Robert Lewandowski przez całą karierę, niczym Tom Cruise w filmach z serii "Mission Impossible", nie potrzebował dublera. Był postrachem nie tylko bramkarzy rywali, ale też swoich konkurentów w walce o miejsce w składzie i zmorą zmienników. Przepędzał z kolejnych klubów wszystkie mające sportowe ambicje "9" i odstraszał kandydatów na swoich zastępców.
Swego czasu Karl-Heinz Rummenigge przyznał wprost, że znalezienie zmiennika dla Polaka jest arcytrudnym zadaniem: - Mamy jednego z najlepszych środkowych napastników świata, więc chcemy znaleźć kogoś, kto usiądzie na ławce w 32 meczach sezonu. A mówimy o kimś, na kogo wydamy mnóstwo pieniędzy i kto musiałby zagwarantować odpowiednią jakość.
Niezniszczalny i niezastąpiony
Wszystko dlatego, że Lewandowski przez lata był "niezniszczalny". W kolejnych sezonach mecze, w których nie mógł wystąpić ze względów zdrowotnych, można było zliczyć na palcach jednej dłoni. Często anegdotycznego emerytowanego drwala.
ZOBACZ WIDEO: Kadra, relacje z Lewandowskim i Urbanem. Jerzy Brzęczek gościem WP SportoweFakty
Tylko raz, w rozgrywkach 2020/21, opuścił przez urazy więcej niż pięć spotkań (7). Zawsze, nawet wtedy, był w czołówce najbardziej eksploatowanych piłkarzy swoich drużyn. A grał nie tylko dużo, ale też przede wszystkim dobrze.
Poza "przejściowym" sezonem 2010/11, swoim pierwszym w Bundeslidze, kiedy dopiero adaptował się do zupełnie nowych obciążeń i wymagań po wyjeździe z Polski, zawsze był najskuteczniejszym graczem swoich drużyn klubowych.
Nowa rzeczywistość
W bieżącym sezonie jednak boleśnie zderza się z nową dla siebie rzeczywistością. To, że przestał być niezbędny Barcelonie, gorzko zauważyłem już na początku sezonu. Wtedy chodziło jednak o to, że Duma Katalonii uniezależniła się od jego bramek. Czas pokazał jednak, że sytuacja jest poważniejsza - Lewandowski jest w Barcelonie sukcesywnie marginalizowany.
W tym sezonie rozegrał raptem 53 proc. możliwych do rozegrania minut. Pomijamy oczywiście mecze (4) opuszczone przez niego z powodu urazów mięśniowych. Ostatni raz mniejszą rolę w zespole klubowym odgrywał - co ma swoją wymowę - we wspomnianym sezonie 2010/11. To był jego pierwszy sezon na Zachodzie, kiedy jako młody piłkarz dopiero poznawał realia wielkiej piłki.
Tymczasem teraz z niezastąpionego lidera, najlepszego strzelca mistrza kraju stał się postacią drugiego planu. Spójrzmy przykrej prawdzie w oczy: Lewandowski zwija żagle. O zmianie jego statusu w Barcelonie świadczy też jego dorobek. Na tym etapie sezonu, w zasadzie już na półmetku, skromniejszy miał tylko raz - w swoim debiutanckim w BVB. Wtedy do 16 grudnia miał na koncie sześć trafień, a teraz - osiem.
Kapitan reprezentacji Polski nie jest też najskuteczniejszym piłkarzem swojego zespołu. Zdążył się odzwyczaić od takiej sytuacji, bo coś takiego na tak zaawansowanym etapie rozgrywek zdarzyło mu się dopiero drugi raz w karierze. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że chodzi o przytaczany już sezon 2010/11.
Ktoś może słusznie zauważyć, że skoro gra mniej, to ma prawo mieć skromniejszą zdobycz. Oczywiście, że ma. Z tym że Ferran Torres góruje nad nim nie tylko pod względem wartości bezwzględnej dorobku (13), ale też w przeliczeniu go na rozegrany czas. "Lewy" strzela gola co 111 spędzonych na boisku minut, a Torres - co 97.
Początek końca
Dojmujące jest to, jak szybko Lewandowski stracił swój status w Barcelonie. Jeszcze wiosną trudno było sobie wyobrazić bez niego zespół Flicka, ale wszystko zmienił pierwszy uraz mięśniowy, przez który pauzował na przełomie kwietnia i maja. To był początek końca. Tamta niegroźna w gruncie rzeczy kontuzja okazała się kamykiem, który ruszył lawinę niefortunnych zdarzeń.
Do tej pory wydawać się mogło, że dla Lewandowskiego czas się zatrzymał. Zwłaszcza po tym, jaki renesans formy przeżył w pierwszych miesiącach ponownej współpracy z Flickiem (więcej TUTAJ). Skuteczność "Lewego" w wieku 36 lat była imponująca. Po tym urazie wskazówka zegara biologicznego zaczęła jednak gwałtownie przyspieszać, a jego kartoteka medyczna pęcznieje na skalę dotąd mu nieznaną.
Wrócił wówczas do gry bardzo szybko, bo już po dwóch tygodniach. Z medycznego punktu widzenia było niemożliwe, by był gotowy na sto procent, ale zapewniał Flicka, że jest gotowy do gry w rewanżowym meczu 1/2 finału Ligi Mistrzów z Interem.
Ryzyko, które nie popłaciło
Zagrał w Mediolanie, ale efekt był opłakany. Zarówno dla zespołu, jak i dla niego samego. Kolejny uraz, który zaburzył mu finisz przygotowania do sezonu, z dużym prawdopodobieństwem był efektem tamtego przyspieszonego powrotu. Także po nim wrócił do gry wyjątkowo szybko, a dobrym zdrowiem cieszył się krótko.
Po urazach, które wymagają co najmniej trzech tygodni przerwy, wracał na boisko kolejno po 15, 11 i 17 dniach. Błyskawiczne powroty mogą imponować kibicom, ale niosą ze sobą zwiększone ryzyko odnowienia urazu i wystąpienia kolejnych problemów.
Tkanka po każdym urazie musi się zregenerować. Żeby do tego doszło, musi powstać stan zapalny i pojawia się aktywność włókien, która odbudowuje uszkodzone włókna. W tym miejscu powstaje blizna i to jest obszar mniej kurczliwy. To potencjalnie zwiększa ryzyko powstania zrostów i zmniejsza potencjał tego mięśnia. Zwiększone ryzyko kolejnego uszkodzenia jest bezsprzeczne - mówił nam dr Krzysztof Jamka, fizjoterapeuta i osteopata.
W ciągu pół roku "Lewy" trzykrotnie pauzował z powodu podobnych kontuzji, a w weekend z jego otoczenia płynęły informacje, jakoby zmagał się z kolejną. Więcej TUTAJ. Licząc od pierwszego urazu, Lewandowski opuścił tylko siedem meczów Barcelony, ale w tym czasie jego znaczenie w zespole zmalało.
Wystąpił w 21 z 24 spotkań, w których mógł wystąpić, ale od pierwszego gwizdka tylko w 13, a w pełnym wymiarze czasowym raptem czterokrotnie. Na boisku spędził łącznie 1146 minut, co stanowi tylko 52 procent możliwego do rozegrania czasu.
Gorzka pigułka
Jeszcze rok, dwa lata temu Polak nie spotkałby się z taką reakcją pracodawcy. Jego deklaracja byłaby raczej przyjęta z entuzjazmem, ale teraz musiał przełknąć gorzką pigułkę. Stanowisko Barcelony nie może jednak dziwić.
Gdyby przedłużenie kontraktu Lewandowskiego uzależnione było - jak w poprzednim sezonie - od rozegrania przez niego co najmniej 45 minut w 55 proc. meczów Barcelony, to Polak w tej chwili nie wypełniałby minimum. W takim wymiarze wystąpił raptem w 10 z 23 spotkań Dumy Katalonii, co stanowi ledwie 43 proc.
Maciej Kmita, dziennikarz WP SportoweFakty