Anna Lewandowska dla WP: Czas jeszcze bardziej cieszyć się życiem
Getty Images / Nur Photo / Contributor / Anna Lewandowska
Dariusz Faron Dariusz Faron

Anna Lewandowska dla WP: Czas jeszcze bardziej cieszyć się życiem

– Nie wiedzieliśmy, czy transfer się uda, więc zdarzały się nieprzespane noce. Zawsze chciałam być zosią samosią i udowadniać wszystkim, co potrafię. Uświadomiłam sobie, że nie muszę tego robić - mówi Anna Lewandowska w rozmowie z WP SportoweFakty.

W związku z transferem "Lewego" do FC Barcelona, kilkanaście dni temu Lewandowscy otworzyli nowy etap swojego życia. Czym zaskoczyli ich Katalończycy? Jak trudno zostawić dotychczasowy dom i przenieść się do innego kraju? Dlaczego Katalonia to dla nich idealne miejsce?
 
W ostatnim czasie Anna Lewandowska nie udziela obszernych wywiadów. Dla WP SportoweFakty zrobiła wyjątek. Rozmawialiśmy w Barcelonie.


Dariusz Faron, WP SportoweFakty: Opowiedz proszę o najlepszym dniu swojego życia.

Anna Lewandowska: Najpiękniejsze dni to te spędzone z rodziną. Może to dziwne, ale od razu pomyślałam też o wspomnieniach związanych z karate. Mistrzostwa, inne sukcesy... Szczerze mówiąc, nikt wcześniej mnie o to nie pytał.

A jak wysoko na liście najlepszych momentów byłby ostatni okres, po przeprowadzce do Katalonii?
Byłby w ścisłej czołówce. Kiedy Robert pytał, co myślę o wyjeździe, popierałam ten pomysł w stu procentach. Zawsze rozmawialiśmy, że gdy założymy rodzinę, będziemy chcieli skorzystać z szansy, jaką daje kariera Roberta, by uczyć dzieci mówić w wielu językach. To dla nas priorytet, sprawdzamy szkoły pod kątem językowym. Ważne, by Klara uczyła się hiszpańskiego i angielskiego, ale też kontynuowała niemiecki.

Dlaczego potrzebowałaś zmiany?

W Niemczech mieszkaliśmy bardzo długo i były to dobre lata, ale nie jest tajemnicą, że marzyliśmy, aby Robert zagrał kiedyś w La Liga. Ważnym krokiem był zakup domu na Majorce. Mocno to przemyśleliśmy. Chcieliśmy mieć miejsce, w którym fajnie spędzimy czas z dziećmi. Wiedzieliśmy, że odnajdziemy się w tym kraju, a Robert potrzebował czegoś nowego.  

Rozważaliście inne kierunki? W mediach pojawiają się informacje, że Robert ma ofertę z PSG, ale ty nie chciałaś się przenosić do Paryża.

To bzdura. Rozmawialiśmy o różnych możliwościach, bo nie mogliśmy być pewni, jak to się skończy. Gdyby było trzeba, bez problemu odnalazłabym się także w Paryżu. Natomiast od początku wiedzieliśmy, czego chcemy najbardziej. Transfer, rozmowy, przeprowadzka - to wszystko trwało. Wiedziałam, jakie jest moje zadanie - wprowadzić Roberta w stan spokoju. W domowy rytm. Wtedy czuje się najlepiej. Robert w kwestii transferu patrzył nie tyko na aspekty piłkarskie, ale też na to, gdzie będzie się żyć najlepiej całej rodzinie. Ostateczna decyzja należała do niego. Wiedział, że cokolwiek postanowi, będę go wspierała.

Przeżywałaś zamieszanie wokół transferu?

To był trudny okres i zdarzały się nieprzespane noce. Podskórnie czuliśmy jednak, że się uda. Dom na Majorce też nam pomógł w przygotowaniach do tej zmiany, chociażby dzięki temu, że w wakacje dzieci chodziły tam do publicznego przedszkola. Oswoiły się trochę z innym językiem i zwyczajami. To ważne, bo zmiana miejsca zamieszkania wiąże się z intensywnymi emocjami, zwłaszcza w przypadku starszej córki.

Opowiesz mi o waszych emocjach?


Robert wrócił do Niemiec, a ja czekałam na sygnał na Majorce. W ostatnich dniach, gdy było już coraz bardziej prawdopodobne, że transfer dojdzie do skutku, zapytałam Roberta:

- Jak reagują teraz na ciebie ludzie w Monachium?
- Dziękują mi i gratulują.

