Mikkel Michelsen w tym sezonie w cyklu Speedway Grand Prix przypisał do swojego konta zaledwie 70 punktów, co pozwoliło mu zająć dopiero dziewiątą lokatę w mistrzostwach świata. Duńczyk w rozmowie z "Ekstrabladet" mówi otwarcie, że ten sezon był dla niego koszmarny, choć w PGE Ekstralidze jest jednym z najskuteczniejszych zawodników i z PRES Grupą Deweloperska Toruń powalczy wkrótce w finale ligi.
Dobrymi wynikami w Polsce będzie mu jednak ciężko zapracować na stałą dziką kartę na sezon 2026 w Grand Prix. Tym bardziej, że w tym gronie jest już dwóch jego rodaków - Leon Madsen i Michael Jepsen Jensen. Michelsen wyznał jednak, że nie czerpał radości z jazdy, co było spowodowane problemami zdrowotnymi.
ZOBACZ WIDEO: Magazyn PGE Ekstraligi. Goście: Kępa, Lebiediew, Buczkowski
Wszystko jest konsekwencją upadku z Bartoszem Zmarzlikiem w Grand Prix Łotwy w Rydze w ubiegłym sezonie. - Starałem się o tym nie mówić. Kiedy ludzie pytali, czy to na mnie wpłynęło, odpowiadałem po prostu: nie. Ale prawda jest taka, że mam może 15–20 procent siły w lewej ręce. A przy tak trudnych torach, jakie mieliśmy w tym roku, to po prostu było ogromne utrudnienie - wyjaśnił Michelsen.
Michelsen przyznał, że pogodził się z brakiem miejsca wśród piętnastu uczestników Grand Prix w 2026, ale nie obawia się zrobienia kroku w tył. Wręcz przeciwnie - wierzy, że to pozwoli mu lepiej zadbać o zdrowie i wykona dwa kroki w przód, a powrót do mistrzostw świata będzie jego głównym celem. - Od dziecka marzyłem o tytule mistrza świata i nie zamierzam rezygnować z tego marzenia - podkreślił Michelsen.