Rozpoczął się kolejny sezon Pucharu Świata. Najważniejszą imprezą dla skoczków będą jednak Zimowe Igrzyska Olimpijskie we Włoszech, które rozpoczną się w lutym 2026 roku. Rozmawiamy z byłym prezesem Polskiego Związku Narciarskiego i dawnym trenerem Adama Małysza - Apoloniuszem Tajnerem. Ekspert wskazuje błędy Thurnbichlera, tłumaczy dlaczego Maciusiak to idealny wybór na szkoleniowca reprezentacji Polski. Przewiduje również znaczną poprawę wyników w stosunku do lat ubiegłych.
Bogumił Burczyk, dziennikarz WP SportoweFakty: Rozmawiałem z panem przed rozpoczęciem ubiegłego sezonu, jak i wcześniejszego. Wówczas nie krył pan optymizmu, analizując potencjalne występy polskich skoczków. Teraz jest podobnie?
Apoloniusz Tajner, były prezes Polskiego Związku Narciarskiego: Teraz też jestem optymistą. Naturalnie obraz naszej kadry stał się inny niż jeszcze kilka lat temu, ale widzę wiele przesłanek, by wierzyć w przełamanie. Przede wszystkim grupa czuje się dobrze w swoim towarzystwie. Tego brakowało w ostatnich dwóch-trzech latach. Wchodziła w sezon przemęczona, później się nawet okazywało, że przetrenowana. Z przemęczenia wychodzi się od czterech do sześciu tygodni, z przetrenowania od czterech do sześciu miesięcy. To ogromna różnica.
Thurnbichler wykonał dobrą robotę, jednak zbyt intensywną. Maciej Maciusiak będzie musiał wykorzystać jej fundamenty i przekuć na dobrą dyspozycję. Świeżość w trakcie sezonu jest bardzo istotna. Zapowiada się, że jesteśmy na dobrej drodze. Niezwykle istotna, wręcz zasadnicza, będzie również atmosfera w zespole, której wcześniej brakowało.
ZOBACZ WIDEO: "Spróbujcie go powstrzymać". Z piłką wyczynia cuda
Dlaczego trener Thomas Thurnbichler stracił szatnię?
Niestety tak się stało. Później wyszły jeszcze dodatkowe kwestie. Na przykład utrudniano wejście na trybunę trenerską trenerowi Doleżalowi, który przecież przygotowywał Kamila Stocha. Myślę, że Thomasowi Thurnibchlerowi zabrakło doświadczenia. Jest w trakcie jego nabywania. Warsztat ma dobry, ale wieku nie oszukasz. Z kolei Maciej Maciusiak doskonale zna zawodników, wielu z nich od dziecka.
Już raz wyprowadzał Maćka Kota i Dawida Kubackiego z głębokiego kryzysu, a wówczas zostali przesunięci z reprezentacji A do B. Ambicje chyba trochę przeszkodziły Thomasowi. Świetny warsztatowiec, ale brakło tu pewnej elastyczności. Znam to z autopsji. Dopiero po kilku latach zaczęło do mnie docierać, ile błędów popełniłem, kurczowo trzymając się planu, który rozpisałem na x czasu w przód.
Później funkcjonowałem już zupełnie inaczej. Pierwszy etap pracy bardzo mi się przydał. Dzięki niemu lepiej rozumiałem pewne rzeczy w przyszłości. Z Thomasem Thurnbichlerem chyba jest podobnie. Za mało zajął się ludźmi, za bardzo skupił na swoich metodach.
Thurnbichler miał szeroki sztab szkoleniowy, który jednak mu nie pomógł.
Przez szatnię przewijało się bardzo dużo osób. Był tam jeszcze Mathias Hafele, potem słynny człowiek-nietoperz Mark Noelke... Ja sam zbliżając się tam podczas zawodów, również czułem nieswojo. Widziałem, że zawodnicy się trochę plątają. Na domiar złego w pewnym momencie stracili wiarę w projekt. To nie wyzwalało samo zaangażowania. Byłem pewny, że Maciej jest jedynym człowiekiem, który może przejąć tę reprezentację i scalić w jedną, dobrze funkcjonującą całość. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Jest pan spokojny również o to, że Maciusiak poradzi sobie ze zjawiskiem przetrenowania skoczków? Z jednej strony mówimy, że Thurnbichler wykonał dobrą i ciężką pracę, z drugiej ten aspekt może świadczyć, iż zawiódł na całej linii.
Nie nazwałbym tego zepsutą robotą, ale chyba zabrakło mu wyczucia. W przeszłości trener Pavel Mikeska był tytanem pracy, a jednak zawodnicy wchodzili w sezon przeciążeni. W ciągu roku udało nam się przekuć jego wysiłki w sukces. Małysz osiągnął Himalaje, a reszta prezentowała się bardzo solidnie.
