Jacek Wszoła skończył we wtorek 69 lat - i choć od jego największego sukcesu minęło niemal pół wieku, tamten wieczór w Montrealu na dobre utkwił kibicom sportu na całym świecie. Finał skoku wzwyż na igrzyskach olimpijskich w 1976 roku oglądało 1,5 miliarda ludzi. Polak pokonał wszystkich - i zaskoczył wszystkich.
Faworytami byli Dwight Stones, amerykański rekordzista świata, oraz Greg Joy - nadzieja gospodarzy. Nikt nie spodziewał się, że złoto zdobędzie nieznany szerszej publiczności 19-latek z Warszawy. Tymczasem Wszoła, jak sam przyznał, do Kanady "przyjechał po swoje".
- Czułem się tego dnia mocny. To był wyjątkowy dzień, wyjątkowa otoczka i chciałem zrobić coś wyjątkowego - mówił po latach w rozmowie z WP SportoweFakty. Zaryzykował - odpuścił trzy pierwsze próby, bo wiedział, że przy remisie liczy się liczba skoków. Opłaciło się.
Do startu przygotowywał się w deszczu. Dosłownie. - Podczas treningów w Spale ojciec polewał rozbieg wodą, szukał utrudnień. Mówił, że musimy być gotowi na wszystko - wspominał. I faktycznie, w olimpijskim finale w Montrealu skakał w ulewie.
Cztery lata później, na igrzyskach w Moskwie, sięgnął po srebro - znów poprawiając rekord olimpijski. Dziś sam przyznaje, że starość bywa trudniejsza niż wyczynowy sport.
- Starość mnie, mistrza olimpijskiego, kompletnie rozczarowuje - mówił w "Przeglądzie Sportowym", opowiadając o walce z nadciśnieniem, problemami z nerką i licznymi operacjami. Ale wciąż trenuje - na siłowni i na rowerze. - Zdziadziałem strasznie, choć staram się z tym walczyć - przyznał.
ZOBACZ WIDEO: Oto jakie zdanie o trenerze polskich skoczków mają kibice