Kokpit Kibice
Na ulicy medali już nie wieszają
Archiwum prywatne / Na zdjęciu: Dariusz Wendicki
Dariusz Faron Dariusz Faron

Na ulicy medali już nie wieszają

Ze szczytu nigdy nie widać dna i tak samo było z Darkiem. Gdy skoczył na głęboką wodę, nie miał problemów z utrzymaniem się na powierzchni. A potem dał się ponieść wysokiej fali. Nic dziwnego, że przegapił moment, w którym zaczął tonąć. - Zgubił się pan? Proszę się nie martwić, tutaj każdy się gubi - rzuca do słuchawki Darek, póki jeszcze jest zasięg. Ostatnie kilkanaście kilometrów to jazda przez pola i lasy, samochód co chwilę podskakuje na połatanej, wąskiej drodze. W końcu na jednym z drzew mały drewniany drogowskaz, którego lepiej nie przegapić - Konopaty.

Miał czekać przy drodze i faktycznie czeka. Jakieś 180 cm, grzywka starannie zaczesana na bok, lekki zarost (Iwona mówi, że tak mu lepiej). Twarz zniszczona życiem (czyt. wódką), ale ciągle uśmiechnięta. Darek szybkim ruchem otwiera bramę i zaprasza.

Z rozległego ogrodu od razu można wejść w las. Trawa krótko przystrzyżona, małe figurki krasnali tulą się do siebie. Chociaż słońce próbuje przebić się przez wierzchołki drzew, w taki dzień bez kurtki ani rusz. Kiedy Darek oprowadza po swoim królestwie, nie kryje radości w głosie. Dom nie tak dawno wyremontował, w ogrodzie postawił ogromny basen.

Takie rzeczy cieszą. Zwłaszcza jeśli kiedyś żyłeś na ulicy. 

Pociągi

- Wynoście się stąd! Macie czas do jutra!

Choć minęło prawie dwadzieścia lat, Darek pamięta tamten dzień, jakby to było dziś. Wynajmowali z Ewą i Natalką duży dom w Gdyni. Właściciel się wściekał, bo od pewnego czasu, zamiast na jego konto, przelewy robili wyłącznie z butelki do kieliszków. W końcu powiedział "dość". Kazał się pakować, na "do widzenia" postraszył jeszcze policją. W popłochu wrzucili ciuchy do trzech walizek, a potem po prostu wyszli, żeby nigdy już tam nie wrócić.

Teraz siedzą na dworcu i główkują, co dalej. Myśli w głowie Darka mkną niczym pospieszny, ale są ciężkie jak lokomotywa.

Co z nami będzie?
Gdzie znajdziemy dach nad głową?
Jak żyć na ulicy, kiedy masz 14-letnie dziecko?
Jak spojrzeć w lustro?

Darek i Ewa patrzą tępo na tłumy podróżnych z wielkimi torbami na plecach. Gwar dworcowych rozmów przerywany mechanicznymi komunikatami z głośnika.

"Pociąg Express Intercity z Warszawy wjedzie na sektor trzeci przy peronie drugim!".

Szkoda że nie mówią, jak znaleźć nowy dom.

Wreszcie dobre wieści (o ile można to tak nazwać): Ewa poszła podpytać, czy nikt ich nie przygarnie i usłyszała od znajomego o dzikich działkach. Mieszka tam kilku bezdomnych, ale jest jeszcze trochę miejsca. Pewnie się zmieszczą, czemu więc nie spróbować?

Ale to dopiero jutro, najbliższą noc spędzą na dworcu. Darek przykłada głowę do twardej ławki zastępującej poduszkę i próbuje zasnąć. Może przyśni mu się dawny świat, gdy żadne problemy jeszcze nie istniały. Jest już po północy, gwar wyraźnie przycichł.

"Pociąg z Warszawy wjedzie na sektor trzeci przy peronie drugim!".

Lej pan dwie setki. Zostałem ojcem

Druga połowa lat 70., Gdynia.

Wendiccy mieszkają w dziesięciopiętrowym, betonowym bloku na gdyńskim Witominie. Wszystko jak pan Bóg przykazał. W łazience – pralka frania, w kuchni – stół z ceratą, w salonie – meblościanka i kolorowy telewizor Rubin. Nastoletni Darek ciągle wpatruje się w ekran. Kumple z osiedla marzą, by zostać nowym Latą albo Bońkiem, a on chce być Jackiem Wszołą.