To było super. Przyjechałam do Niemiec na półtora dnia, żeby się spakować. Spotkaliśmy się z bliskimi, wręczając im małe prezenty. Praktycznie wszyscy płakali, zresztą ja też nie potrafiłam powstrzymać łez. Dom w Monachium był dla nas bardzo ważny, tam urodziły się nasze córki. Dotarło do nas: "OK, naprawdę się przeprowadzamy".

Pamiętam, jak przyjechaliśmy po raz ostatni do przedszkola. Dzieci wręczyły Klarze książeczkę ze zdjęciami i historyjkami. Wtedy znów się popłakałam. Uświadomiłam sobie, ze moje dzieci nie są już takie małe. Mają swoich bliskich, swoje emocje, przeżycia. Inne żony piłkarzy opowiadały mi nieraz, jak przeprowadzka jest trudna emocjonalnie. Teraz doświadczyłam tego na własnej skórze. Najbardziej "trafiło" mnie w przedszkolu, ale zapamiętam też moment, kiedy córki po raz ostatni biegały na murawie Allianz Arena, a Robertowi robiono zdjęcia z trofeami. Wtedy to jemu popłynęły łzy.
Anna Lewandowska podczas meczu na Camp Nou (fot. Getty Images / Urbanandsport / Contributor). Anna Lewandowska podczas meczu na Camp Nou (fot. Getty Images / Urbanandsport / Contributor).

Skąd przekonanie, że Barcelona to dla ciebie idealne miejsce?

Kocham tę kulturę. Muzykę, jedzenie, taniec, szczególnie bachatę. Po przeprowadzce emocje jeszcze nie opadły, nadal trwa szaleństwo. Przy okazji ligowego debiutu Roberta przyleciała do nas liczna grupa znajomych. Wpadli na długi weekend, cieszyć się z tej chwili, bo wszyscy przeżywają transfer. Pierwszy mecz w Pucharze Gampera to było coś niesamowitego. Tuż obok stał pan z córką na rękach. Kiedy Robert strzelił na 1:0, dziewczynka zaczęła krzyczeć z radości, jak gdyby to był mecz o mistrzostwo świata. Wiedziałam, że Katalończycy kochają piłkę, ale że aż tak?! Celebrują życie, cieszą się nim.

Z kim z klubu miałaś już kontakt?

Bardzo miło przyjął nas prezydent Joan Laporta, który przywitał serdecznie zwłaszcza mamę Roberta. Kiedy na to patrzyłam, czułam wielką radość. Ona jest największym kibicem Roberta i bardzo przeżywała transfer. Ludzie zwracają tu uwagę na drobne, ale ważne gesty. Napisało już do mnie kilka żon piłkarzy. Julia Vigas, żona Thiago Alcantary, z którą poznałyśmy się w Monachium (rodziłyśmy nawet ściana w ścianę), bardzo nam pomogła. Gdy szukaliśmy domu, służyła radą i pomagała jako tłumaczka. Jestem też w kontakcie z innymi żonami, z kilkoma umówiłam się na lunch. To bardzo miłe.

Co dla ciebie oznacza przeprowadzka do Katalonii pod względem zawodowym?

Rozwój. Za wcześnie jeszcze na konkretne deklaracje, ale chciałabym biznesowo spróbować sił za granicą. Będę również rozwijała plany treningowe, szczególnie że z mojej aplikacji korzysta już 3,5 mln osób. Prowadzę też projekty, które zaplanowałam dużo wcześniej. Jednocześnie chcę fajnie wykorzystać najbliższe lata z rodziną. W Niemczech nie zawsze było to możliwe, często non stop pędziłam. Praktycznie co tydzień latałam do Polski.

Teraz chciałabym dłużej przebywać w jednym miejscu i czuję, że jestem na to gotowa. Zawsze chciałam być zosią samosią. Udowodniać wszystkim, co potrafię, i że wszystko mogę zrobić sama. Mniej więcej dwa lata temu uświadomiłam sobie, że nie muszę tego robić. Chcę przede wszystkim cieszyć się życiem. Myślę, że w ostatnim czasie mocno się pod tym względem zmieniłam.

Rozwiń proszę.

Mój pęd do samodzielności był czymś naturalnym. Mam męża, który od dłuższego czasu odnosi wielkie sukcesy. Też chciałam znaleźć swoją drogę. Realizowanie zawodowych celów daje satysfakcję, ale w pewnym momencie obowiązki zaczęły mnie zjadać. Musiałam się nauczyć je rozdzielać. Zrozumiałam, że nie mogę wszystkiego robić sama. 

Jaka jest geneza przemiany, o której mówisz?

