WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Pożegnanie Lee Richardsona

7 czerwca odbyła się ceremonia pogrzebowa tragicznie zmarłego Lee Richardsona. Anglik zostanie pochowany w swoim rodzinnym Hastings. Śmierć "Rico" to wielka strata dla światowego żużla.
Łukasz Witczyk
Łukasz Witczyk

Kup bilet na wielki finał TAURON Speedway Euro Championship w Chorzowie! -->>
Rozpoczęcie pogrzebu 33-letniego Anglika zaplanowano na godzinę 13:30 czasu polskiego. Po zakończeniu ceremonii na stadionie Arlington Stadium w Eastbourne, który jest oddalony od Hastings około 20 mil, odbędzie się spotkanie najbliższych Lee Richardsona z kibicami, którzy wezmą udział w jego ostatniej drodze. Zgodnie z wolą rodziny ciało "Rico" zostało skremowane.
 
Takiego scenariusza nie przewidział nikt. Lubiany przez wszystkich, dżentelmen nie tylko na torze, ale również i poza nim odszedł z tego świata w wieku 33 lat w wyniku obrażeń, jakich doznał uderzając w bandę okalającą tor na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. Cały żużlowy świat pogrążył się w żałobie. W wielu polskich miastach odbyły się msze święte za duszę tragicznie zmarłego żużlowca. W Polsce była obecna żona, brat i matka Richardsona. Chcieli oni podziękować kibicom za wsparcie oraz za to, że kibicowali "Rico". Jedno z takich spotkań odbyło się w Częstochowie, gdzie przy specjalnej ścianie pamięci do dziś wisi zdjęcie byłego zawodnika miejscowego Włókniarza. Kibice zostawiali nie tylko znicze, ale również pamiątki związane z zawsze uśmiechniętym Lee Richardsonem.

Polscy kibice uczcili pamięć "Rico" między innymi podczas ligowej kolejki, która odbyła się 20 maja. Na wielu polskich stadionach można było zobaczyć specjalną oprawę poświęconą pamięci Richardsona. Kibice w całym kraju uczcili pamięć żużlowca minutą ciszy. Zresztą nie tylko kibice żużla zdecydowali się na taki, naturalny w tych okolicznościach, krok. Przed jednym z meczów Tauron Basket Ligi w Zgorzelcu publiczność zgromadzona na hali również zamilkła na minutę.

Nie brakowało wzruszających wspomnień dotyczących osoby Lee Richardsona. Wiele z nich ukazało się na naszych łamach. Wszyscy o tragicznie zmarłym żużlowcu mówili w samych superlatywach. Zawodnicy jego ostatniej polskiej drużyny, w barwach której oddał to co najcenniejsze, zwycięstwo nad Unibaksem Toruń zadedykowali właśnie jemu. W dobie dmuchanych band niewielu zdawało sobie sprawę z tego, jak bardzo niebezpiecznym sportem jest żużel. W tej sytuacji należy docenić każdego ze śmiałków, którzy decydują się na ściganie motocyklem bez hamulców. Każdy z nich w momencie może w wyniku nieszczęśliwego wypadku zakończyć swoje życie i pozostawić w żałobie nie tylko rodzinę, ale także całą żużlową społeczność.

Lee Richardson na świat przyszedł 25 kwietnia 1979 roku w angielskim Hastings. Jak sam przyznawał od dziecka chciał jeździć na żużlu. Żużlowcem był jego wujek, Steve Weatherley, dla którego przygoda z czarnym sportem nie zakończyła się najlepiej. Weatherley brał udział w wypadku z Vicem Hardingiem. Dla wujka "Rico" upadek ten zakończył się niestety sparaliżowaniem. Harding zmarł w wyniku obrażeń w szpitalu. Można więc powiedzieć, że "Rico" żużel miał we krwi.

"Rico" starty na żużlu rozpoczął już w 1995 roku. Jego pierwszym klubem było Reading Racers. Pierwsze sukcesy odnosił jako junior. W wieku 20 lat sięgnął po tytuł Indywidualnego Mistrza Świata Juniorów. Richardson w duńskim Vojens zdobył 13 punktów. Jest ostatnim Brytyjczykiem, który zdobył tytuł najlepszego juniora świata. Obecnie młodym Anglikom daleko do poziomu, jaki wtedy prezentował Richardson.

W tym samym roku zadebiutował w polskiej lidze. Pierwszym klubem reprezentowanym przez Anglika była Polonia Piła, w barwach której sięgnął po Drużynowe Mistrzostwo Polski. W roku 2000 "Rico" przeniósł się do klubu z Grudziądza. W barwach tej ekipy prezentował się zdecydowanie lepiej niż rok wcześniej i po raz pierwszy na polskich torach wykręcił średnią biegową powyżej dwóch punktów na bieg. Jego dobrą dyspozycję na torach I ligi dostrzegli włodarze drużyny z Zielonej Góry. Jednak w ekipie z południa województwa lubuskiego Anglik nie miał zbyt wielu okazji do startów. Następnie startował we Wrocławiu, a przed sezonem 2003 zdecydował się przenieść do Lublina.