W magicznym kwadracie śledzi, jak Wszoła odgarnia włosy, bierze rozbieg i skacze wzwyż po medal na igrzyskach w Montrealu. A potem Darek zaczyna trenować. Gdy wchodzi pierwszy raz na bieżnię, od razu czuje, że to jest to. Tylko ojca trzeba jakoś udobruchać, bo ciągle krzyczy, żeby syn wybił sobie sport z głowy. "Przecież te bzdury ci chleba nie dadzą!".

Na co Darek trzaska drzwiami i wyprowadza się na chwilę do kumpla. Sam wie lepiej: będzie chleb i będą igrzyska. Trenerzy twierdzą to samo. Oni widzą potencjał Wendickiego, a rywale z bieżni jego plecy, zwykle jest najszybszy. Po zdobyciu mistrzostwa Polski młodzików na 400 metrów przez płotki dzwoni do mamy, żeby włączyła radio. Mówią tam o "młodym talencie z Bałtyku Gdynia".

Darek jest królem życia. Zaraz ogłoszą stan wojenny, ale kiedy masz 20 lat, wszędzie znajdujesz kolory, nawet jeśli wokół jest szaro, buro i ponuro. Poza tym we dwójkę zawsze raźniej, a teraz w tej historii pojawia się Ewa. Miłość od pierwszego wejrzenia, po kilku miesiącach znajomości organizują w domu wesele. Na miesiąc miodowy państwo młodzi jadą na obóz sportowy.

Wendicki jest na fali. Pod koniec lat 80. zdobywa srebrny medal mistrzostw Polski. Trenerzy klepią go po plecach i mówią, że będzie gwiazdą. Ewa gładzi po głowie i mówi, że będzie ojcem.

Dziewięć miesięcy później Darek nerwowo chodzi po mieszkaniu. Co chwilę dzwoni do szpitala, ale twierdzą, że jeszcze trzeba czekać, żona jest na sali. W końcu telefon, że to już! Natalka przyszła na świat.

Darek wpada jak burza do baru i szuka wzrokiem barmana. "Lej pan dwie setki! Zostałem ojcem!".

To jego pierwszy łyk mocniejszego alkoholu w życiu. Wtedy nie ma jeszcze pojęcia, że jednocześnie właśnie robi swój pierwszy krok w stronę bezdomności.


Dariusz Wendicki na zawodach weteranów
Dariusz Wendicki na zawodach weteranów
Kawior ze śmietnika

Piętnaście lat później Wendicki budzi się na trójmiejskim dworcu. Otwiera oczy i traci resztki nadziei, że to wszystko było tylko złym snem.

Zostali z Ewą we dwójkę. Całe szczęście, że Natalka znalazła pokój u koleżanki.

Rano: kierunek działki. Szopa ma jakieś dwa na trzy metry kwadratowe. Kilka nierówno zbitych desek, daszek – nic więcej. Nie ma prądu, a po wodę trzeba iść do pobliskiego hydrantu, ale przynajmniej nie będzie na człowieka padać, jak po niebie zaczną płynąć ciemne chmury. Obok w podobnej szopie mieszka małżeństwo z dwójką dzieci. Jacek szybko wtajemnicza Darka w grafik, który pozwoli Wendickim przetrwać.

Pobudka jakoś o piątej. Jeśli się odśnieży piekarzowi posesję, facet daje bułki i kilka drożdżówek. Do tego zawsze znajdzie się w kieszeni jakieś dwa złote na mleko, więc śniadanie odhaczone. Potem Darek z Jackiem jadą zbierać złom. Na wszelki wypadek lepiej unikać towarzystwa – jak raz zapakowali na wózek kawałek ogrodzenia, od razu przyczepiła się straż miejska. Że co to? Skąd to? Gdzie i po co? Policja zjawia się raczej zimą, żeby sprawdzić, czy nikt nie zamarzł. Nieraz w nocy kilka stopni na minusie, Wendickich ratuje koc i wino marki wino, które choć na chwilę rozgrzewa od środka i pozwala wierzyć, że następnego dnia otworzą oczy.

Po piekarzu i zbieraniu złomu Darek chodzi na rejony. Nie uwierzyłbyś - opowiada, jakie rzeczy ludzie wyrzucają na śmietnik. Konserwy, ryby w puszce, ale też nieodpakowane sushi, krewetki, a raz Darek znalazł nawet kawior. Jedzenie znalezione w kontenerze i pieniądze ze złomu pozwalają egzystować (bo trudno to nazwać życiem).

Po południu Darek wraca na dzikie działki do swojego małego kantorka i wtedy, niczym bankier, myśli już tylko o procentach. Kiedyś przy wyborze trunków był bardziej wybredny, teraz leje do gardła wszystko, co podstawią pod nos. Ewa ma podobną taktykę.

Rzadko kiedy piją na umór. Chodzi o to, żeby się na chwilę zrobiło weselej. I żeby zapomnieć o tym, co się straciło.

O życiu, którego już nie ma, a przecież jeszcze niedawno istniało. Dobrze je pamiętają. 

Majteczki w kropeczki

Karierę Wendicki kończy w 1990 roku. Medale chowa do szuflady i zamyka na klucz, bo trzeba pomyśleć o utrzymaniu rodziny. Stypendium sportowe nie wystarcza.

Darek wymyśla, że zamiast mistrzem na bieżni, zostanie mistrzem w handlu. Ma smykałkę, a do tego trafia na dobry czas. Szarą, betonową Polskę zalewa kolorowa fala z Zachodu. To, co nowe i nieznane, schodzi jak świeże bułeczki. Kicz, który do niedawna był w sferze marzeń, teraz wreszcie jest na wyciągnięcie ręki. Wendicki handluje niemal wszystkim. Kasety VHS, lalki Barbie, tandetne piórniki z postaciami z kreskówek, plecaki ze świecącymi naklejkami, maszyny do gier…

– Po raz drugi stałem się królem życia. Przed sklepik, siedemnaście metrów kwadratowych, wystawiłem głośnik. Puszczałem disco polo, głównie Bayer Full, zna pan? "Majteczki w kropeczki łohoho!". Zenek Martyniuk wtedy jeszcze nie był na topie. Pan sobie wyobrazi, że w miesiąc zarobiłem na czerwonego passata! A potem się wycwaniłem jeszcze bardziej i ruszałem na granicę. Niemcy szastali markami i nieraz cały towar schodził w jeden dzień. Pytałem tylko, ile biorą sztuk, zwei czy drei? – mówi z dumą Darek.

Problem się zaczął, gdy otworzył pijalnię piwa. Szybko z właściciela stał się jednocześnie klientem. Kiedyś na bieżni brylował na czterysta metrów, teraz przy ladzie stał się długodystansowcem. Start spokojny – kieliszeczek na rozgrzewkę, a potem mocne, równe tempo. Bywało, że następnego dnia mety w ogóle nie pamiętał. A wolałby nie pamiętać wielu innych momentów.

Na przykład jak podczas Jarmarku Świętojańskiego stał przy stoisku pijany i pytał ludzi, "so poooodać?", a oni robili wielkie oczy i odwracali się na pięcie.

Albo jak jechał wypity z towarem i wpadł do rowu samochodem dostawczym. Nie przejął się. Stwierdził, że przecież auto może tak zostać, rozbitego nikt nie ukradnie. Wrócił do domu na piechotę, byle tylko dorwać się do butelki.

Albo jak nagle będąc pod wpływem odszedł na straganie od swojego stołu i położył się obok spać. Wstyd jak cholera, aż głupio opowiadać!

Albo jak – docieramy do tego momentu – właściciel domu, który wynajmowali z Ewą i Natalką, kazał się wynosić. Spakowali się w trzy walizki i poszli na dworzec. Myśleli, że to koniec. Ale nie – to był dopiero początek.


Dariusz Wendicki przed swoim domem
Dariusz Wendicki przed swoim domem
Zakopmy bezdomnego. Będzie fajnie

Darek zaciąga się papierosem i chwilę się zastanawia, bo to jest przecież cholernie trudne pytanie.

Dlaczego przestałeś pić?

Mógłby na potrzeby reportażu wypowiedzieć elegancką formułkę, że spojrzał w lustro, wydoroślał i zrozumiał swoje błędy, zmienił się, bla bla bla... Ale przecież rzadko kiedy to tak wygląda. Często, żeby się przebudzić, musisz spaść z piątego piętra i uderzyć o beton. A Darek walnął kilka razy. Teraz patrzy przez chwilę na swoje ręce pokryte bliznami i przypomina sobie pierwszy raz, kiedy naprawdę pomyślał, że musi z tym skończyć.

Było ich czterech. Młode chłopaki, przyjechali z Warszawy na lato, żeby się ostro zabawić – popić, walnąć kreskę, wyrwać jakieś laski. Wymyślili sobie, że będą mieszkać na dzikich działkach, z Wendickimi po sąsiedzku. Raz Darek dał w palnik (dzień jak co dzień) i włączył mu się tryb "gospodarza". Ruszył do sąsiadów, żeby się stąd zabierali w cholerę, bo to przecież są jego działki!