Pewne rzeczy przychodzą z czasem. To też kwestia coraz większej świadomości. Jestem pewna siebie na sali, gdy prowadzę obóz dla setki kobiet. Ale na innych płaszczyznach nie zawsze tak jest. Zaczynam dostrzegać, że nie w każdej sytuacji muszę czuć się komfortowo, nie wszystko jest dla mnie. Przestałam gonić za celami, teraz raczej staram się je spokojnie realizować. Kiedy czegoś nie czuję, po prostu tego nie robię. I głośno mówię, że potrzebuję odpoczynku. Kobiety czasem się tego boją, a przecież to nie grzech. Każda z nas musi mieć też przestrzeń dla siebie. Tego się uczę.

Jesteś pracoholiczką?

Pomidor.

Nie ma w zestawie pomidora.

Kiedyś pewnie nią byłam. Jednocześnie nie mogę jeszcze powiedzieć, że znalazłam w życiu odpowiedni balans. Mam nadzieję, że zrobię to właśnie w Barcelonie. Robert często powtarza mi: "Zwolnij". Pandemia pokazała wszystkim, jak ważna jest w życiu równowaga. Jestem w trakcie jej poszukiwania. Póki co, jesteśmy jeszcze w trakcie przeprowadzki, porządkujemy pewne rzeczy, ale myślę, że we wrześniu złapię już odpowiedni rytm.

Jest coś, co zaskoczyło cię w Barcelonie?

Otwartość ludzi i to, jak okazują ją na każdym kroku.
Anna i Robert Lewandowscy podczas festiwalu filmowego w Cannes (fot. Gisella Schober / Contributor / Getty Images). Anna i Robert Lewandowscy podczas festiwalu filmowego w Cannes (fot. Gisella Schober / Contributor / Getty Images).

Co dla ciebie oznacza transfer Roberta do klubu z Camp Nou?

Kariera Roberta jest wybitna, a jednocześnie moim zdaniem nieco różni się od karier innych wielkich piłkarzy. Los, częściej niż pomagać, rzucał mu kłody pod nogi. Nawet kiedy w końcu zwyciężył w Lidze Mistrzów, to wzniósł puchar w pandemii, przy praktycznie pustym stadionie. A marzył, byśmy my także byli na trybunach.

Dziś jesteśmy w szczytowym momencie kariery Roberta, a transfer do Barcelony to jej wspaniałe dopełnienie. W fajny sposób zamknął pewien rozdział. Teraz znów czuje głód. Kiedyś usiądzie w fotelu i będzie mógł powiedzieć: "Jestem szczęśliwy, zrealizowałem swoje cele". 

Robert wielokrotnie podkreślał, że odegrałaś w jego karierze bardzo dużą rolę. Jak ty to oceniasz?

Pomagam mu na płaszczyźnie emocjonalnej, dietetycznej czy regeneracyjnej, natomiast Robert to niesamowity profesjonalista. Jestem w tej układance małym puzzlem, musiałam tylko połączyć odpowiednie elementy. Pewne rozwiązania się sprawdziły, więc Robert to kontynuuje. Nieustannie wprowadzamy małe zmiany, przed sezonem zrobiliśmy wszystkie możliwe badania. Wspieram go. Jest już jednak na tyle świadomy swego ciała, że sam wie, co jest dla niego najlepsze. I dokonuje świetnych wyborów.

Powiedziałaś, że wierzysz w los. Hiszpania była wam przeznaczona?

Jestem osobą wierzącą. Wierzę, że pewne scenariusze są nam pisane i nic nie dzieje się bez przyczyny. Ale Robert sobie na to przede wszystkim zapracował. Zasłużył, żeby spełnić swoje marzenie.

Na Półwyspie Iberyjskim media śledzą każdy krok piłkarzy i ich rodzin. Kiedy wychodzisz na balkon, widzisz paparazzich?

Na szczęście nie. Jeszcze tak tego nie odczułam. Sprawdzaliśmy już plażę - wieczorem Roberta raczej nie rozpoznają. Byliśmy też razem w Sagrada Familia. Robert założył maseczkę, okulary, czapkę i udało się. To był spontaniczny, fajny wypad.

Chciałabyś czasem zniknąć?
 
Nie. Lubię być w stałym kontakcie z ludźmi, dzielić się swoimi przeżyciami, komunikować przez media społecznościowe. To działa w dwie strony. Dostaję wiele wiadomości, że ktoś dzięki mojej pomocy poczuł się lepiej, schudł, odbudował swój związek. Bardzo się z tego cieszę. Czemu mam się chować? 

Od kilkunastu lat jesteście pod ostrzałem mediów, które polują na waszą prywatność. Zastanawiam się, czy czasem nie masz dość.  
 