To była jedna z najbardziej trafnych decyzji w karierze Richardsona. W Lublinie był bezapelacyjnym liderem drużyny. W tym samym roku Brytyjczyk zadebiutował w elitarnym cyklu Grand Prix jako jego stały uczestnik. W debiutanckim sezonie Anglik zajął 16. miejsce. Ówczesny regulamin w polskiej lidze zabraniał zawodnikom z cyklu Grand Prix startów w niższej lidze niż Ekstraliga. Richardson zmuszony był zmienić klub i przeniósł się do Zielonej Góry, którą reprezentował w latach 2004-2005. Nie spisywał się najgorzej, ale po dwóch latach spędzonych w tym mieście postanowił zmienić klub.

W 2006 roku Richardson zaczął startować w barwach Włókniarza Częstochowa, z którym podpisał pięcioletni kontrakt. Z roku na rok notował coraz lepsze rezultaty i był silnym punktem drużyny spod Jasnej Góry. Jego główną domeną była jazda parą. Na swoim koncie notował bardzo dużą ilość bonusów. Były prezes Lwów nazywał go nawet "mister bonus". Wielu kibiców do dziś pamięta heroiczną postawę Richardsona z 2008 roku, kiedy to wystąpił z nie do końca wyleczoną kontuzją w rewanżowym meczu o 3. miejsce z ekipą z Zielonej Góry. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bowiem żużlowcy często startują z niewyleczonymi kontuzjami. Włókniarz pierwszy mecz w Zielonej Górze przegrał 62:28 i nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo w dwumeczu. Richardson zdobył w tamtym meczu 11 punktów. Rok później, kiedy częstochowski klub przeżywał spore problemy finansowe Richardson jako pierwszy zgodził się na renegocjacje kontraktu, aby pomóc swojemu klubowi.

Ostatnim jego klubem w polskiej lidze była PGE Marma Rzeszów, w której zaczął startować w 2010 roku. To właśnie między innymi dzięki dobrej postawie Richardsona kibice Żurawi mogli się cieszyć z awansu do Ekstraligi. W zeszłym roku Anglik był solidnym jeźdźcem rzeszowskiego teamu. W tym sezonie Richardson spisywał się nieco słabiej niż zwykle. Jednak nie poddawał się i szukał najlepszych ustawień, aby zrehabilitować się za wcześniejsze występy. Taki właśnie był Richardson - ambitny, nigdy się nie poddawał.

W latach 2003 - 2006 "Rico" startował w elitarnym cyklu Grand Prix. Nie odnosił w nim wielkich sukcesów. Tylko dwukrotnie stał na podium tych zawodów. GP. W 2004 roku startując przed swoją publicznością na torze w Cardiff zajął trzecie miejsce, a w kolejnym sezonie na torze w Bydgoszczy sklasyfikowany został na drugiej pozycji i przegrał jedynie z idolem miejscowej publiczności - Tomaszem Gollobem.

13 maja 2012 roku nikt nie przypuszczał, że mecz pomiędzy Betard Spartą Wrocław i PGE Marmą Rzeszów zakończy się tak tragicznie. W tamtą niedzielę żużel pokazał swą najczarniejszą stronę. W trzeciej gonitwie Richardson zahaczył o koło Tomasza Jędrzejaka, następnie nie opanował motocykla i wpadł w bandę. Upadek jak wiele innych. Ten jednak nie zakończył się tylko na potłuczeniach. Pierwsze diagnozy nie zwiastowały nieszczęścia. Anglik w szpitalu nie mógł złapać oddechu i dopiero tam zdiagnozowano obrażenia wewnętrzne, które były przyczyną tragicznej śmierci Richardsona. - Z informacji, którą przekazał lekarz medycyny sądowej wynika, że bezpośrednią przyczyną śmierci sportowca były wielonarządowe obrażenia klatki piersiowej, pęknięte płuco oraz wykrwawienie - powiedziała prokurator   Justyna Dubieńska z Prokuratury Rejonowej dla Wrocławia Śródmieście, która prowadzi śledztwo w sprawie śmierci sportowca.

Ostatni bieg Lee Richardsona:

Anglik błyskawicznie został przewieziony na blok operacyjny, ale lekarzom nie udało się uratować jego życia. Richardson zmarł na stole operacyjnym. To była najtragiczniejsza informacja ostatnich lat w środowisku żużlowym. Ciężko było przyjąć do informacji tą wiadomość. Wielu kibiców nie mogło uwierzyć w tą informację. Niestety, ale to była prawda. Taki właśnie jest żużel: bardzo widowiskowy, ale również bardzo niebezpieczny. Lee Richardson zmarł około godziny 21:00 w niedzielę 13 maja w szpitalu we Wrocławiu. Cześć jego pamięci!

Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (69):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • Gdańsk 1
    Każdy wypadek czy upadek zawodnika powinien być analizowany pod względem uniknięcia podobnych upadków na przyszłość. Oczywiście nigdy nie da się uniknąć takich sytuacji, ale można je zminimalizować. A najgorsze jest to, że lekarze obsługujący zawody żużlowe nieraz nie mają zielonego pojęcia o urazach i możliwych kontuzjach po upadku żużlowca. Mało razy widzi się jak lekaż próbuje na siłę ściągnąć kask zawodnikowi zaraz po upadku. Albo jak służby medyczne na siłę próbują ściągnąć zawodnika z toru po upadku, nie próbowali go podnieść tylko chcieli go ściągnąć jak worek z toru. Kiedyś widziałem taką sytuację w Grudziądzu jak zawodnik z Gdańska zaliczył upadek na wyjściu z drugiego łuku.
    Kiedyś „Mama” (tak mówili zawodnicy z Gdańska na panią dok. Polak) każdemu zawodnikowi tłumaczyła jak ma się zachowywać po każdym upadku. Czyli, nigdy nie podnoś się natychmiast po upadku. Sprawdź czy możesz poruszać nogami, rękami, głową i dopiero możesz powoli wstawać. Jak zauważyła, że jakiś zawodnik nie zastosował się po upadku do jej wskazówek dostawał porządną reprymendę. A z tego, co słyszałem, nie było odważnego, aby dyskutować z „Mamą” na tematy bezpieczeństwa zawodników.
    Teraz liczy się tylko kasa. Jak najmniej zainwestować jak najwięcej zarobić.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Staloviak 0
    Nie ma co rozważać czy można by zrobić tak czy inaczej! Czasu nikt nie wróci! Może Lee dopadł fatum rzeszowskiego żużla, a Jerzego również fatum naszego przeklętego toru. W Rzeszowie "na torze" zginęło najwięcej zawodników na świecie. A jeśli chodzi o drużynę to również z naszego zespołu i z Torunia zginęło najwięcej żużlowców w Polsce! Ponura statystyka i jakieś fatum ciąży na nas od lat 50'tych. Miejmy nadzieję że świat żużlowy wyciągnie konsekwencje i 43 ofiary już nigdy nie będzie.
    Władze żużlowe a może pani Półtorak powinna wyjść z inicjatywą i zlecić opracowanie nowych systemowych bardziej rozbudowanych band. Mam na myśli bandę okalającą cały tor, ale taką żeby na zewnątrz była jakaś cienka "dykta" a za nią dmuchana. Podczas upadku dykta by łatwo pękała, a w przypadku kontaktu jeździec prześlizgiwał by się po tej bandzie bez konsekwencji "wciągnięcia". Myślę że takie zmiany powinny być nieuniknione i we współczesnym świecie, technologii śmierć na torze powinna być przeżytkiem.
    Gdańsk Niestety, ale ja muszę się zgodzić z Robo RZ. Kiedyś (1974r.) bardzo młody zawodnik z Gdańska, Białek Jerzy miał poważny upadek podczas meczu w Rzeszowie i wylądował w szpitalu. Jak pozostali zawodnicy wrócili do Gdańska, opowiedzieli lekażowi Gdańskiego zespołu (dok. Polak) w jaki sposób upadł Białek, to pani doktor zadzwoniła do lekarzy opiekującymi się Białkiem i powiedziała swoje sugestie odnośnie urazów zawodnika, oczywiście zignorowano sugestie dok. Polak i leczono zawodnika po swojemu nie znając specyfiki urazów w sporcie żużlowym. Bardzo młody chłopak zmarł. Jak się później okazało sugestie dok. Polak były całkowicie trafne i jakby lekarze od razu sprawdzili sugestie dok. Polak, chłopak mógłby żyć. Sprawę zatuszowano. Ten przebieg wydarzeń znam z relacji byłego zawodnika Gdańskiego klubu. Ja sam mógłbym napisać książkę na temat traktowania i podejścia Polskich lekarzy do pacjenta na podstawie własnych doświadczeń.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • CINO 0
    Kiedyś po nie udanych zawodach dla Lee mój św. pamięci tato, który był jego wielkim fanem powiedział. Wygrać, przegrać może każdy ale tylko Lee kiedy przegrywa to i tak jest zwycięzca.Teraz znowu wielki LEE jeździ dla mojego taty.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (66)
Pokaż więcej komentarzy (69)
Pokaż więcej komentarzy (69)
Pokaż więcej komentarzy (69)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×