Remigiusz Półtorak z Waszyngtonu
Zmiana miejsca losowania? Proszę bardzo. Nieoficjalne informacje wskazywały wcześniej, że 64 ekipy, które jeszcze są w grze - z czego 42 ma już zapewniony awans, a o sześć miejsc toczy się jeszcze walka, jak w przypadku polskiej jedenastki - poznają swoich rywali w Las Vegas, tak jak to było przed ostatnim amerykańskim mundialem w 1994 roku.
Ekipa Infantino wspaniałomyślnie zdecydowała jednak, żeby wielkie show zrobić w The Kennedy Center, tuż nad Potomakiem i o rzut beretem od Białego Domu. Czytaj: bliżej Trumpa, który oskarżał poprzednie władze centrum o zbytni wokizm, a gdy wygrał wybory, to w tym roku... sam stanął na czele zarządu.
Trzeba wykorzystać losowanie do bieżących interesów politycznych? Proszę bardzo. Amerykański prezydent powtarza przy każdej nadarzającej się okazji, że jeśli tylko miasta gospodarze mundialu nie będą sobie radzić z przygotowaniem do imprezy, ten przywilej może im zostać odebrany. Tak się przypadkowo składa, że w siedmiu z jedenastu lokalizacji w USA, gdzie mają być mecze, rządzą burmistrzowie z ramienia Demokratów. To ich straszy Trump - nawet jeśli w praktyce odebranie im imprez jest niemożliwe - choćby ze względu na podpisane umowy sponsorskie.
I wreszcie wisienka na torcie. Trzeba jeszcze bardziej docenić amerykańskiego prezydenta i przejąć de facto rolę daleko wybiegającą poza świat sportu, na oczach całego świata? Proszę bardzo. Infantino tak to wymyślił, że podczas losowania po raz pierwszy przyzna specjalną "nagrodę pokoju". A skoro Komitet Noblowski był w tym roku odporny na presję i naciski z Białego Domu, nietrudno się domyślić, jaki ma być cel całej operacji i w czyje ręce to wyróżnienie może trafić. Główny gospodarz mundialu - spychający celowo w cień i Meksyk, i Kanadę - ma być w centrum uwagi.
Tak samo jak na Klubowych Mistrzostwach Świata, rozgrywanych w tym roku na amerykańskich stadionach, gdy po meczu finałowym prezydent USA stanął do zdjęcia wspólnie z triumfatorami z Chelsea, gdy wznosili puchar.
Show w amerykańskim stylu
Jeśli dodamy do tego, że na piątkowym losowaniu - oprócz Andrei Bocellego czy Robbiego Williamsa - mają pojawić się muzycy z The Village People ze słynnym przebojem "YMCA", który towarzyszył Trumpowi w kampanii prezydenckiej, obraz całości będzie już dopełniony.
Ma być show w amerykańskim stylu. Gdy dzień przed losowaniem trwały ostatnie przygotowania w The Kennedy Center, rozmach i gigantomania były widoczne na każdym kroku.
O to chodzi też Gianniemu Infantino, który sam przeniósł się do USA, nie tak dawno otworzył biuro FIFA w Trump Tower na nowojorskiej Piątej Alei i powtarza wszystkim chcącym go słuchać, że to będą "najwspanialsze mistrzostwa w historii". Akurat w jego ustach takie słowa brzmią jak oczywistość. Wcześniej mówił podobnie o Rosji i o Katarze. I za cztery lata z pewnością powie to samo.
Z Trumpem nie ma żadnej miękkiej gry
Już o mistrzostwach świata w Katarze przed trzema laty mówiliśmy o nierozerwalnych związkach między sportem a polityką, bo mały emirat za wszelką cenę chciał zaistnieć na mapie świata. Pokazać swoją soft power. Dzisiaj zanosi się na to, że mundial północnoamerykański będzie jeszcze bardziej upolityczniony, bo Donald Trump nie przewiduje żadnej miękkiej gry.
Mimo wszelkich proporcji trochę przypomina to powrót do przeszłości i do mundialu w 1934 roku. Jules Rimet, ówczesny szef światowej federacji, pisał w swoich pamiętnikach, że "czasami miał wrażenie, iż to Mussolini był przewodniczącym FIFA". Gdyby dzisiaj Infantino chciał takie słowa powiedzieć o Trumpie, ryzyko pomyłki byłoby znikome. Widać to dobrze na przykładzie kibiców.
Wiosną na liście było jeszcze 12 krajów, dzisiaj jest już 19. Ich kibice nie będą mogli zobaczyć mundialu na żywo, bo administracja Trumpa zakazała im wjazdu na teren USA. Wśród nich są m.in. Haitańczycy i Irańczycy, których ekipy narodowe już zapewniły sobie udział w przyszłorocznych mistrzostwach. Co na to FIFA? Nic.
Infantino przyjął decyzję amerykańskich władz do wiadomości tak samo, jak wiele innych sugestii z Białego Domu. Gdy Donald Trump wymuszał na Google’u zmianę nazwy Zatoki Meksykańskiej na Amerykańską, kamery pokazywały, jak Szwajcar przyjmuje to z uśmiechem. Nie bacząc, że chodzi o innego współgospodarza mundialu, z którym FIFA musi przecież ściśle współpracować.
Tak oto impreza, która w zamyśle miała być dla wszystkich, już na starcie ogranicza swój uniwersalizm. Tylko w imię politycznych interesów.
FIFA sama zdecyduje, gdzie będą mecze. Po losowaniu
Ale tym razem w oczy rzuca się jeszcze coś innego. Piszemy, że w piątek nastąpi losowanie przyszłorocznych mistrzostw świata, ale... to tylko część prawdy. Zakwalifikowane ekipy poznają bowiem jedynie swoich rywali oraz do której grupy trafią. Nic więcej. Nie będzie jeszcze wiadomo ani gdzie zagrają, ani o której godzinie. To pierwszy taki przypadek w historii.
Infantino ujawni to... dzień później podczas transmisji na żywo na kanałach fifowskich, z udziałem "Legend FIFA", którymi Szwajcar lubi się otaczać. Po co to wszystko? Jak tłumaczy dyplomatycznie federacja, "aby zapewnić najlepsze warunki wszystkim drużynom i pozwolić kibicom z całego świata na śledzenie ich faworytów na żywo, mimo różnic czasowych". - To dobry przykład, jak wygląda FIFA za rządów Infantino. Priorytetem wcale nie jest futbol, ale pieniądze - mówi Wirtualnej Polsce Sergio Levinsky, argentyński dziennikarz i socjolog, który obserwuje mundiale z bliska od niemal 40 lat.
Los uśmiechnie się do "polskiej ścieżki" barażowej?
Kogo wylosuje Polska, jeśli pomyślnie przejdzie marcowe baraże, najpierw z Albanią, a potem ewentualnie ze zwycięzcą meczu Ukraina - Szwecja? Pozycja wyjściowa nie jest najlepsza. Wszyscy wygrani europejskich baraży - do wzięcia są jeszcze cztery miejsca - zostali umieszczeni w czwartym koszyku. Wiadomo więc, że nie mogą trafić na siebie, ale też na Jordanię, Republika Zielonego Przylądka, Ghanę, Curacao, Haiti czy Nową Zelandię - wszystkie ekipy najniżej sklasyfikowane w rankingu FIFA, od 66. miejsca w dół.
To jednak nie oznacza, że nie można mieć więcej szczęścia - teoretycznie oczywiście - i zamiast na Hiszpanię, Francję, Anglię albo Argentynę, trafić na jednego ze współgospodarzy, czyli do grupy A (z Meksykiem), B (Kanadą), albo D (Stanami Zjednoczonymi). Choć takie życzenie też wydaje się mocno ryzykowne, jeśli dodamy, że w historii mundialu Polska zawsze przegrywała, jeśli przyszło jej się mierzyć z gospodarzami. Tak było dwukrotnie z Niemcami, z Argentyną czy Koreą Południową.
Paradoks polega jednak na tym, że mimo zwiększenia puli finałowej na 48 drużyn - jeszcze nigdy mundial nie był tak gigantycznym przedsięwzięciem organizowanym przez trzy kraje - udział w nim dla takich zespołów jak Polska jest coraz trudniejszy. Selekcjoner Jan Urban, który przyleciał do Waszyngtonu w polskiej delegacji, najpewniej dobrze o tym wie.
Losowanie grup mistrzostw świata odbędzie się w Waszyngtonie w piątek 5 grudnia o godz. 18:00 czasu polskiego.