Laura Woods po raz pierwszy szczegółowo opisała poronienie sprzed kilkunastu miesięcy. Była w 11. tygodniu ciąży, intensywnie pracowała, gdy musiała zadzwonić po pomoc. Reporterka "TNT Sports" wspominała krwawienie, silne skurcze i bezradność. Partner Adam także zmagał się z emocjami.
- Pamiętam, jak zadzwoniłam na 111, mówiąc: "krwawię". Zaczęło się od plamienia, a potem pojawiły się potworne skurcze - powiedziała na łamach "The Telegraph". - To było, jakby ciało odpuściło, i było mi po prostu bardzo smutno - dodała.
ZOBACZ WIDEO: Kadra, relacje z Lewandowskim i Urbanem. Jerzy Brzęczek gościem WP SportoweFakty
Lekarz miał zasugerować, że to poronienie i pozostaje czekać. - To było rozdzierające. O szóstej rano krwawienie wciąż trwało. Adam spojrzał na mnie, a moje usta zrobiły się sine, twarz była zupełnie blada - relacjonowała. - Dopiero w szpitalu ból ustąpił. Rozmowa z kobietą po trzech poronieniach uświadamia, jak często to się zdarza - mówiła.
Dziennikarka podkreśliła, że minęło około półtora roku, zanim była gotowa o tym mówić. Strata dziecka była dla niej niezwykle emocjonalnym wydarzeniem. Porównała ją do żałoby po kimś, kogo się nie poznało.
Macierzyństwo przyniosło jej ukojenie. Syn Leo stał się "azylem", a priorytety się zmieniły. - Żyję jak "obywatel drugiej kategorii" we własnym życiu, bo potrzeby dziecka są pierwsze - i tak ma być - stwierdziła.