Polski mistrz Europy w światowej czołówce. "Mnie nie brakuje poziomu sportowego"

Materiały prasowe / Na zdjęciu: Mikołaj Marczyk
Materiały prasowe / Na zdjęciu: Mikołaj Marczyk

Mikołaj Marczyk został rajdowym mistrzem Europy i kreśli plany na przyszłość. Polak ma potencjał, aby włączyć się do walki o tytuł mistrza świata. Zauważyli to nawet eksperci na arenie międzynarodowej.

W tym artykule dowiesz się o:

Mikołaj Marczyk niedawno zdobył tytuł mistrza Europy w cyklu ERC, nawiązując do sukcesów Kajetana Kajetanowicza oraz Krzysztofa Hołowczyca. Łodzianin został wcześniej najmłodszym w historii zdobywcą czempionatu w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski. Będąc świeżo po 30. urodzinach, jest w idealnym wieku, aby podbić rajdowe mistrzostwa świata WRC.

Mikołaj Marczyk w światowej czołówce

O świetnej formie Marczyka najlepiej świadczy fakt, że znalazł się na dziewiątym miejscu w Europejskim Rankingu Rajdowym. To zestawienie prowadzone przez Tijsa van Reetha. Holender opracował specjalną formułę, aby porównywać wyniki kierowców rywalizujących WRC, ERC i krajowych czempionatach, równocześnie stosując odpowiedni przelicznik dla rajdówek danej kategorii.

ZOBACZ WIDEO: Robert Kubica nie kryje się z wiarą w Boga. "Kiedyś mocno chroniłem temat religii"

- Europejski Ranking Rajdowy wziął się z mojego zainteresowania sportem, a zwłaszcza rajdami. Różne dyscypliny sportu mają swoje rankingi, ale rajdy nie. Tworzę hobbystycznie takie zestawienia. Nad ERR pracowałem kilka lat, dopracowywałem go i uruchomiłem w 2024 roku - mówi nam van Reeth.

W listopadowym zestawieniu ranking na czele znalazł się Kalle Rovanpera, dwukrotny mistrz świata WRC i kierowca fabrycznego zespołu Toyoty. Zaraz za nim sklasyfikowano Otta Tanaka, Elfyna Evansa i Sebastiena Ogiera. To najlepsi kierowcy na świecie, stąd dziewiąta pozycja Mikołaja Marczyka jest nie lada osiągnięciem. Potwierdza skalę talentu łodzianina i oddaje, jak udany sezon 2025 zaliczył w ERC.

Za plecami Polaka w rankingu ERR znaleźli się m.in. Sami Pajari, Josh McErlean, Gregoire Munster czy Gus Greensmith, czyli kierowcy na co dzień rywalizujący w mistrzostwach świata WRC. - W moim rankingu przyznaję punkty w zależności od kategorii rajdowej samochodu. Tacy kierowcy jak Munster czy McErlean zawsze zdobywaliby więcej punktów, niż kierowcy ścigający się samochodami Rally2, bo prowadzą auta klasy Rally1. Dlatego mój ranking uwzględnia korektę samochodu, co daje bardziej realistyczną klasyfikację opartą na jakości kierowców - wyjaśnia nam Holender.

Wysoka pozycja w ERR ucieszyła Marczyka. - Może to znak, że Międzynarodowa Federacja Samochodowa (FIA) powinna prowadzić taki oficjalny ranking? Na pewno byłoby to pomocne dla zawodników. Obecnie mamy sytuację, w której kierowcy startują lokalnie, inni w ERC, a kolejni w WRC i ciężko porównać ich formę i potencjał. ERR jest dowodem na to, że można to zrobić - mówi nam kierowca Orlen Team.

Rajdy powinny wziąć przykład z tenisa

ERR prowadzony przez Tijsa van Reetha można porównać do rankingów ATP i WTA w tenisie. Punkty w zestawieniu rajdowym Holendra ważne są przez rok i znikają całkowicie po upływie dwunastu miesięcy. - To nic innego, jak ranking bieżącego poziomu sportowego. Porównanie z tenisem jest trafne, bo gdy Iga Świątek przed rokiem miała gorszy okres jesienią, to spadała w rankingu WTA. Później zaczęła z powrotem wygrywać i odzyskała drugie miejsce w rankingu WTA - komentuje Marczyk.

