Owszem, w meczu z Levante (3:2) Barcelona strzeliła zwycięskiego gola, kiedy "Lewy" był na boisku, ale stało się to bez jego udziału. Jego wkład w remontadę był żaden. Przez 22 spędzone na boisku minuty miał tylko trzy kontakty z piłką i nie był to "złoty dotyk". Składają się na to dwa odegrania do tyłu, gdy był tyłem albo bokiem do bramki, i jedna strata. W polu karnym Levante piłki nie dotknął (przerwana po jego faulu akcja jest uznawana za niebyłą), nie było więc nawet mowy o sprawdzeniu Pablo Cunata.
Owszem, beniaminek postawił w swojej "16" gęste zasieki, ale w czasie przebywania Lewandowskiego na boisku miejsce do oddania strzału w tym gąszczu znaleźli sobie Raphinha, Jules Kounde i Dani Olmo. A "Lewy" nawet nie powąchał w polu karnym piłki. I wcale nie dlatego, że był tak skrzętnie pilnowany przez rywali, że wiązał obrońców, by koledzy mieli więcej miejsca.
Nic z tego. Zwróćmy uwagę choćby na sytuację z doliczonego czasu gry, gdy po dośrodkowaniu Lamine Yamala do swojej bramki piłkę skierował Unai Elguezabal. "Lewy" zamykał akcję bez asysty rywala. Wykonał bardzo dobry ruch dla Yamala, ale ten wolał obsłużyć będącego pod kryciem Ferrana Torresa.
Podobnie było w innych akcjach, ale partnerzy po prostu omijali go podaniami, by nie powiedzieć: ignorowali. To niepokojące zjawisko. Tym bardziej że Barcelona zarówno bez niego, jak i pomimo jego obecności na boisku, radzi sobie bardzo dobrze. To potwierdza przykrą (z polskiej perspektywy) prawdę z finiszu minionego sezonu: "Lewy" nie jest już niezbędny Barcelonie.
Nie jest już mężem opatrznościowym zespołu. W Dumie Katalonii doczekał się tego, czego głośno dopominał się kolegów z reprezentacji Polski: by inni wzięli na siebie ciężar odpowiedzialności za zespół. I wzięli, ale zapominają dźwignąć samego Lewandowskiego. "Uważaj, o czym marzysz, bo to może się spełnić".
Do myślenia powinno dać też zachowanie samego Flicka, ale "Lewy" sam jest sobie tego winien. Jeszcze kilka miesięcy temu szybko wracający po urazie Polak był witany czerwonym dywanem. Gdy w listopadzie ubiegłego roku miał problem z plecami, przez który opuścił zgrupowanie reprezentacji Polski, był w "11" już przy pierwszej okazji.
Teraz, choć Barcelona była w Walencji w poważnych tarapatach i do przerwy przegrywała 0:2, Lewandowski nie był tym, po którego Flick sięgnął w pierwszej kolejności, gdy zespół musiał odrabiać dwubramkową stratę. Ba, "Lewy" podniósł się z ławki dopiero jako trzeci, już przy stanie 2:2, kwadrans przed końcem podstawowego czasu gry drugiej połowy. To policzek i jasny sygnał dla napastnika. Nigdy za kadencji Flicka nie odegrał tak marginalnej roli, a był to jego 53. występ w Barcelonie pod wodzą tego trenera.
A gdyby nie samobój Elguezebala, Niemiec mógłby żałować, że zmarnował zmianę na Lewandowskiego. Nieprzypadkowo algorytmy SofaScore (6,2) i WhoScored (6,0) oceniły go najniżej spośród wszystkich ofensywnych piłkarzy (obu drużyn) na boisku. Czasem "czucie i wiara więcej mówi niż mędrca szkiełko i oko", ale - niestety dla Polaka - nie tym razem.
Wygląda na to, że niegroźny uraz uda z kwietnia, może mieć dla niego daleko idące konsekwencje. I nie chodzi tylko o to, że ostatnia kontuzja mogła wynikać z tamtej. Przypomnijmy, że "Lewy" wrócił wówczas do gry bardzo szybko, bo już po dwóch tygodniach. Według hiszpańskich mediów, miał zapewniać Flicka, że jest w pełni gotowy do gry i naciskać na trenera, by ten dał mu zagrać w rewanżowym meczu Ligi Mistrzów z Interem Mediolan.
Niemiec zaufał Polakowi, a efekt był opłakany. Z medycznego punktu widzenia było niemożliwe, by był gotowy na sto procent i widać to było gołym okiem. Flick mógł się czuć oszukany, bo do tej pory "Lewy" funkcjonował u niego na innych prawach. Trener ufał jego świadomości własnego organizmu, ale tym razem Polaka zgubiła ambicja i chęć pomocy drużynie w Mediolanie za wszelką cenę.
Lewandowski nadszarpnął wtedy zaufanie Flicka. Pięć dni później spektakularną remontadę w El Clasico (z 0:2 na 4:2), która w zasadzie zapewniła Barcelonie mistrzostwo, "Lewy" obejrzał w całości z ławki rezerwowych. Nie dostał szansy, by odpowiedzieć na hat-trick Kyliana Mbappe.
Teraz też, choć treningi po urazie uda wznowił bardzo szybko, trener Barcelony od razu dał do zrozumienia, że Lewandowski musi uzbroić się w cierpliwość. - Na "9" mamy różne opcje. Ferran ostatnio strzelił gola, a to najlepszy argument do gry - tak przed meczem z Levante odpowiedział na pytanie o powrót "Lewego".
A prawda jest taka, że Barcelona uniezależniła się od Lewandowskiego. Bez Polaka radzi sobie doskonale. Za kadencji Flicka wygrała osiem spotkań, w których grała bez niego, a jedno zremisowała. Strzeliła w nich 31 goli, co daje niesamowitą średnią 3,44 bramki na mecz. To gorzka pigułka dla "Lewego", który do tej pory wszędzie był niezastąpiony i przede wszystkim: niezbędny.
Maciej Kmita, dziennikarz WP SportoweFakty
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Gol "stadiony świata" w Kolumbii. To po prostu trzeba zobaczyć