Na szczęście jesteśmy już w innej rzeczywistości. Bez tej nieznośnej duchoty, bez ciasnoty umysłowej bojaźliwych trenerów, która sprowadzała nas do parteru, odbierała wiarę i wmawiała, że jedyne co potrafimy, to futbol jaskiniowy. A to nieprawda!
To, co zobaczyliśmy w piątkowy wieczór na Narodowym, to była piłkarska "Oda do radości". To był wielki akt wiary w to, że Polak też potrafi. Jakie to miłe, jakie ożywcze, jakie budujące. Jan Urban zna się na piłce. Wiedział, że stać nas na to, by tak zagrać z Holandią, żeby nam serce rosło.
Selekcjoner jest znany z tego, że chce grać po hiszpańsku. Ustawienie w środku pola czterech zawodników (Piotr Zieliński, Sebastian Szymański, Nicola Zalewski, Jakub Kamiński), którzy są zaawansowani technicznie, mają przegląd pola i dobrze czują się z piłką przy nodze, było trochę jak kupienie losu na loterię.
ZOBACZ WIDEO: Bramkarz popisał się kapitalnym trafieniem w Argentynie
Było szansą dla tej reprezentacji, ale było też czymś więcej. Było szansą dla polskiego futbolu, żebyśmy zerwali z fatalistycznym myśleniem, że my to możemy jedynie przeszkadzać. Od gry w piłkę są inne nacje. Urban nigdy w to nie wierzył i przy pierwszej okazji pomyślał: "A kurczę, wezmę i sam to sprawdzę". I naprawdę sprawdził. I to z jakim efektem!
To jest absolutny wyjątek we współczesnych dziejach naszej kadry. Jeszcze niedawno mieliśmy selekcjonera, który w swoim idealnym modelu gry parkował "autokar" we własnym polu karnym i kazał grać "lagę na Robercika". Tak polską piłkę pokazaliśmy światu na mundialu w Katarze. To był wstyd jak beret, nawet wyjście z grupy nic nie znaczyło, bo styl gry był haniebny.
Urban jest ulepiony z innej gliny. Inaczej rozumie futbol. Tam, gdzie inni widzą zagrożenie ("jak można grać bez klasycznej szóstki?!"), on widzi szansę. Łapie się jej i płynie na tej fali. Tak, futbol jest rozrywką, ma cieszyć, ma dawać radość. Takiej reprezentacji chcemy, na taką czekaliśmy. Ale trzeba było nie bać się grać w piłkę, trzeba było pokazać, że ma się... No wiecie co.
- Mam apel do dziennikarzy: pokażcie jaja! - zwrócił się na jednej z przedmeczowych konferencji prasowych Robert Lewandowski. Kapitan kadry nie tylko zachęcał do badań profilaktycznych, których celem jest wykrywanie nowotworów jąder i prostaty, ale też sam się tym badaniom poddał. Podobnie jak selekcjoner Jan Urban, członkowie jego sztabu i piłkarze.
Brawo za wsparcie świetnej akcji budującej zdrowotną świadomość mężczyzn, ale wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że pokazywanie jaj, to będzie motyw przewodni tego zgrupowania. Bo gdy w piątek ogłoszono skład Polaków i okazało się, że wychodzimy na Holendrów bez defensywnego pomocnika, wielu stwierdziło, że ten Urban to ma jaja! Zagrać tak odważnie, z tak silnym rywalem? Niesłychane!
Pomysł był bardzo śmiały, ale wiadomo, że wszystko musiało zweryfikować boisko. To wynik meczu przesądzał o tym, czy Jan Urban "ma jaja", czy może... nie ma wyobraźni.
Holendrzy niemal w każdym spotkaniu dominują rywala. Gonią go po całej długości i szerokości boiska, niszczą piłkarską fantazją, zostawiają bez tchu po niesamowitych rajdach i widowiskowych dryblingach. Ale bez piłki przy nodze męczą się i irytują. Tracą cierpliwość i wiele swoich atutów. Ale weź im tę piłkę najpierw zabierz... Większość ich rywali nie ma odwagi, żeby nawet o tym nie pomyśleć. Dlatego zuchwałość Urbana ocierała się wręcz o bezczelność.
Urban miał pełną świadomość, że w tym meczu trzeba też będzie bronić. I to częściej niż rzadziej. Ale tu selekcjoner postawił na dobrą organizację. Gdy traciliśmy, cała polska drużyna wracała za linię piłki i wysoko czekała na rywala. W obronie było szczelnie, mądrze, pewnie. Biało-Czerwoni byli czujni i skoncentrowani.
Gdy niesamowity Cody Gakpo wchodził w pojedynki z Mattym Cashem, od razu kolegę wspierali a to Jan Ziółkowski, a to Kuba Kamiński. Widać było, że jest organizacja, że jest plan, że każdy wie, co ma robić. Bo mecz z takim rywalem jak Holandia to było stąpanie po polu minowym. Do pierwszego błędu. Jak tylko raz Gakpo uciekł Cashowi do linii końcowej, skończyło się golem. Nie szkodzi, nauka kosztuje. A było warto, jest za co płacić.
Urban zasłużył na zaufanie. Ma teraz taki kredyt, że może wszystko. Przecież do tej pory, gdy notowaliśmy dobry wynik z silnymi drużynami, to najczęściej było to zasługą bramkarza. Wojtek Szczęsny był mianowany "ministrem obrony narodowej", ratował nas w sytuacjach beznadziejnych, bronił karne, itd. A z Holandią zagraliśmy inaczej. Broniliśmy drużyną, jednością, organizacją. Kamil Grabara musiał interweniować sporadycznie.
Niecałe pół roku temu reprezentacja była w gruzach, pogrążona w chaosie, kłótniach i niemocy. Gasła. Dziś wydaje się, że narodziła się na nowo. Ma wielu bohaterów, ale tutaj tylko o jednym.
Jakub Kamiński rośnie w kadrze Urbana jak na drożdżach. Szybki, waleczny, wszędobylski. Pracuś. Coraz bardziej przypomina Kubę Błaszczykowskiego. Niedługo to będzie jego - Kamińskiego - reprezentacja. On będzie jej liderem.
Dobrze, że selekcjoner pozwolił nam grać w piłkę, bo my to jednak umiemy.
Chce się żyć. Dzięki, panie Janku.
Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty