No i nie mieliśmy żadnej antyzmarzlikowej spółdzielni w Vojens. Bo mieć nie mogliśmy. Każdy przecież walczył o swoje cele. Jedni o złoto, drudzy o brąz, a następni, aż do okolic dziesiątego miejsca, o zachowanie miejsca w cyklu. Pierwszy w rankingu, który mógłby taki spisek uknuć, to… Dominik Kubera. A więc wychodzi na to, że spółdzielnię mogli założyć co najwyżej Kvech z Huckenbeckiem. No, może jeszcze ewentualnie Doyle, gdyby mu dobrze zapłacić.
Faktem natomiast jest, że w 2016 roku medalu próbował pozbawić Zmarzlika ten wielki dżentelmen toru, Greg Hancock. Zapewne nie tyle chciał wtedy skrzywdzić Polaka, co nałapać punktów za lojalność u sponsora, firmy Monster. Dlatego właśnie przepuścił przed siebie Chrisa Holdera, kolegę z tego teamu, po czym został z biegu wykluczony za niesportowe zachowanie. A następnie się obraził i wycofał z rywalizacji, mając już zapewnione złoto. Tak wyglądał finał Grand Prix w australijskim Melbourne. Amerykanin sięgnął wówczas po tytuł jako 46-latek, natomiast Zmarzlik, koniec końców, po brąz. Po swój pierwszy medal Indywidualnych Mistrzostw Świata. Inna sprawa, że gdyby nie wypadek Jasona Doyle'a w Toruniu, ani Hancock nie byłby wtedy złotym medalistą, ani Zmarzlik brązowym.
ZOBACZ WIDEO Odsłonił kulisy światowego żużla. To oni wszystkim rządzą?
Tegoroczna Grand Prix to były rozgrywki dwóch prędkości, bo reszta stawki nie nadążała za Zmarzlikiem i Bradym Kurtzem. Dość powiedzieć, że Polaka i Australijczyka tylko po razie zabrakło w finałowych wyścigach. Ale to nie tak, że wyłącznie Kurtz gonił Zmarzlika. Bo to wciąż Polska goni Australię w liczbie globalnych tytułów. A dzięki Zmarzlikowi już ją prawie ma. Australijczycy uzbierali złotych medali dziewięć, my - osiem (Zmarzlik 6, Szczakiel i Gollob po 1). Wciąż nam natomiast daleko do Szwedów i Duńczyków (po 14 tytułów) oraz Brytyjczyków i Nowozelandczyków (po 12). Lata stagnacji za żelazną kurtyną odcisnęły piętno na kartach historii.
Tak, tegoroczna rywalizacja była epicka. Choć poszczególne turnieje porównałbym do PGE Ekstraligi - tzn. i tu, i tu runda zasadnicza niemrawa. Jeśli gubisz punkty, to bez większych konsekwencji.
Za to w finale Metalkas 2. Ekstraligi nie zabrakło dwóch murowanych faworytów: Fogo Unii i Abramczyk Polonii. Na baraż bydgoszczan wzmocni już Maksymilian Pawełczak, który w najbliższą sobotę nie będzie jeszcze na tyle dojrzały, by móc rywalizować w zawodach ligowych, natomiast przez noc dojrzeje. I już w niedzielę, w dniu 16. urodzin, stanie się pełnoprawnym jeźdźcem Gryfów.
Nie wiem, czy ten przepis jest właściwy czy nie. Czy lepiej by było, gdyby o dopuszczeniu do rozgrywek ligowych takich młodych chłopców decydowała nie dokłada data urodzenia, a po prostu - rocznik. W skokach narciarskich te przepisy ustanowili bardziej liberalne. Dzięki temu w 2007 roku wicemistrzem Polski seniorów został na Wielkiej Krokwi 13-letni Klimek Murańka. I, co ciekawe, już nigdy później na pudle tych rozgrywek nie stanął.
Nie trzeba mnie uświadamiać, jakie są różnice między skoczkami a żużlowcami. To jasne, że ci pierwsi siadają na belce pojedynczo, zatem krzywdę mogą zrobić wyłącznie sobie. Z żużlowcami jest inaczej. Przy czym nie widziałem nigdy, by w zawodach młodzieżowych, w których wspomniany Pawełczak może już startować, sam się ustawiał pod taśmą. W bydgoskim finale Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski pokonał Ratajczaka, Krawczyka, Łobodzińskiego i, z jednym wyjątkiem, wszystkich innych jeźdźców PGE Ekstraligi oraz Metalkas 2. Ekstraligi. W których to rozgrywkach on sam jeździć jeszcze nie może. Do niedzieli.
Być może tak musi być, a biegli w kwestiach osiągania dojrzałości wiedzą więcej. No bo jednak Klimek skakał wyłącznie na własne konto. Natomiast Pawełczak musi też dźwigać oczekiwania całej żużlowej Bydgoszczy. Z drugiej strony ciężko jest objąć regulaminem wszystkie aspekty sportowego życia. Jest tu też miejsce na tzw. czynnik ludzki. Bo to w końcu rola trenerów i opiekunów, którzy muszą oszacować, czy dany adept jest już gotowy na daną rywalizację czy nie. Pytanie, czy wiek jest wtedy optymalnym kryterium wyboru. A nie kryterium umiejętności i również dojrzałości sportowej.
Nic to, nie jest to sprawa, która spędza sen z moich powiek. Ot, ciekawostka. Która zaraz przestanie żyć, a za jakiś czas wróci. Za chwilę się przekonamy, jaką to zrobi różnicę i jaka jest siła bydgoszczan na tle, najpewniej, gorzowian. Którzy mają jechać za połowę stawki. Michał Świącik poszedł ostatnio w drugą stronę z ustawieniami, bo podobno za spotkanie Krono-Plast Włókniarza w Gorzowie ustalił jeszcze wyższą stawkę niż dotychczasowa. By zmotywować swoich chłopców. Teraz natomiast słyszę utyskiwania, że za połowę kasy to gwiazdom Stali może się nie chcieć umierać za klub. No ale trudno, by za udział w barażach dostali podwyżkę. Raczej powinni założyć, że aby wyjść na swoje, muszą tych punktów trochę uzbierać.
I by wyjść na sportowców.
Wojciech Koerber