Maciek również ma świadomość, że czasu nie wystarczy na wprowadzenie nowych metod. Przejął grupę za późno, by zdążyć to zrobić do igrzysk. Musi przekuć wkład Thurnbichlera w wyniki. Nasi skoczkowie nie potrzebują zagranicznego mistrza trenerskiego, tylko solidnego fachmana z kraju, o profilu właśnie Maćka Maciusiaka.
Pomaga mu obóz Kamila z trenerem Doleżalem, który również jest zrównoważony. Zarówno Czech, jak i nasz trener mają podobne metody pracy i są zbliżeni charakterologicznie. Już skoki letnie napawały optymizmem. Wprawdzie te próby często nie mają bezpośredniego przełożenia na zimę, ale dają pole do wyciągnięcia pewnych wniosków.
W naszym sztabie nie ma za dużo indywidualności? Maciej Kot współpracuje z Wojciechem Toporem, Kamil Stoch z Michalem Doleżalem. W tym wszystkim na czele jest Maciej Maciusiak.
Gdyby ze sobą nie współpracowali, układ byłby niekorzystny. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku Kamila i Doleżala oraz reszty grupy z Thurnbichlerem. Kooperacja wszystkich stron, która teraz nam towarzyszy, jedynie wzmacnia monolit. Skoczkowie nie trenują zupełnie oddzielnie, tylko podchodzą indywidualnie do wykonywanych zadań, co również jest potrzebne.
Zwłaszcza w przypadku starszych zawodników, którzy mają ogromne doświadczenie, wiedzą kiedy czuli się najlepiej w karierze i co wtedy robili. W takich okolicznościach można wprowadzić pewien osobisty harmonogram. Skoczkowie czują się też bardziej komfortowo, a ich wiara w końcowy sukces rośnie. Wszystko zmierza ku "złapaniu" świeżości w trakcie sezonu. Po 2-3 latach ciężkiej prac, wreszcie wysiłki mogą zaprocentować.
Wierzy pan, że sięgniemy po jakiś triumf w Pucharze Świata?
Jak najbardziej.
Jeden, czy więcej?
Nie widzę przeszkód, żeby było ich nawet kilka. To jest sezon olimpijski, na który szykowaliśmy formę od dłuższego czasu. Wspomniana zmiana trenera może okazać się bardzo pomocna. Zresztą już w Lillehammer widzimy pewne postępy.
Nie są jeszcze radykalne, ale wszystko przebiega zgodnie z planem. Nie spodziewałem się tu żadnej furory, ale pewnej solidności, która nadeszła. Sam Puchar Świata to pole do pewnych testów. Poszczególni skoczkowie mogą mieć wahania formy, zwłaszcza chcąc zaprezentować swoją najlepszą odsłonę we Włoszech.
Kto ma największe szanse, by wypaść najlepiej w Pucharze Świata?
Kamil Stoch i młody Kacper Tomasiak. Obserwowałem treningi w Wiśle i zwłaszcza nasz młody zawodnik wywarł na mnie ogromne wrażenie. Drzemie w nim wielki potencjał. Z kolei u Kamila wróciła świeżość, a faza przejścia do lotu przychodzi u niego bardzo naturalnie. Mówiąc kolokwialnie: lepiej wchodzi na narty.
Nie musi niczego nadrabiać świetną techniką. Ona stanowi dodatkowy atut zamiast ratować niektóre próby. Zresztą wystarczy spojrzeć na Kamila. Uśmiechnięty od ucha do ucha, wróciła jego wesołość, dobry humor, zaraża pozytywną energią resztę drużyny. Będzie mocny w swoim ostatnim sezonie.
Jestem daleki, by odbierać mu szansę na dobry występ w Igrzyskach Olimpijskich. Może być liderem reprezentacji na przekroju całych zmagań, a już na pewno jednym z jej najsilniejszych punktów.
Wierzy pan w medal we Włoszech?
Zgadza się. Nie wiem, w czyim wykonaniu, trudno to określić, scenariusz może się różnie ułożyć. Nie jesteśmy w gronie faworytów i wiem, że będzie o to bardzo trudno. Nie skreślałbym natomiast naszych skoczków. Wielu z nich stanie przed ostatnią szansą, by sięgnąć po wielki sukces w zawodniczej karierze. Na pewno stać ich na to, a czy się uda? Czas pokaże.
Dostrzegł pan jakieś niuanse w sobotnim konkursie w Lillehammer, które warto uwypuklić?
Niespecjalnie. Czeka nas szalony sezon z wieloma wahaniami formy i licznymi przetasowaniami. Na razie nikt nie jest nie wiadomo jak mocny i łatwo dorównać do obecnie najwyższego poziomu. Najlepsze dopiero przed nami. Polacy ani nie przerośli, ani nie zawiedli moich oczekiwań. Możemy spokojnie czekać na kolejne rozstrzygnięcia.
Rozmawiał Bogumił Burczyk, dziennikarz WP SportoweFakty