Nikt tak pięknie nie studzi hurraoptymistycznych nastrojów jak piłkarze reprezentacji. Jak się wydaje, że w końcu jest lepiej, to za chwilę okazuje się, że to była fatamorgana. Że nam się zdawało. I robimy się niepewni. Nie wiemy, która twarz reprezentacji jest prawdziwa? Ta z meczu z Holandią (1:1) czy ta z podwórkowej kopaniny z Maltą (3:2)?
Strasznie to irytujące, że do ostatnich minut musieliśmy drżeć o wynik meczu z takim rywalem. Maltańczycy napędzili nam więcej strachu niż Holendrzy. Jak widać, polski piłkarz nie może być głaskany, bo zaraz wpada w samo zachwyt. Wpada do swojej strefy komfortu i nie potrafi się tak samo zmobilizować na słabeusza jak na mocarza. A dalszy ciąg już znacie.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: setki tysięcy wyświetleń! Nagranie z Sochanem robi furorę
Gdy orientuje się, że "bez ognia" nie da się wygrać, bardzo trudno mu wrócić na właściwe tory. Zaczynają się piłkarskie męczarnie i estetyczne dramaty. Patrzeć na to się nie da. Co za rozczarowanie. "Co się polepszy, to się popieprzy" - śpiewano jakiś czas temu w kabarecie. Do poniedziałkowego spotkania pasuje, jak ulał.
Ten mecz nie układał się nam od samego początku. Nasi łapali żółte kartki, Maltańczycy łapali naszych za koszulki, a kibic przed telewizorem łapał się za głowę, że ktoś nam podmienił drużynę, która w piątek zremisowała z Holandią.
Wydawało się to wręcz niemożliwe, że po boisku biegają ci sami zawodnicy. Przecież taki Nicola Zalewski przypominał kogoś, kto pod stadionem wysiadł przypadkiem z autobusu i chłopaki dali mu pograć. Ale grał tak, że w przerwie poprosili go, żeby już poszedł na swój autobus. Wezmą kogoś z przystanku i będzie lepszy. Tak dobremu piłkarzowi jak Zalewski tak grać zwyczajnie nie wypada.
Z kolei Jakub Kiwior wyglądał jakby wracał z lunaparku: właśnie zszedł z karuzeli i ma zawroty głowy. Pogubiony, robiący błędy, przestraszony. No tak, tylko kogo się przestraszył? Malty? No bądźmy poważni.
Mina Jana Urbana mówiła wszystko. Tak wygląda tata, gdy wraca z wywiadówki, a kompletnie nie spodziewał się tego, co w szkole usłyszał. Mam nadzieję, że powiedział w szatni piłkarzom tak do słuchu, że im uszy zwiędły. Od tej grupy ludzi mamy prawo wymagać dużo, dużo więcej. Wiemy to choćby po dwóch meczach z Holandią.
A co wiemy po spotkaniu z Maltą? Że reprezentanci Polski to siewcy wątpliwości. Kiedy w piątek wieczorem, po meczu z Holandią już przestaliśmy się bać tych wiosennych baraży do mundialu, nasi kadrowicze znów wrzucili nas na emocjonalny rollercoaster. Czego się spodziewać po reprezentacji w marcu? Bóg jeden raczy wiedzieć. A to niedobrze.
Szukam w tym wszystkim równowagi i - mimo wszystko - jakiejś racjonalności. Nie chcę wyrzucać wszystkiego, co pozytywne, do kosza. To, co się stało w poniedziałkowy wieczór na Malcie, można opisać angielskim powiedzeniem "shit happens", czyli - w delikatnym tłumaczeniu - "no cóż, zdarza się".
Bo niech nam minusy nie przekreślą plusów. Mecz z Maltą - w męczarniach, ale jednak - wygraliśmy. Gramy w barażach. Ta reprezentacja jednak bardzo się zmieniła na plus. Urban jest selekcjonerem zaledwie od czterech miesięcy, a ma się wrażenie, że to już lata minęły.
Urban to poukładał, opanował chaos, generalnie idzie to w dobrym kierunku. Mecz z Maltą wolę traktować jako wypadek przy pracy. Bo jeśli ktoś remisuje z silną Holandią dwa razy, to nie ma tu przypadku.
No bo gdzie byliśmy z tą kadrą wcześniej? Dla porządku przypomnę tylko jaki był cielęcy zachwyt, gdy reprezentacja prowadzona przez Michała Probierza... przegrała 1:2 z Holandią na Euro 2024. Tak - niecałe półtora roku temu byliśmy skłonni chwalić polskich piłkarzy już za samo to, że nie zagrali z silnym rywalem bojaźliwie.
Byliśmy tak przepełnieni wstydem za styl kadry Czesława Michniewicza na mundialu w Katarze, że jak tylko Biało-Czerwoni nie murowali bramki i nie kopali na oślep w meczu z Holandią na mistrzostwach Europy, to sypały się achy i ochy pod adresem drużyny Probierza.
Mimo że to była porażka, która dała nam zero punktów. Sensu w tym nie było za grosz, tym bardziej że tego samego selekcjonera strach obleciał i kolejnym meczu turnieju (z Austrią) znowu zaczęliśmy stawiać autokar w bramce i grać długie lagi na oślep. Nic nam to nie dało, bo i tak przegraliśmy z Austrią 1:3 i pożegnaliśmy się mistrzostwami.
U Urbana wszystko wygląda na zaplanowane. Gdy niemal cała Polska naciskała na selekcjonera, by powołał Oskara Pietuszewskiego, ten odpowiadał, że w ostatnich latach zbyt łatwo było uzyskać status reprezentanta. I pozwolił dojrzewać piłkarzowi Jagiellonii w młodzieżówce Jerzego Brzęczka. Ale nie mam wątpliwości, że jeśli Pietuszewski utrzyma wysoką dyspozycję, to na marcowe baraże będzie powołany. Wszystko w swoim czasie.
Nowy selekcjoner doprowadził do prawdziwej rywalizacji w drużynie. Nie ma miejsc w reprezentacji za zasługi, o czym boleśnie przekonał się m.in. Przemysław Frankowski.
Michał Probierz walczył z własnymi demonami, z jakimś własnym, lękowym cieniem. Wywoływał niepotrzebne wojny (odebranie opaski Lewandowskiemu), generował wydumane konflikty albo doprowadzał do nieuprawnionych absencji. Bo czy ktoś dzisiaj jest w stanie zrozumieć, że nie byli powoływani tacy piłkarze jak Matty Cash (nie pojechał na Euro 2024) czy Kamil Grabara? Przecież to absurd i trenerskie - jak mówi młodzież - samozaoranie.
Niech ta wpadka kadry Urbana z Maltą będzie takim dzwonkiem alarmowym, który wybudzi polskich piłkarzy z mylnego przekonania, że już są na mundialu. Muszą sobie przypomnieć, że dopiero teraz zaczynają się schody. I że do każdego rywala trzeba podejść tak, jakby to była Holandia.
Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty