Iwo Baraniewski na początku grudnia z przytupem wszedł do organizacji UFC. Polak dał krótką, ale efektowną walkę, w której posłał swojego przeciwnika na deski (pokonał Ibo Aslana przez nokaut w pierwszej rundzie na gali UFC 323). Starcie zrobiło takie wrażenie, że zostało wybrane najlepszą walką wieczoru, a Polak mógł cieszyć się z bonusu w wysokości 50 tysięcy dolarów.
Na kilka tygodni przed starciem walka i występ Baraniewskiego w UFC zawisły na włosku. W rozmowie z Arturem Mazurem w programie "Klatka po klatce" Polak wyjawił, że na treningu doznał kontuzji pleców.
ZOBACZ WIDEO: Zawrzało po ogłoszeniu walki. Wrzosek komentuje ruch KSW i tonuje nastroje
- Trzy tygodnie przed walką złapała mnie w lędźwiach taka kontuzja, że nie byłem w stanie zawiązać butów - opowiedział Baraniewski. - Byłem wtedy na campie w Poznaniu. Zrobiło mi się to przy głupim, rozgrzewkowym ćwiczeniu. Gdy podskoczyłem, coś mnie zakłuło i z minuty na minutę było coraz gorzej. Nie mogłem się schylić, zawiązać butów, siedzieć. Nawet nie byłem w stanie wrócić do domu, bo tak mnie bolały plecy - przyznał polski zawodnik.
Od tego momentu Baraniewski nie mógł w pełni trenować. Całkowicie zrezygnował ze sparingów i każdego dnia chodził na zabiegi do fizjoterapeuty. Lecąc do USA na walkę, cały czas czuł ból. Ostatecznie jednak z dnia na dzień wszystko wyglądało lepiej.
- Było coraz lepiej i jak fight week się zaczął od wtorku, to prawie plecy mnie w ogóle nie bolały - powiedział Baraniewski.
Iwo Baraniewski pozostaje niepokonany w zawodowym MMA. Do organizacji UFC dostał się do we wrześniu, kiedy to w programie z cyklu Contender Series posłał rywala na deski i wywalczył kontrakt z amerykańskim liderem świata MMA.