później wróciliście do Polski...

- Do szpitala pojechali Maciek Kuciapa i Janusz Ślączka, którzy przyjechali wraz z Piotrkiem jednym samochodem oraz Józef Bolanowski, który mieszka od lat na Węgrzech i jest tam tłumaczem. My wsiedliśmy w samochody i wróciliśmy do Polski. Mieliśmy jednak z nimi cały czas kontakt także i po zawodach. Wiedzieliśmy, że Piotrek został poddany operacji głowy mającej przede wszystkim na celu usunięcie krwiaka. W pewnym momencie było już tak źle, że szanse na przeżycie oceniano na 50%. Nie jestem takim fachowcem, aby dokładnie powiedzieć, jakie odniósł obrażenia. Maciek i Janusz mówili tylko, że miał krwiaka i że jeszcze wylew. Musiałby chyba pan jakiegoś lekarza spytać o to bardziej szczegółowo, bo ja się na tym nie znam. Ale było bardzo źle. W tamtej chwili nie wiedzieliśmy nic więcej. Tylko tyle, że stan Piotrka był bardzo ciężki.

- Ponoć grupa z Polski po tym wypadku rzuciła się na Zsolta Kovacsa...

- Może nie tyle rzuciliśmy się, co doszło do ostrej wymiany zdań. Powiedziałem mu prosto w oczy, że jest bandytą. Byliśmy bardzo zdenerwowani. Może w tych nerwach nie powinienem tak robić, ale kiedy poszedłem do parku maszyn i zobaczyłem, jak spokojnie pali papierosa, to nie wytrzymałem, zdenerwowało mnie to podwójnie. Przeprosiłem działaczy węgierskich za te słowa, ale samego zawodnika nie. On się po prostu zachował jak bandyta, należały mu się te słowa. To było jechanie na ślepo, bez myślenia.

- Czy nie powinno się takiemu żużlowemu bandycie odebrać licencji?

- Ja uważam, że tak. Na pewno tak. On jechał na krawędzi ryzyka, jakby zupełnie nie myślał. Wcale nie musiał w tym momencie Piotrka w taki sposób zaatakować, zwłaszcza że turniej rozgrywany był według tabeli z Grand Prix - gdzie dwóch przechodziło dalej. Tragedię Piotrka spowodowała głupota zawodnika. A Kovacs to wcale nie młodzik, lecz doświadczony zawodnik, ma ponad 30 lat i nie od dziś jeździ na żużlu.

- Zamierzacie jeszcze w przyszłości wybierać się na takie turnieje?

- Tak. Na pewno po jednym wydarzeniu, nawet tak dramatycznym nie można się obrazić na Węgrów. To nie ich wina, że wśród nich jest jeden głupek i on nie może stanowić o całym żużlu węgierskim. Nie wolno za to bojkotować węgierskiego żużla. Jest wielu innych zawodników. Zawsze dotychczas była tam fajna atmosfera, a co do Piotrka, to jest to świetny chłopak, ma świetne poczucie humoru i wprowadza świetną atmosferę. Wszyscy trzymamy za niego kciuki, aby jak najszybciej wrócił do zdrowia.

- Dziękuję za rozmowę."


Szkoda, że pan Żyto nie dał w twarz Kovacsowi, bo należało mu się w 100%.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj (0|0)
blokuj
Możesz dodać użytkownika do blokowanych, żeby nie widzieć więcej jego komentarzy.