Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Magdalena Fularczyk-Kozłowska: Czułam się niepotrzebna

Michał Kołodziejczyk
Michał Kołodziejczyk

Czuje pani, że opowiadając o swoich problemach, daje teraz siłę innym?

Na początku tego tak nie odbierałam. Przyznanie się do swoich słabości traktowałam jako wielką porażkę. Nie planowałam o tym opowiadać, ale jakoś się otworzyłam. Bardzo bałam się reakcji po pierwszym wywiadzie, ale pozytywna reakcja przerosła moje oczekiwania. Tak wielu ludzi powiedziało mi, że im pomogłam pokazując ludzką twarz, że zdałam sobie sprawę, że to może się komuś przydać. Sama świadomość, że mistrz i złoty medalista też ma problemy, jest cenna. Niby oczywiste, a jednak okazało się, że nie do końca.

Czy teraz presja jest już mniejsza?

Znowu mi się wydaje, że największą mam przed sobą. Bo to jest tak, że jak się żyje z nią przez cały czas, to ciągle się jej oczekuje i wymaga od siebie jak najwięcej. Chciałabym pokazać sobie, ale pewnie także ludziom dokoła, że jednak umiem coś więcej niż tylko wiosłować. Że jestem dobra jeszcze w czymś innym. Albo, że będę dobra.

Może pani liczyć na wsparcie rodziny?

Poza mężem i córką mam jeszcze brata. Jest sześć lat starszy. Niestety, moich rodziców nie ma już na świecie, nie mogę liczyć na rady mojej mamy. Jak coś to proszę teściową, na szczęście mamy bardzo dobry kontakt. Ale brak rodziców - ich pomocy, ale też zwyczajnej obecności, bardzo boli. Kiedy pomyślę, że moja córka nigdy ich nie pozna, to jakoś się tak na sercu ciężko robi.

Co najważniejszego im pani zawdzięcza?

Z domu wyniosłam przede wszystkim pracowitość. Świadomość, że do wszystkiego trzeba dojść samemu, własną, ciężką pracą. I że nie wolno się poddawać. Wyniosłam też szczerość. Nie umiem udawać, w relacjach między ludźmi najważniejsza jest prawda. Rodzice powtarzali mi, że nie wolno kłamać, a warto być sobą, nawet jeśli nie wszystkim się to podoba. Nie można tylko nikogo krzywdzić, ale szczerość popłaca. Chociaż mnie specjalnie nie popłacała.

Cały czas się pani śmieje, a w środowisku mówią o pani, że ma trudny charakter. Z czego to się bierze?

Jestem wesoła i pogodna, ale jak mi się nadepnie na odcisk, to potrafię być bardzo nieprzyjemna. Może jestem zbyt bezpośrednia. Nie kalkuluję, potrafię powiedzieć zbyt dosadnie. Umiem walczyć o swoje, tupnąć i odezwać się, jeśli dzieje mi się krzywda. Za to chyba wiele osób mnie nie znosi. Wiem, że nigdy nie byłabym dobrym politykiem, bo nie potrafię owijać w bawełnę. To pewnie dla ludzi jest jakiś problem, ale dla mnie białe jest białe, a czarne - czarne. Poza tym ta zła opinia o moim charakterze bierze się z tego, że źle wyglądam. Śmieję się, że ludzie odbierają mnie po mimice, która, nazwijmy to, jest nieprzyjemna. Kłóci się z moim charakterem, zostawia złe wrażenie. W wywiadach parę razy za miła nie byłam, ale tylko wtedy, kiedy raziła mnie niekompetencja. Gdy ktoś pytał o kajaki. To tak, jakbym ja na dzień dobry nazwała pana pismakiem.

Anita Włodarczyk mówiła mi, że podziwia panią za igrzyska w Londynie, kiedy potrafiła pani wywalczyć brązowy medal, chociaż w trakcie przygotowań dowiedziała się o śmierci ojca. To było najtrudniejsze zadanie w karierze sportowej?

