Gdyby Stanisław Terlecki żył dziś, 13 listopada 2025 roku obchodziłby swoje 70. urodziny. Urodzony 13 listopada 1955 roku, był postacią barwną i tragiczną zarazem, którą syn Maciej Terlecki podsumował kiedyś słowami: "Jego życie to był scenariusz na film. Jaki? Jaki pan chce! Thriller polityczny, komedia, dramat".
Terlecki był bez wątpienia jednym z najbardziej utalentowanych dryblerów w historii polskiego futbolu, o umiejętnościach, które pozwalały mu marzyć o grze w najlepszych klubach świata.
Geniusz na boisku, buntownik poza nim
Mówił o sobie, że gdyby teraz grał w Barcelonie, byłby lepszy od Messiego. Jego talent potwierdzały słowa trenera Gwardii Warszawa, Bogusława Hajdasa: "To był geniusz dryblingu, absolutnie wybitny pod tym względem. Zawsze te kilka tysięcy ludzi na nasze mecze przychodziło i co tu dużo kryć, znaczna część dla Staszka. Jak on wchodził między tych obrońców, to już wszyscy wiedzieli, co zrobi, i tylko czekali, żeby to zobaczyć... a on wtedy robił coś zupełnie innego, szedł tam, gdzie nikt by nie przypuszczał. Ten chłopak to było zjawisko".
Jego kariera w Polsce została jednak naznaczona konfliktem z systemem i niezależnym charakterem. Jako młody zawodnik nie krył swoich opozycyjnych poglądów.
Nie pojechał na MŚ 1978 w Argentynie z powodu kontuzji (choć sam twierdził, że były to "układy"), a później, po słynnej "Aferze na Okęciu" w 1980 roku, w której stanął w obronie Józefa Młynarczyka, został jedynym ukaranym zawodnikiem i nie wystąpił na MŚ 1982 w Hiszpanii. W kadrze narodowej rozegrał tylko 29 meczów.
Od amerykańskiego snu do tragicznego końca
Sytuacja zmusiła go do wyjazdu za granicę. Ostatecznie trafił do USA, gdzie grał w lidze halowej. Tam odnosił wielkie sukcesy, grając m.in. w Pittsburgh Spirit i legendarnym Cosmos Nowy Jork.
Zarabiał astronomiczne sumy - w latach 80. około 25 tysięcy dolarów miesięcznie, co było ponad 800 razy więcej niż przeciętny zarobek w Polsce. W USA był gwiazdą, a jego występy na hali przyciągały tłumy.
W 1986 roku Terlecki wrócił do Polski jako milioner. Postawił imponujący dom, grał jeszcze w Legii Warszawa i Polonii. Jednak po zakończeniu kariery nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Brak popularności i poczucie, że ominęły go sukcesy polskiej piłki, do których miał umiejętności, doprowadziły do dramatu.
Choć początkowo miał oszczędności, jego pieniądze topniały z powodu braku pracy, rozrzutności i nieudanych inwestycji. Był też niezwykle hojny, wspierał szpitale i potrzebnych, czym przypominał postać "De Niro w Chłopcach z Ferajny", jak opisał to jego syn.
Wpadł w depresję, a później pojawił się problem z alkoholem i lekami. Mimo prób leczenia, nałóg powracał. Rodzina, widząc jego bezsilność, w pewnym momencie wycofała się z ciągłego ratowania go, oczekując, że sam zrobi pierwszy krok.
Stanisław Terlecki zmarł 28 grudnia 2017 roku w Łodzi, w 30-metrowym mieszkaniu, w biedzie i uzależnieniu.
"Miał wszystko. Był milionerem, królem życia. A skończył opuszczony przez rodzinę, uzależniony od leków i piwa. Nikt, kto znał Stanisława Terleckiego, nie przypuszczał, że tak tragiczny koniec może spotkać jednego z najlepszych i najinteligentniejszych piłkarzy w dziejach polskiego futbolu" - pisał dziennikarz i autor książki pt. "Terlecki", Piotr Dobrowolski.