Mateusz Kędzierski na co dzień jest dziennikarzem Eurosportu, ale realizuje jednocześnie swój indywidualny projekt o nazwie "Home Track". Przy okazji wizyty w Australii odwiedził nie tylko Darcy'ego Warda, ale również Ryana Sullivana, który jest jedną z legend czarnego sportu na antypodach, ale i w dwóch polskich ośrodkach - w Częstochowie i w Toruniu.
Największym sukcesem Sullivana jest niewątpliwie brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Świata, który wywalczył w 2002 roku. Gdyby nie słabszy występ w ostatniej rundzie w Sydney, to kto wie, czy nie odebrałby srebrnego medalu. Jason Crump pokonał go w klasyfikacji generalnej o cztery oczka, a w ostatniej rundzie zapisał ich więcej o siedem.
ZOBACZ WIDEO: "Bez złota nie będzie ładnie”. Co przyniesie współpraca Rusko z Protasiewiczem?
Kiedy polski dziennikarz zapytał, czy może pokazać brązowy medal, ten z uśmiechem na twarzy odpowiedział, że teraz już tak. Dopytany, dlaczego "teraz", odpowiedział: - To zabawne, bo otrzymałem ten medal dopiero cztery lata temu. Potrzeba było 19 lat, aby w końcu do mnie trafił. Myślałem, że go zgubiłem i nie pamiętałem, co się z nim stało. Dopiero jak wróciłem na stałe do Australii, to przy przeprowadzce otrzymałem telefon z federacji, że medal leżał w szafce, a ja nigdy wcześniej go nie otrzymałem. Świetnie, że w końcu jest u mnie.
W swoim CV Australijczyk ma również pięć medali światowego czempionatu w rywalizacji drużynowej - trzy złote (1999, 2001, 2002), srebro (2003) oraz brąz (2007). Oprócz tego dwa razy stawał na podium Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów (w 1995 roku był trzeci, w 1996 roku drugi).
Na jego szyi zawisło również dziesięć medali Drużynowych Mistrzostw Polski - dwa złote (2003, 2008), cztery srebrne (1996, 2006, 2007, 2009) i cztery brązowe (2004, 2005, 2010, 2012). Do tej imponującej kolekcji można dopisać zdobycze w Drużynowych Mistrzostwach Świata, Drużynowym Pucharze Europy, a także mistrzostwach Australii. Sullivan nie ukrywa, że ważne dla niego były także turnieje w czeskiej Zlatej Prilby.
- Muszę czuć się spełniony, choć nie osiągnąłem wszystkiego, co chciałem. Patrząc wstecz i mając na uwadze brutalność tego sportu, to czuje błogosławieństwo, bo odniosłem sukces na wiele sposobów. Jestem dumny z tego, co osiągnąłem. Wspominam tylko pozytywne momenty - dodał w rozmowie z Kędzierskim.
Ryan Sullivan jest jednym z niewielu zawodników, którzy mogą pochwalić się statusem legendy w dwóch polskich ośrodkach. W jego przypadku mówimy o Częstochowie i Toruniu. - Naprawdę świetne uczucie. Bardzo miło mi tam wracać, bo moje życie wygląda teraz inaczej. Dla swoich synów jestem po prostu ojcem, ale to się zmienia, gdy przyjeżdżamy do Torunia. Tam znajduje się tablica pamiątkowa. Nie byłem jeszcze z rodziną w Częstochowie, ale bardzo chciałbym ich tam zabrać - wspominał Sullivan.
50-latek nie ukrywa, że żałuje faktu, że wznowił karierę, bo nie szło nic po jego myśli. Na treningach przegrywał z juniorami, a kiedy chciał zrobić serwis sprzętu, to toruński klub mu tego odmawiał. Pochwalił się również, że to on wykonał telefon do Jacka Gajewskiego z informacją, że w Australii jest taki chłopak jak Darcy Ward i trzeba go ściągnąć do polskiej ligi.
Ryan Sullivan ma trzech synów - jednego z poprzedniego związku i dwóch z małżeństwa z Polką - Pauliną. Na razie żaden z nich nie poszedł w ślady ojca - Kobe gra w piłkę nożną i do czarnego sportu go nie ciągnie. Liam z kolei jest pływakiem i ostatnio spróbował jazdy w lewo. Rodzice nie zamierzają go do niczego zmuszać, ale jeśli on sam zdecyduje, że chce iść w to na poważnie, to będą go wspierać.