Tak, piekielnie trudne. Oczywiście dla nikogo odejście taty nie jest łatwe, ale dla mnie to był podwójnie mocny cios. Tata był wielkim fanem sportu i jego marzeniem było zobaczyć mnie na igrzyskach. Niewiele zabrakło. Nie wiedziałam, co robić. Na początku miałam w sobie olbrzymią złość, dwa, trzy dni trenowałam jak najęta, z podwójną mocą. Chyba musiałam wyrzucić z siebie wszystkie emocje. Przez następne pięć dni nie robiłam za to nic. Nie byłam w stanie, nie mogłam do siebie dojść. Dostałam tydzień wolnego, żeby uporać się z nową sytuacją. Najgorsze było poczucie, że nie mogę się z niczego cieszyć, że nie mogę być radosna, bo mi nie wypada. Myślałam, że jeśli założę jakąś bardziej kolorową bluzkę, to ktoś pomyśli, że jesteś nienormalna, bo zmarł mi tata, a chodzę tak ubrana. Przełamywanie się nie było łatwe. Nie mogłam spać, chodziłam jak robot - na treningu przestawiałam się na pracę, a kiedy się kończył, wracałam do domu smutna i ryczałam do poduszki. Długo nie mogłam się zebrać.

Jak do tego podszedł trener Marcin Witkowski?

Wtedy miałam do niego olbrzymi żal za to, jak się zachował, ale teraz wiem, że musiało tak być. Później zresztą trener sam mnie przeprosił, ale na ostatniej prostej przed igrzyskami nie mogłam liczyć na taryfę ulgową. Kiedy wróciłam do treningu, narzucił wielki rygor. Nie pozwolił na pokazywanie słabości, dużo wymagał. Miał twardą rękę i wiedziałam, że chociaż zmarł mi tata, nikt tu ze mną nie będzie się cackał. Ale to mnie zebrało do kupy, wiedziałam, że nie trenuję tylko dla siebie, że razem z trenerem i Julią Michalską tworzymy zespół i że za nich także jestem odpowiedzialna. Miałam też taką chęć, pewnie wyda się panu to głupie - żeby tata mnie z góry zobaczył i żeby był ze mnie dumny.

Myślała pani o nim płynąc?

Przed samym startem z nim "rozmawiałam", prosiłam, żeby dał mi siłę, żebym mimo kontuzji pleców mogła wrócić i popłynąć ten finał. W samym biegu to już było inne skupienie, znowu załączył się tryb "praca", musiałam zrobić to, co umiałam najlepiej, i dobrze wyszło. Spełniło się moje marzenie: po pierwsze w ogóle wystartowałam na igrzyskach, po drugie - wywalczyłam brązowy medal, który wtedy był dla mnie, jak złoty.

Pamięta pani w ogóle finisz?

Nie, oglądałam tylko powtórki. Wiem, co się działo, bo opowiadała mi Julia i ludzie, którzy oglądali naszą walkę do końca. Ostatnich dwustu, trzystu metrów nie jestem w stanie sobie przypomnieć, mam tylko jakieś przebłyski. Odcięło mnie zupełnie, wszystko mnie bolało, doszłam do siebie dopiero na dekoracji. Ale także podium bardziej świadome było dopiero cztery lata później w Rio de Janeiro.

Medal z Londynu jest cenniejszy, mimo że brązowy? Kosztował więcej sił?

Przed Londynem nie byłam świadoma, w jakich zawodach będę uczestniczyć. To znaczy oczywiście wiedziałam, że są to igrzyska, ale chyba do końca nie zdawałam sobie sprawy z rangi tej imprezy. Byłam już na tym torze, znałam też rywalki, właściwie wszystko różniło się od wcześniejszych zawodów tylko kółkami olimpijskimi. Znajdowałam się w jakiejś euforii, czułam radość sportowego święta, jednak dopiero w Rio wiedziałam, o co chodzi. Tam znałam swoją wartość, wiedziałam, po co przyjechałam. W 2016 roku było trudniej, bo nie mogłam już być anonimowa. Byłyśmy z Natalią Madaj pod ostrzałem.

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty

Komentarze (9):