Im bardziej jesteś na świeczniku, tym bardziej ci się dostaje. Ten proces niestety się nasila. Kiedy czytam, że Ania Lewandowska chwali się nową sukienką albo lansuje z torebką, jest to dla mnie przykre, ale przywykłam, robię swoje. Oczywiście cieszyłabym się, gdyby więcej mówiono o fajnych, pozytywnych rzeczach, które robię. Od dziesięciu lat trzy razy w roku organizuję obozy, na które za każdym razem jeździ po sto osób. Miejsca wyprzedają się w minutę. Na liście rezerwowej czeka zawsze ponad tysiąc chętnych - to coś znaczy.

Tymczasem w mediach mówi się tylko o tym, co mam na sobie. Kupiłam te rzeczy za własne pieniądze, nie ukradłam ich. Ubieram się, w co chcę. Będąc za granicą, dostrzegam pewne różnice w mentalności.

Co przez to rozumiesz?   

W Polsce nie cieszymy się do końca z czyjegoś sukcesu, nie chcemy podążać za pozytywnymi przykładami. Nie myślimy: "Skoro jej lub jemu się udało, to i mnie może się udać!". Dostaję oczywiście dużo miłych wiadomości, ale np. niedawno wrzuciłam post o ketozie i nagle pojawia się komentarz: "Wsadź sobie w dupę tę ketozę. Je* się, szmato". Patrzę na profil, a to mama trójki dzieci.

Przeraża mnie to. Serio karmimy się teraz takimi rzeczami? Nie jestem odrealniona. Wiem, że wielu ludziom w Polsce jest bardzo ciężko. Często o tym rozmawiamy i też na różne sposoby staramy się pomagać innym. Ale nie wiem, jak taki hejt może komuś pomóc.
2012 rok. Anna Lewandowska podczas mistrzostw świata w karate (fot. PAP / Grzegorz Michałowski). 2012 rok. Anna Lewandowska podczas mistrzostw świata w karate (fot. PAP / Grzegorz Michałowski).

Dlaczego twoim zdaniem niektórzy patrzą na ciebie głównie przez pryzmat pieniędzy?

Bo tak jest najłatwiej. Ktoś pewnie stwierdził, że przecież pieniądze się klikają, wywołują emocje. Można jeszcze dołożyć do tego słynne zdanie: "Gdyby nie Robert, to by jej nie było". Pewnie gdyby nie on, nie byłabym tak znana. To fakt. Natomiast jako człowieka najbardziej ukształtowało mnie karate. 

Opowiesz o tym?

Karate było najpiękniejszą przygodą mojego życia. Mieliśmy w kadrze niesamowity team, tworzyliśmy rodzinę. Niestety dwóch osób z tego zespołu już nie ma wśród nas. Jeździliśmy po całym świecie - Brazylia, Portugalia, Los Angeles... Bardzo ciężko trenowaliśmy, spędzałam w drodze ponad sto dni w roku. To mnie zahartowało. Nie mam takiego talentu jak "Lewy", więc kiedy ktoś trenował raz dziennie, ja trenowałam dwukrotnie. Ktoś miał dwa treningi? No to ja trzy. Nawet kiedy byłam przetrenowana, chciałam ćwiczyć dalej, ale trener brał mnie za chabety i mówił: "Masz odpocząć". Wygrałam mistrzostwo Europy, potem sięgnęłam po mistrzostwo świata.

Czego nauczyło cię karate?

Pokazało mi najważniejsze wartości: nigdy się nie poddawać, być systematycznym, mocnym, twardym. Dostałeś w twarz? Sorry, musisz sobie radzić i iść dalej. Ten sport nauczył mnie też okazywania szacunku. Przeciwniczki cztery razy złamały mi nos, ja też komuś złamałam. Mimo to po walce oddawałyśmy sobie ukłon. Dzięki karate, niezależnie od kariery Roberta, na pewno robiłabym coś ambitnego, byłabym aktywna w sferze zdrowia, bo zawsze mnie to interesowało. Byłam jedną z pierwszych zawodniczek, która zaczęła się zdrowiej odżywiać. To wszystko złożyło się na to, kim jestem i z biegiem czasu buduje we mnie coraz większe poczucie własnej wartości.

Kiedyś bardzo się przejmowałam, co się mówi i pisze na mój temat. Zrozumiałam jednak, że nie wszyscy muszą mnie lubić. Najważniejsze, że żyję w zgodzie z sobą i staram się robić coś pozytywnego najlepiej, jak potrafię. A największą nagrodą jest dla mnie uśmiech ludzi, którym w jakiś sposób mogłam pomóc. 

Kiedy najbliższa sesja bachaty?

Najpóźniej za kilka dni...

Rozmawiał Dariusz Faron, WP SportoweFakty 

Jeżeli chcesz być na bieżąco ze sportem, zapisz się na codzienną porcję najważniejszych newsów. Skorzystaj z naszego chatbota, klikając TUTAJ.

Komentarze (0)
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×