No to chłopakom się podniosło ciśnienie. Co im tu jakiś ch** będzie rozkazywał, gdzie mają spać? Trzeba tylko uważać, żeby nie przeholować. A zresztą... jak przeholują, to przecież nikt się o bezdomnego nie upomni, nie? Dawaj, śmiesznie będzie!

– Chwycili mnie we czterech i związali. Najpierw mnie bili. Jak już skończyli, poprosiłem o papierosa, na co oni zaczęli się śmiać, że też sobie zapalą. Oblali mnie naftą, a potem rzucili zapałkę. Stanąłem w płomieniach. Na szczęście jeden z nich od razu się opamiętał i chlusnął wodą z miednicy. Potem straszyli, że mnie zakopią żywcem i że będę zaraz kopać swój grób. Kiedy starsi poszli po wino i fajki, najmłodszy mnie wypuścił. Biegłem przez las, potem nagle padłem nieprzytomny. "Znajomi" od kieliszka, którzy stacjonowali w pobliżu, zobaczyli mnie i zadzwonili na pogotowie. Moje serce na chwilę przestało bić, tak przynajmniej napisano w dokumentacji medycznej. Jak Ewa z Natalią przyszły do szpitala, nie poznały mnie, bo cały byłem w bandażach.

Wtedy naprawdę uznałem, że pora odstawić butelkę, ale myślałem tak jeszcze później w wielu momentach.

Na przykład gdy żona mnie zostawiła. Wcześniej zmieniliśmy działkę – kupiliśmy większy domek, bo Ewa dostała pieniądze w spadku po ojcu. Tam było lepiej.  Mieliśmy już wodę i prąd, ja znalazłem pracę. Ale zawsze kiedy wracałem z roboty, zastawałem ją pijaną. Aż sam zaczynałem pić. I tak w kółko. Namawiałem ją na terapię, w końcu powiedziała, żebym się wynosił i nie wracał. Znalazła sobie innego faceta do chlania.

A potem się dowiedziałem, że zapiła się na śmierć.

Moment przełomowy numer trzy to zasługa mojego brata. Nie potrafiłem uderzyć pięścią w stół, więc on to zrobił. Męczył, że tak dłużej być nie może, kazał mi się zapisać na terapię  Posłuchałem.

"Dzień dobry, mam na imię Darek i jestem alkoholikiem".

Natalko, kupisz tacie wódkę?

Jak pijesz, ze wszystkim masz pod górkę. Ale dopiero kiedy próbujesz naprawdę odstawić, stajesz przed Mount Everestem. Już myślisz, że się podniosłeś. Zaczynasz mówić innym, że przecież to, co złe, wydarzyło się dawno temu, a tu nagle zaliczasz glebę. Jedną, drugą, trzecią...

Bo imieniny.
Bo urodziny.
Bo "ze mną się nie napijesz, Dario?!"
Bo akurat przechodzisz koło sklepu.
Bo deszcz.
Bo śnieg.
Bo słońce.

Trzymałeś się tak dzielnie, codziennie wstawałeś rano i zakreślałeś pieprzone daty w kalendarzu na ścianie, żeby się wszystkim chwalić: "nie piję od 400 dni", a tu nagle wszystko jak krew w piach. I w końcu się uczysz, że droga do trzeźwości to droga krzyżowa, tyle że w krzyżowej są ponoć trzy upadki, a ty zaliczysz znacznie więcej.

Darek wrócił do handlu (sprzedawał sprzęt tenisowy), wynajął mieszkanie i nawet je odmalował. Marzył, żeby się Natalia wprowadziła, ale wolała mieszkać z chłopakiem. W końcu przyszły zięć wziął go do siebie, bo w samotności do kielicha znacznie bliżej. Jednocześnie zapowiedział: zero chlania.

No pewnie. Zero chlania. Słowo harcerza. Mur beton. Masz to jak w banku. Ja nie dam rady?!

Drugiego dnia Darkowi zaczęły trząść się ręce, więc chwycił się córki jak tonący brzytwy. Najpierw prosił, potem błagał. "Natalko, kupisz mi setkę?". Zlitowała się i kupiła. Przechylił buteleczkę, chwilowo poczuł ulgę. A gdy zastąpiło ją poczucie porażki, wrócił na grupę.

"Dzień dobry, mam na imię Darek i jestem alkoholikiem".