  • steffen Zgłoś komentarz
    Kolejny ciekawy wywiad który jakoś wcześniej przegapiłem. Lubię takie rozmowy - można się dowiedzieć tego co kryje się za medalami, zwycięstwami itp.
    • Maciej Nietoperz Nowicki Zgłoś komentarz
      Jak sie nie znasz na wioslach to milcz jak mowisz. Tam sa sukcesy z malych klubow i to wielkie a nie jak Twoje gwizdy z L sieja piach . Jakbys zobaczyl jak trening wioslarski wyglada nawet bys
      Czytaj całość
      nie zrozumial, a pozniej przez dwa tygle nie mogl sie poruszac, takich cwaniakow bylo w Wisle Grudziadz wielu ale sa jednostki ktore sie przebily i jest ich sporo ktore zapracowaly na sukces a nie tylko szczekaly jak Ty siedziac na kanapie
      • Marian Nowak Zgłoś komentarz
        Dobrze wiedziała, że kariera sportowa nie trwa wiecznie. Było się uczyć i myśleć o zdobyciu zawodu.
        • Marian Nowak Zgłoś komentarz
          Nie pierwsza osoba, która po zakończeniu kariery sportowej zostaje odstawiona do lamusa. Jako mistrzyni olimpijska ma stałą emeryturę sportową i nich nie beczy.
          • skandal10 Zgłoś komentarz
            Bardzo dobry wywiad. Dobrze wyważony. I o sporcie i o życiu prywatnym i o cenie jaką się płaci za sukces. Jak widać życie sportowca to nie jest bajka. Nie dziwię się, że po takim
            Czytaj całość
            sportowym kieracie nie mogą się odnaleźć w "cywilnym" życiu. Dobrze, że mówi o depresji. To straszna choroba a ukrywanie jej jeszcze pogłębia problem. Powodzenia. Niech się Pani teraz cieszy życiem.
            • Klemek Zgłoś komentarz
              Szacunek za to co zrobiła, ale.... Jest mnóstwo ludzi którzy żyją tak codziennie, jeden rodzic do pracy drugi pilnuje dziecka A potem zmiana. Czy tez często Ci co wyjechali za granicę
              Czytaj całość
              zostawiając druga połowę z dzieckiem aby ich sprowadzić potem, czy choćby kierowcy Tirów pracujący po 15 h na dobę. Nie rozumiem sportowców którzy mają depresję i biegną tym pochwalić się do mediów, są tysiące takich ludzi w pl
              • Królowa Śniegu Zgłoś komentarz
                Wielki szacunek należy się naszej najlepszej wioślarce ostatnich lat. Niesamowita kobieta z niesamowitą siłą woli i charakterem. Najpierw walczyła o swoje miejsce w łódce i szkole
                Czytaj całość
                sportowej, bo uważali, że jest za niska. Później przed Londynem, gdy wydawało się, że będzie dobrze, życie jej się złamało - śmierć ojca, do tego kontuzja. Niesamowicie się wtedy zebrała. Pewnie nie wielu już pamięta, ale ona na dni przed startem ledwie chodziła, codziennie przyjeżdżał do niej z wioski oddalonej o ponad 2 godziny fizjoterapeuta naszych siatkarzy. Na ostatnich metrach już praktycznie nie wiosłowała. Na wywiadzie po medalu, nie dała już rady stać i leżała na ziemi. To co ona zrobiła było wtedy legendarne. Życie dla niej usłane różami nie jest i nie było. Przed Rio, gdy z Natalią były najlepsze na świecie znów przyszła kontuzja. Sama mówiła, że na miesiąc przed startem chodziła po kolanach. Ale sięgnęły po złoto. Zostały wtedy też wybrane najlepszą osadą na świecie bez podziału na kategorie. Zdobyły też Puchar Świata. Odeszła ze sportu z wielką klasą, jako niepokonana ikona. Pamiętam jedną z historii, które opowiedziały już po powrocie do kraju ze złotem. Gdy, już po swoich zawodach obserwowały zmagania innych drużyn, podeszły do jednego z wioślarzy po wspólne zdjęcie. Zapytał je czy one też startowały. Gdy potwierdziły. Zadał pytanie: "Lekuski?". Chodziło mu oczywiście o wagę lekką, ale nie one pływały w normalnej wadze. Gdy się dowiedział, że wygrały w W2x w zestawieniu z ich budową ciała był w szoku :)
                • Leonidas spod Termopil 1 Zgłoś komentarz
                  wygląda na to, że depresja stała się wygodną wymówką na braki sukcesów itp. Jak przeciętny śmiertelnik ma słabsze dni to sobie z nimi radzi jak może u pseudo gwiazdeczek nazywa się
                  Czytaj całość
                  to depresją. To już jakaś plaga. Żałosne zjawisko generalnie. Zwyczajnie mają za dużo wolnego czasu i stad takie przypadłości.
                  • Matt Anderson Zgłoś komentarz
                    w dzisiejszych czasach każdy ma depresję
                    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
                    ×