Listopad 2013 roku, Klingenthal. Inauguracja sezonu Pucharu Świata miała wyglądać inaczej, ale kapryśna pogoda zamieniła konkurs w chaos. Wiatr dyktował warunki, jury co chwilę przerywało zawody, a ostatecznie wszystko zakończyło się po jednej serii. W tym zamieszaniu objawił się 19-letni Krzysztof Biegun.
Dzień wcześniej Polacy zajęli czwarte miejsce w konkursie drużynowym. Biegun oddał wtedy bardzo dobry skok na 141 metrów i indywidualnie był czwarty. Ale to, co wydarzyło się dzień później, przeszło do historii. Konkurs indywidualny ruszył z dwugodzinnym opóźnieniem, a od początku było jasne, że o wynikach zadecyduje szczęście.
Biegun długo czekał na swoją próbę - raz ściągnięty z belki, za drugim razem ruszył. I trafił idealnie. 142,5 metra w znakomitym stylu, mimo odjęcia 11,7 pkt za korzystny wiatr. Prowadzenie było wyraźne, a warunki dla kolejnych zawodników coraz trudniejsze. Gdy na górze zostali tylko Schlierenzauer i Bardal, obaj odmówili skoku. Konkurs zakończono po jednej serii - sensacja stała się faktem.
- Przez lata wstydziłem się mówić o swoim zwycięstwie w Klingenthal, ale teraz wiem, że to było bez sensu. Miałem szczęście i nie mam się czego wstydzić - mówił Biegun w rozmowie z WP SportoweFakty.
O zwycięstwie dowiedział się podczas rozgrzewki przed drugą serią. W euforii była cała kadra, bo świetnie spisali się też inni Polacy - Piotr Żyła był piąty, Maciej Kot szósty, a Jan Ziobro dziewiąty.
ZOBACZ WIDEO: "Jakie są polskie skoki po PŚ w Wiśle?". Tak odpowiada ekspert