Sezon w sezon powtarza się ta sama historia. Konkursy Pucharu Świata w Ruce storpedowane są przez silny wiatr. Czasami uniemożliwia on w ogóle skakanie, a w najkorzystniejszym scenariuszu zawody są skrajnie loteryjnie.
W tym roku odstępstwa od reguły nie ma. W piątek i w sobotę Ruka pokazała swoje najgorsze oblicze. W piątek wiało tak mocno, że nawet nie rozegrano jednej serii treningowej. W sobotę warunki tylko nieco się poprawiły. Zdołano rozegrać kwalifikacje oraz jednoseryjny konkurs, ale nie miał on nic wspólnego ze sprawiedliwą rywalizacją.
ZOBACZ WIDEO: Krychowiak w swoim stylu. Sala od razu wybuchła śmiechem
Co prawda wygrał lider PŚ Anze Lanisek, ale już za jego plecami roiło się od skoczków, którzy przy równych warunkach nie byliby w tym miejscu. Mowa chociażby o czwartym Vladimirze Zografskim z Bułgarii, piątym Valentin Foubert z Francji czy ósmym Niko Kytosaho z Finlandii.
Skoro zatem co roku zmagania w Ruce przypominają męczarnie z wiatrem, a wszyscy jak mantrę powtarzają slogan "nie można z tych zawodów wyciągać żadnych wniosków", to czy powinny one w ogóle mieć miejsce? Wątpliwości w tej sprawie nie ma Rafał Kot.
- Od lat te konkursy są mało sprawiedliwe, ale tak naprawdę jest to nie do przeskoczenia. W Ruce kumuluje się wiele zawodów narciarskich; oprócz skoków są tam też biegi i kombinacja. Dla telewizji jest to wygodne rozwiązanie, dlatego nie widzę szans, by w kolejnych latach Ruka znikła z kalendarza Pucharu Świata - powiedział nam były fizjoterapeuta polskiej kadry, obecnie członek zarządu PZN.
Nawet jednak loteryjne warunki nie mogą w stu procentach tłumaczyć sobotniej kompromitacji Polaków. Już w kwalifikacjach wstydliwe wyniki osiągnęli Piotr Żyła oraz Dawid Kubacki. Na tak dużej skoczni obaj nie dolecieli nawet do 100. metra i już po eliminacjach zakończyli rywalizację. Później w jednoseryjnym konkursie w trzydziestce był tylko 18-letni Kacper Tomasiak (18. miejsce). 31. pozycję zajął Aleksander Zniszczoł, 36. Paweł Wąsek, a 37. Kamil Stoch.
- Na pewno nie możemy być do końca spokojni. Tylko jeden zawodnik w trzydziestce to nie jest powód do zadowolenia. Zdaję sobie sprawę, że warunki były ciężkie i nie wszyscy trafili na sprzyjający wiatr, ale nie jest też tak, że wszyscy mieli tylko źle. W skokach Polaków nie było widać wielkiej różnicy między tym co skakali w Lillehammer a tutaj. Nic nie drgnęło - przyznał szczerze Rafał Kot.
- W Wiśle (dwa indywidualne konkursy 6 i 7 grudnia - przyp. red.) nie będzie już dyskusji. Warunki mają być znacznie lepsze, więc liczymy, że nasi pokażą się ze znacznie lepszej strony - dodał nasz rozmówca.
O ile w sobotę polscy skoczkowie, poza Tomasiakiem, nie stanęli na wysokości zadania, o tyle po raz pierwszy od dawna słuszną i dobrą decyzję podjęli szefowie skoków. Gdy w drugiej serii warunki pogodowe uległy jeszcze pogorszeniu, nie czekali długo z decyzją i szybko odwołali finałową kolejkę.
- To była jedyna słuszna decyzja. Wreszcie FIS nie ciągnął zawodów w nieskończoność. Na skoczni zrobiło się niebezpiecznie. Tory zaczął zasypywać śnieg, a do tego nie popisali się organizatorzy, którzy źle zajmowali się nimi. Dmuchawami odśnieżali tylko jeden, a drugi szczotkowali, nie tędy droga - podkreślił Rafał Kot.
Niedzielny konkurs PŚ w Ruce rozpocznie się o 14:50.
Szymon Łożyński, dziennikarz WP SportoweFakty