Mateusz Puka, WP SportoweFakty: W środowisku lekkoatletycznym od dawna pojawiały się głosy, że po urodzeniu córki nie będzie miała pani motywacji do kontynuowania kariery. Jak jest naprawdę?
Malwina Kopron, brązowa medalistka olimpijska z Tokio 2021: Wróciłam do treningów dwa miesiące temu. Niestety, nie wygląda to zbyt dobrze, a początek jest bardzo trudny. Dodatkowo nie ma szans, by treningi trwały po 3-4 godziny jak dawniej, bo nie mogę zabierać Zosi na treningi.
Wierzy pani w powrót do najwyższej formy?
Bardzo chciałabym polecieć z reprezentacją na igrzyska do Los Angeles w 2028 roku.
ZOBACZ WIDEO: Hit z udziałem Polaka? Jest na "tak", ale stawia jeden warunek
Dość wysoko stawia sobie pani poprzeczkę.
Od razu zaznaczam, że nie wiem, jak będzie wyglądał najbliższy sezon w moim wykonaniu. Miałam przecież prawie roczną przerwę. Przez ponad pół roku nie miałam młota w ręku i nie chodziłam nawet na siłownię. Gdyby nie udało mi się zakwalifikować na tegoroczne mistrzostwa Europy do Birmingham, nie będzie mnie to jakoś mocno demotywować. Widzę, jak wyglądają treningi i wiem, że przede mną jeszcze bardzo dużo pracy.
Zastanawiała się pani, czy jest sens wracać do sportu?
Zastanawiałam się, ale to normalne, bo poprzednie dwa lata były dla mnie straszne. Aby wznowić treningi musiałam się starać o tym zapomnieć. Za mną fatalny okres w karierze. Miałam przecież problemy ze sponsorami, zdrowiem, czy chorobą nowotworową dziadka.
Co sprawiło, że uznała pani, że warto jeszcze raz spróbować?
Wierzę, że jestem jeszcze w stanie coś osiągnąć w sporcie. Ta myśl nie daje mi spokoju i dlatego chcę dać sobie dodatkowy czas na spełnienie ambicji. Nie chcę obudzić się za kilka lat i żałować, że mogłam wycisnąć z kariery nieco więcej. Jeśli w przyszłości uda mi się choćby raz awansować do finału międzynarodowej imprezy, to stwierdzę, że to wszystko miało sens.
Co było największym problemem w czasie ciąży?
Gdyby nie to, że jestem zatrudniona w Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym, to pewnie w ogóle nie myślałabym o powrocie do sportu. Trzeba byłoby szukać innej pracy, bo tak nie dałoby się funkcjonować.
Co konkretnie ma pani na myśli?
W sporcie niestety wciąż jest tak, że rodzi się dziecko i zostaje się praktycznie z niczym. Nie dość, że powrót do formy jest bardzo trudny, to dodatkowo dostaje się dużo mniejsze pieniądze. Perspektywy dla zawodniczek w takiej sytuacji są fatalne i nie mobilizują do ostrych treningów. Warto, by w końcu ktoś o tym pomyślał.
Finansowo było aż tak źle?
Urodziłam Zosię 27 kwietnia, a już w maju otrzymałam informację, że moje stypendium zostaje obcięte o połowę. Nie miało przy tym znaczenia, że przysługiwało mi ono do września.
Jak pani przetrwała ten okres?
Na szczęście zabezpieczyłam się finansowo, ale nawet w mojej sytuacji, brak wsparcia z wojska oznaczałby definitywny koniec kariery.
6,3 tysiąca złotych pensji szeregowego przedłużyło pani karierę?
Po prostu bez tego nie miałabym wielkich perspektyw. Jestem wdzięczna także Ministerstwu Sportu, bo mimo iż nie mogłam trenować i startować, to wpisano mnie na listę beneficjentów programu Team 100.
Jeszcze na początku roku wspominała pani o ogromnych problemach z kontuzjami. Przewlekłe zapalanie kaletki biodrowej i ból w obręczy barkowej uniemożliwiały pani nie tylko normalne treningi, ale nawet sen.
I to jest chyba największe rozczarowanie. Wydawało mi się, że ponad roczna przerwa od sportu pomoże mi wyleczyć te urazy.
Nie pomogła?
Część dolegliwości zniknęła, ale sporo pozostało ze mną i pewnie pozostanie na długie lata. To tylko pokazuje, jak mocno zniszczyłam sobie ciało. Biodro i kilka innych kontuzji okazało się znacznie poważniejsze niż mi się wydawało. Nie ma dnia, żeby coś mnie nie bolało. A przecież naprawdę bardzo długo odpoczywałam.
To oznacza, że wciąż ma pani bezsenne noce z powodu kontuzji?
Na szczęście nie. Zresztą, teraz przewartościowałam te sprawy i myślę o tym nieco inaczej. Trenuję mimo bólu. W profesjonalnym sporcie tak już chyba musi być.
Co jeszcze zmieniło się po urodzeniu dziecka?
Mam problem z regeneracją, bo opieka nad Zosią pochłania mnóstwo czasu. Z miesiąca na miesiąc jest coraz bardziej samodzielna, a to zwiększa moje szanse na powrót do dobrej dyspozycji. Wracam do sportu, ale nie narzucam sobie żadnej presji. Wydaje mi się nawet, że mój powrót do rzutu młotem, to trochę taki kaprys.
Kaprys?!
Nie musiałbym tego robić. Mogłabym siedzieć w domu, zajmować się córką i szukać innej pracy. Próbuję jednak, bo wierzę, że sport jest piękny. Nie jestem jeszcze na etapie, w którym chciałabym kończyć karierę.
Jak bardzo zmienił się pani organizm?
Przy porodzie konieczne okazało się cesarskie cięcie, a przez to mój organizm potrzebował przynajmniej dwóch miesięcy, by wrócić do normalnego funkcjonowania. O szybkim powrocie do treningów nie było mowy. Zresztą, nawet nie miałam planów, by coś przyspieszać. Mogłam sobie pozwolić na dłuższą przerwę i dobrze wykorzystałam ten czas. Ostatnie lata w sporcie były dla mnie bardzo trudne, dlatego przerwa na urodzenie dziecka może mi pomóc. Czułam, że potrzebowałam odpoczynku. Poza tym, nie po to rodziłam Zosię, by następnego dnia wracać do treningów.
Jeszcze w lutym i marcu była pani rozgoryczona kolejnymi problemami. Jak jest teraz?
Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa. Tak bardzo cieszę się z obecności Zosi, że nie przejmuję się niczym innym. Chcę z nią spędzać każdą chwilę. Próbowałam zabierać ją ze sobą nawet na treningi, ale okazało się, że jest jeszcze za mała, a opieki nad dzieckiem nie da się połączyć z zajęciami sportowymi.
Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty