Arka Gdynia miała wszystko w swoich rękach. Legia Warszawa była już pogrzebana mentalnie, jednak przy wyniku 2:0 gospodarze zbyt głęboko się cofnęli. Za szybko uwierzyli, że mecz jest już wygrany. I to się zemściło w samej końcówce - dwie bramki Antonio Colaka sprawiły, że spotkanie zakończyło się dość nieoczekiwanym remisem.
- Nie jest łatwo po takim meczu, gdy do 90. minuty prowadzi się 2:0, a na koniec się remisuje. Ale to już się stało, nie ma co dalej nad tym płakać, tylko wyciągnąć wnioski, by w kolejnej fazie tej rundy takie sytuacje już nie miały miejsca - mówił Michał Marcjanik w strefie mieszanej.
To on w 26. minucie zdobył bramkę na 1:0. - Fajne uczucie strzelić gola przeciwko Legii, w meczu u siebie, w tak ważnym dniu dla Gdyni. Pewnie nastroje byłyby inne, gdybyśmy cieszyli się ze zwycięstwa - przyznał.
Dlaczego był to ważny dzień dla Gdyni? Mecz miał wyjątkową otoczkę. Pojawiła się efektowna oprawa, nawiązująca do obchodów 100-lecia nadania praw miejskich Gdyni. Na banerze umieszczono między innymi wydarzenia historyczne, a także wizerunek Jana Pawła II.
ZOBACZ WIDEO: Piłkarska para podbija internet. Pokazali sztuczki z piłką
Co tak naprawdę stało się w końcówce, że Legia ostatecznie zdołała wyrwać Arce punkt?
- Trochę za bardzo się cofnęliśmy i Legia zaczęła dochodzić do groźniejszych sytuacji, pojawiły się stałe fragmenty gry. Chodziło o niedopuszczenie do nich. Mieliśmy utrzymać się przy piłce na połowie przeciwnika, co robiliśmy do 70. minuty i momentami spychaliśmy Legię do niskiej obrony. Przez większość spotkania mieliśmy je pod kontrolą - powiedział Marcjanik.
I przy okazji miał spore pretensje do zawodników Legii
- Słaba sytuacja. Nasz zawodnik leży, Damian Węglarz wybija piłkę w aut, a Legia zamiast ją oddać, to sobie ją bierze i konstruuje akcję. Dla mnie słabe zachowanie - stwierdził Marcjanik.
To było w 87. minucie. Luis Perea złapał się za kolano i ewidentnie miał jakiś problem. Damian Węglarz wybił piłkę w aut, natomiast finalnie okazało się, że Hiszpan nie potrzebuje pomocy medycznej. Legioniści nie oddali w tej sytuacji futbolówki gospodarzom, o co ci mieli później spore pretensje. Zaznaczmy jednak, że było to trzy minuty przed golem na 2:1, więc nie miało z tym bezpośredniego związku.
Tomasz Galiński, WP SportoweFakty