Dariusz Wendicki (z prawej) i Marek Plawgo, lekkoatletyczny medalista mistrzostw świata i Europy
Dariusz Wendicki (z prawej) i Marek Plawgo, lekkoatletyczny medalista mistrzostw świata i Europy
Telefon po dwudziestu pięciu latach

Iwonie powiedział, że nie pije. Problem z alkoholem, owszem, miał, ale to już przeszłość – taka była oficjalna wersja. Zresztą sam w nią wierzył.

Pewnie bez Iwony nie wyszedłby z tego bagna.

Poznali się na obozie sportowym w latach 80. On – bardzo dobrze zapowiadający się zawodnik. Ona – kierowniczka zgrupowania. Coś zaiskrzyło, ale potem zgasło i leżało pod popiołami równo przez 25 lat. Aż Darkowi strzeliło do głowy, że w sumie ciekawe, co tam u Iwonki? Wyguglował ją i znalazł numer. Pracowała w Polskim Związku Lekkoatletyki. Najpierw nie chciała gadać ("co ten gość ode mnie chce?!"), ale potem oddzwoniła. Rozmawiali do czwartej nad ranem. Niedługo później przeprowadził się do niej z Trójmiasta do Warszawy.

Ale na pointę "i żyli długo i szczęśliwie" jest za wcześnie. Po drodze sporo się jeszcze wydarzy.

Najpierw Darek kilka razy się zgubi podczas samotnego zwiedzania stołecznych bram. I się okaże, że o tym alkoholu to jednak trzeba rozmawiać w czasie teraźniejszym, a nie w przeszłym. Potem znowu mała rundka terapii... Otwarta, pogłębiona i w ośrodku zamkniętym. Do wyboru, do koloru.

Aż w końcu: "dzień dobry, mam na imię Darek i nie piję od czterech lat".

Takie zdanie mógłby wypowiedzieć dziś.

Twierdzi, nie ma już w nim strachu, bo przecież nie po to wchodzisz na Mount Everest, żeby się bać. Plan jest taki: zaraz skończy kurs terapeuty i sam będzie pomagał ludziom wychodzić z uzależnień. Już teraz pracuje w fundacji pomagającej osobom w trudnej sytuacji. Zastanawia się też nad kursem trenerskim.

– Dzisiaj myślę, że mój alkoholizm wziął się ze sportu. A precyzyjniej: z końca sportu. To wszystko uzależnia. Rywalizacja, ciągłe treningi, życie od zgrupowania do zgrupowania. Wygrywasz i jesteś na świeczniku. Każdy cię zna, ty znasz każdego. I nagle ten świat się kończy. Zaczyna ci go cholernie brakować, a nie da się go tak łatwo zastąpić. Co z tego, że w handlu odnosiłem sukcesy? Co to za życie, jeśli każdego dnia wstajesz tylko po to, żeby zarabiać pieniądze? Nie masz celu ani marzeń.

Byłem wtedy martwy.

Elvis żyje

Teraz Darek z pewnością martwy nie jest. Mało tego, chce mu się żyć jak nigdy wcześniej. W swoim pokoju powiesił na ścianach pełno zdjęć Elvisa Presleya, wieczorami odpala nawet  karaoke. Sąsiedzi są zdania, że na bieżni idzie mu zdecydowanie lepiej niż przy mikrofonie.

A do sportu też wrócił! Z sukcesami startuje w zawodach weteranów.

Darek wychodzi do ogródka i opowiada o najnowszym pomyśle: tu już wyznaczył miejsce na matę, a tutaj (o tu!) zbuduje się prowizoryczny rozbieg. Największe sukcesy osiągał na 400 metrów przez płotki, ale przecież zaczynał od skoku wzwyż. Teraz o niczym bardziej nie marzy, niż żeby ponownie wysoko się wybić i przelecieć nad poprzeczką. Historia zatoczy koło.

Ile to już minęło? Jakieś pięćdziesiąt lat.

Dziesięciopiętrowy blok na gdyńskim Witominie. Pralka frania, meblościanka, kolorowy Rubin. Ojciec krzyczy, że z tego sportu to chleba nie będzie, ale młody Darek nie słucha. Stoi bez ruchu i jak zahipnotyzowany patrzy w mały ekran.

Zaraz Jacek Wszoła odda swój skok po medal.

Dariusz Wendicki - ur. 30 sierpnia 1964 roku, były polski lekkoatleta specjalizujący się w biegu przez płotki. W 1988 roku sięgnął po wicemistrzostwo Polski, wcześniej zdobył złoty medal w rywalizacji młodzików. Zakończył sportową karierę w 1990 roku.

Komentarze (11)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×