Defensywny pomocnik Legii Warszawa chyba dzisiaj nie zaśnie. Strzelić dwie tak piękne bramki (oba uderzenia w okienko!), w tak ważnym meczu i na dodatek te gole zdecydowały o zwycięstwie - to jest dopiero coś.
Przyznam się szczerze: uwielbiam takich piłkarzy, jak Rafał Augustyniak. Po nim widać, że mu zależy. Nie przechodzi obok meczów obojętnie, zawsze gotowy, by dać drużynie determinację, walkę, poświęcenie. Strzelił dwa kapitalne gole, ale chyba nawet ważniejsze jest to, że ma to, na czego deficyt cierpi Legia - charakter.
ZOBACZ WIDEO: Szymon Kołecki zrównał z ziemią freak fighty. "Nie chciałbym przynieść wstydu"
A jeśli w tym meczu Legia mogła cokolwiek przeciwstawić rywalowi z Ukrainy, to na pewno nie umiejętności piłkarskie. Tylko walkę. I za tę walkę czapki z głów.
Ale stąpajmy twardo po ziemi - ten tekst nie będzie hymnem pochwalnym pod adresem klubu z Łazienkowskiej.
Legia wynurzyła głowę z chaosu, jaki ją ostatnio znowu dopadł. Znowu, bo Legia to jest taki klub, który żyje w chronicznym kryzysie. Jak jest dobrze, to wiadomo, że nie ma się co cieszyć, bo karnawał długo nie potrwa, zaraz coś się spieprzy. A gdy tak się dzieje, lud kibicowski głośno wydaje z siebie pomruk niezadowolenia. To z kolei zawsze wprowadza głęboki niepokój w gabinetach przy Łazienkowskiej, jakby to był pomruk niedźwiedzia. Żeby szybko udobruchać rozgniewane trybuny, klubowi prominenci w panice podejmują decyzje, o których trudno powiedzieć, że są rozsądne.
Rozmaite strategie długoterminowe są wtedy lekką ręką wyrzucane do kosza, trenerzy zatrudnieni "na lata" są zwalniani z godziny na godzinę, wszyscy w klubie - ku uciesze gawiedzi - tłumaczą się, że nie są wielbłądami. Nic wtedy nie jest pewne, wszystko jest tymczasowe, liczy się tylko to co tu i teraz. Zważywszy na to, że klubowi decydenci mają trudność w ocenie, kto w Legii robi dobrą robotę (trener, dyrektor sportowy, szef skautingu, konkretny piłkarz) a kto złą, można się wtedy spodziewać każdej decyzji. Ta doraźność oczywiście klubowi szkodzi. Co gorsza, scenariusz powtarza się regularnie, cyklicznie. Rozchwianie jest tu jedyną stałą. I tak leci Legii sezon za sezonem: od kryzysu do kryzysu. Jeden cykl się kończy, drugi się zaczyna. Przy czym znakomitą większość tych kryzysów klub funduje sobie sam.
Ostatnie zamieszanie wokół Edwarda Iordanescu jest najlepszym tego dowodem. Komunikacyjnie Legia leży na tyle, że w ostatnich dniach nikt nie był pewien, czy rumuński trener podał się do dymisji, czy się nie podał. A może się podał, tylko klub dymisji nie przyjął. Nie było też wiadomo czy Iordanescu nadal wierzy w sens swojej pracy w Legii, czy może z ulgą przystałby na polubowne rozwiązanie kontraktu. Zanim w klubie ustalono jakąś sensowną narrację, kibice zdążyli już stracić zaufanie do rumuńskiego szkoleniowca, który - bądźmy szczerzy - sprawia wrażenie mocno zagubionego.
Późniejsze wystąpienia medialne obu dyrektorów sportowych klubu (Frediego Bobicia i Michała Żewłakowa), że "u nas wszystko w porządku, płyniemy razem dalej, trener cieszy się naszym niezmiennym zaufaniem", były - delikatnie mówiąc - mało przekonujące.
Rzeczywistość sportowa Legii nie jest dla jej kibiców łaskawa. Muszą oni szybko nauczyć się cieszyć z małych rzeczy. A w klubie z Łazienkowskiej - przed meczem z Szachtarem - do rangi sukcesu urastało już nawet to, że rumuński trener tym razem już wiedział, że nie można na silnych rywali z Europy wystawić rezerwowego składu. Tak jak to zrobił w spotkaniu z Samsunsporem, które przegrał, bo oszczędzał siły zawodników na ligowy mecz z Górnikiem. Ale w Zabrzu też zresztą przegrał. I w ten sposób przeszedł do historii Legii jako pierwszy trener, dla którego priorytetem nie są zwycięstwa, tylko wypoczęci piłkarze.
Część z nich tak się rozsmakowała w tym wypoczynku, że - po dwutygodniowej przerwie na mecze reprezentacji - radośnie przegrała aż 1:3 z Zagłębiem w Lubinie. Co też jest wynikiem historycznym, bo nic takiego się Legii nie przydarzyło od sześciu lat. Po tej klęsce narracja o wyższości wypoczynku i regeneracji nad innymi przymiotami piłkarzy na szczęście już nie wróciła.
Przeciwko Szachtarowi Iordanescu też zamieszał składem. Ale dyspozycja niektórych piłkarzy Legii jest taka, że trudno mówić, kto w tej drużynie jest piłkarzem podstawowym, a kto rezerwowym. Przecież bohater spotkania Rafał Augustyniak na co dzień nie cieszy się względami trenera. Raczej już sobie narobił odcisków od siedzenia na ławie, a z Szachtarem był najlepszym piłkarzem warszawskiej drużyny. I to znowu jest argument potwierdzający tezę, że Iordanescu słabo ogarnia rzeczywistość wokół siebie.
Niestety, mimo tego, że latem dwaj dyrektorzy sportowi Legii dwoili i się troili, zrobili aż 10 (sic!) transferów, to trudno - na teraz - nie odnieść wrażenia, że kupili zbyt wielu zawodników przeciętnych. A takich Legia już miała.
Latem nie było pieniędzy, by zatrzymać takich piłkarzy jak Luquinhas, Ryoya Morishita czy - irytujący zachowaniem, ale skuteczny - Marc Gual. Każdy z nich byłby w meczu z Szachtarem na wagę złota. Ale ich już w Legii nie ma, a ci którzy przyszli ciągle za mało wnoszą.
Legia wygrała z Szachtarem nie po piłkarsku, ale determinacją. Przepchnęła to zwycięstwo. Było jej bardzo potrzebne, żeby odzyskać mentalną równowagę. Ale czy Legia już wyszła z kryzysu? Takiej tezy bym nie zaryzykował.
Nie mam pojęcia czy w prestiżowym, niedzielnym meczu z Lechem Poznań obejrzę tę waleczną Legię z meczu z Szachtarem, czy raczej tę bezradną, którą widzieliśmy w Zabrzu i Lubinie.
Ja tego nie wiem. Niestety, mam wrażenie, graniczące z pewnością - że Edward Iordanescu też tego nie wie.
Dariusz Tuzimek, dziennikarz WP SportoweFakty
Ja rozumiem że ma Pan jakiś uraz do klubu Legii Warszawa (p. Dariusz Mioduski) ale bzdury co Pan wypisuje to woła o pomstę do nieba...
No widać za dzieciaka to nie grało się Czytaj całość