- Nasze dziewiąte miejsce w tym rankingu to wypadkowa wszystkich tegorocznych sukcesów. Aby zdobyć mistrzostwo Europy, trzeba było ukończyć wysoko wszystkie rajdy i to oddaje nasza pozycja w ERR, dlatego jesteśmy przed niektórymi załogami z mistrzostw świata WRC. I klarowne jest też to, że kilku kierowców z WRC jest przed nami - dodaje 30-latek z Łodzi.

Rajdowy ranking jest potrzebny, bo obecnie w trakcie jednych zawodów rywalizują kierowcy w autach kilku kategorii. Jeśli weźmiemy pod uwagę ostatni Rajd Japonii, w stawce było tylko dziesięć rajdówek klasy Rally1, a dodatkowo w kilku z nich oglądaliśmy kierowców płacących za starty. Zdecydowaną część zawodów stanowiły słabsze i tańsze auta Rally2 i Rally3, dlatego to w tych kategoriach rywalizacja jest bardziej zacięta i wyrównana, choć nie stanowią one szczytu WRC.

- Sam miałem takie oferty, by poprowadzić auto klasy Rally1, ale to się wiąże z kosztami, których nie jestem w stanie pokryć. Pełen sezon w WRC w rajdówce najwyższej kategorii kosztuje od 15 do 22 mln zł. Na takie kwoty stać nielicznych, dlatego w stawce jest zdecydowanie więcej aut Rally2 - tłumaczy nam Marczyk.

Łodzianin po zdobyciu mistrzostwa Europy w ERC chciałby zrobić krok naprzód w karierze i mocno postawić na starty w mistrzostwach świata WRC. Byłaby to jednak klasa Rally2, gdzie sezon startów wymaga zebrania kilku milionów złotych.

- W tym roku walczyliśmy w mistrzostwach Europy do samego końca z takimi kierowcami jak Armstrong czy Mabellini. Armstrong dwa miesiące odbywał testy z fabrycznym zespołem Forda, a Mabellini podpisał kontrakt z Lancią na starty w Rally2 w sezonie 2026 z gwarancją awansu do WRC w kolejnym. Mnie nie brakuje poziomu sportowego, aby rywalizować z najlepszymi i chcę to udowodnić - podkreśla polski kierowca.

Rajdy czeka rewolucja

Władze światowej federacji (FIA) oraz promotor cyklu WRC zdały sobie sprawę z tego, że z rozwojem rajdówek doszły do ściany. Kompletnie nietrafiony okazał się pomysł, aby samochody klasy Rally1 wyposażone były w silniki hybrydowe, co tylko napędziło wzrost kosztów i sprawiło, że topowe rajdówki stały się jeszcze mniej dostępne. Zniechęciło to też producentów aut od dołączenia do mistrzostw świata.

W roku 2027 spodziewana jest rewolucja w przepisach, w myśl której nowe rajdówki staną się bardziej dostępne i przede wszystkim tańsze. Marczyk może być beneficjentem tej zmiany. - FIA chce, aby w sezonie 2027 w stawce było nawet 20-30 aut najwyższej kategorii. To jest ruch w bardzo dobrą stronę, bo wzrośnie konkurencyjność. To musi się wydarzyć, bo inaczej rajdy może czekać zagłada - ostrzega mistrz Europy z Polski.

Sytuacja, w której w rajdach WRC rywalizuje tylko kilka aut Rally1 oraz znacznie większa grupa aut niższej klasy, jest niezrozumiała dla sporej części kibiców i odpycha od dyscypliny. - Dla takich kierowców jak ja, którzy dobijają do tego najwyższego poziomu, jak największa liczba topowych aut jest dobrą informacją - podsumowuje Marczyk.

Łukasz Kuczera, dziennikarz WP SportoweFakty

Komentarze (0)
Zgłoś nielegalne treści