W piątek skompromitowali się organizatorzy (kłopoty z numerami startowymi), w sobotę wreszcie mogliśmy skupić się tylko na skokach narciarskich. Dostaliśmy ciekawy spektakl, zwłaszcza w pierwszej serii. Skoki na 130 metrów niektórym zawodnikom nie pozwoliły awansować do finału - to najlepiej świadczy o poziomie sobotnich zmagań.
Poziom poziomem, ale najważniejszy jest fakt, że emocje zapewnili nam w tym konkursie także Polacy, zwłaszcza Kamil Stoch. Od kilku lat trzykrotny mistrz olimpijski nie zaczął sezonu tak dobrze jak teraz. Przyzwyczailiśmy się już do faktu, że pierwsze konkursy Pucharu Świata wyglądały w wykonaniu Stocha jak droga przez mękę.
ZOBACZ WIDEO: Sensacyjny powrót Krychowiaka? "Może pomogę im awansować"
Na szczęście teraz taki obrazek możemy wymazać z pamięci. Wrócił Stoch na niezłym poziomie, który daje też nadzieję, że w trakcie sezonu jeszcze znacznie się rozkręci. Już latem widać było, że 38-latek wreszcie znalazł patent na swoje skoki.
Na potwierdzenie tej tezy zimą nie musieliśmy długo czekać. Do Lillehammer Stoch przyjechał w co najmniej tak dobrej formie jak latem. Nie psuje prób, radzi sobie w każdych warunkach. W mikście miał siódmą notę indywidualnie, kwalifikacje skończył na 4. miejscu, a w samym konkursie po pierwszej serii nieśmiało mógł myśleć nawet o podium. Skończyło się na 13. pozycji, ale do siódmego Laniska stracił tylko 6 punktów.
Szampanów jeszcze nie otwierajmy, ale nie mam też wątpliwości, że tej zimy Kamil regularnie będzie walczył o podium.
Historia pokazuje, że Stoch swoje najlepsze sezony w karierze rozpoczynał właśnie na takim poziomie jak skacze teraz w Lillehammer. Nigdy nie był dominatorem od samego startu. Rozkręcał się powoli, a eksplozję formy prezentował zwykle na Turnieju Czterech Skoczni, który wygrywał aż trzykrotnie. Czy teraz czeka nas powtórka? Jest to na pewno bardziej realne niż rok, dwa, czy trzy lata temu, kiedy Stoch przypominał zagubione dziecko i miał nawet problem z awansem do finałowej serii.
Forma trzykrotnego mistrza olimpijskiego to jednak nie jedyny powód do zadowolenia dla polskich kibiców. Więcej niż dobrze zaprezentował się w sobotę Kacper Tomasiak. 18-latek debiut zakończył w drugiej dziesiątce, na 18. miejscu. Niewielu skoczków na świecie tak świetnie wchodziło do elity. Dla porównania Stoch w swoim premierowym konkursie był 49...
Bardziej niż miejsce Tomasiaka cieszy jednak to, jak prezentuje się na skoczni. Sprawia wrażenie, jakby cała otoczka wokół niego zupełnie go nie obchodziła. Idzie na skocznię i robi swoje. Potężnie wybija się z progu i walczy o każdy metr. Jego pierwsza próba na 137. metr to była skokowa bomba. W drugim skoku wylądował 15 metrów bliżej, ale wtedy też pokazał moc, bowiem skakał w koszmarnych warunkach, z huraganem w plecy. Poradził sobie, nie spadł na bulę, a nawet najlepsi w tych warunkach nie skoczyliby znacznie dalej.
38-letni Stoch i o 20 lat młodszy Tomasiak to w tej chwili dwa motory napędowe polskiej kadry. Co z pozostałymi? Szczęka po ich sobotnim występie nam nie opadła (19. Piotr Żyła, 22. Dawid Kubacki i 28. Paweł Wąsek), ale na pewno nie jest też tak jak rok czy dwa lata temu. Pięciu Biało-Czerwonych w najlepszej trzydziestce, to wynik, który na starcie sezonu można zaakceptować. Jest się z czego odbijać.
Szymon Łożyński, dziennikarz WP SportoweFakty