Kokpit Kibice

Tomasz Dryła. Tylko Motor: Czego my chcemy? Robić innym dobrze, czy mieć fajne wyścigi w lidze (felieton)

Bo o co nam chodzi? O próbę robienia dobrze wszystkim wokół i usilne starania przepoczwarzenia żużla w globalny sport na poziomie F1, czy o fajne wyścigi w naszym kraju - pyta Tomasz Dryła.
Tomasz Dryła
Tomasz Dryła
Mecze Stali ze Spartą były hitem tegorocznych półfinałów WP SportoweFakty / Wojciech Tarchalski / Mecze Stali ze Spartą były hitem tegorocznych półfinałów

Tylko Motor, to cykl felietonów Tomasza Dryły, charyzmatycznego komentatora nSport+.

***

Cały czas czytam artykuły i komentarze o upadku żużla, o problemach organizacyjnych i spadku prestiżu. Że za chwilę go nie będzie, bo zostanie tylko Polska itd. I tunerzy - który najlepszy, na kogo postawi Patryk Dudek, a na kogo Bartosz Zmarzlik. Który w tym roku "trafi" … .

Moim skromnym zdaniem należałoby zadać inne, zdecydowanie szersze pytanie i mam wrażenie, że jego tropem można dotrzeć do kolejnych problemów dyscypliny i zacząć dyskusję o podstawach jej kłopotów - spadku popularności, zwężającej się geografii speedway’a i kłopotach z jego zaszczepianiem na prężnych motoryzacyjnych rynkach. I może przy okazji mimowolnie odpowiedzieć sobie na kilka z tych pytań.

Zastanawiając się nad tym, który z tunerów jest najlepszy - Peter Johns, Flemming Graversen, Ryszard Kowalski czy Jan Andersson - zapytajmy, dlaczego cała dyscyplina zależy w ogóle od ośmiu ludzi, którzy zmonopolizowali przygotowywanie silników żużlowych? I czy to jest naturalne zjawisko? Generalnie nie, ale nie jest też tak, że żużel jest całkowitym wyjątkiem.

Podobną sytuację mamy od kilku lat w rallycrossie. W tej niezwykle widowiskowej konkurencji samochodowej od kilku lat obserwujemy podobne zjawisko: kilka firm przygotowujących auta dla topowych zawodników zawładnęło rynkiem – w efekcie koszty udziału w mistrzowskich cyklach w ciągu ostatnich lat wzrosły wielokrotnie, o kilkaset procent! I trzeba płacić! Taki jest świat. A raczej rynek.

To, że w żużlu grono fachowców przygotowujących silniki jest tak wąskie, na pewno ogranicza rozwój dyscypliny poprzez utrzymywanie stosunkowo wysokich kosztów wejścia. Więcej - gdyby to wąskie grono solidarnie podniosło ceny swych usług o 50% - i tak wszyscy zawodnicy byliby zmuszeni te pieniądze znaleźć - u sponsorów, w klubach - te także u swoich sponsorów, dalej - kibiców itd.

To patologia. Ale patologia zupełnie naturalna i zrozumiała. Dlatego, że żadnej poważnej firmie nie opłaca się inwestowanie w silniki żużlowe. Koszty projektu, zbudowania i testów modeli prototypowych, konstrukcja maszyn i taśm montażowych z perspektywy największych graczy są kompletnie nieopłacalne. Yamaha, KTM, Honda, Kawasaki, BMW czy Ducati nie mają żadnego ekonomicznego interesu w inwestowaniu w żużel. Z prostego powodu - absurdalnie wąskiego rynku zbytu.

Speedway to nie szalenie popularne motocross, enduro, czy rajdy. Klientami w żużlu są … tylko żużlowcy, a więc cała podaż zamyka się w kilkuset odbiorcach na świecie. Zakładając, że każdy z nich kupi nawet dziesięć silników - firma je produkująca, w hurraoptymistycznych prognozach może zakładać sprzedaż tysiąca sztuk (Honda produkuje rocznie blisko 30 milionów jednostek napędowych). Zysk nie pokryłby nawet wstępnej fazy projektowania. A nie mam wątpliwości, że w kilka lat Japończycy zbudowaliby silnik o wiele lepszy niż Giuseppe Marzotto. Tylko po co?

To proste i oczywiste, jak bajka dla dzieci. Chociaż nie do końca, bo dla japońskich producentów tytuł mistrza świata znaczy naprawdę wiele i przy mądrym podejściu może udałoby się kogoś przekonać do inwestycji, oczywiście w stosunkowo niewielkiej skali. Na początku dekady Honda miała fatalny sezon - jej zawodnicy nie wygrali MotoGP, MŚ Superbike, wyścigowych MŚ Supersport, MŚ w Motocrossie, ani tytułu w MŚ Enduro.

Na coroczne podsumowanie osiągnięć w Tokio menedżerowie od sportu jechali, jak na ścięcie. I co się stało? Przedstawiciel zupełnie niszowego trialu, który był przerażony wizją obcięcia wszelkich dotacji w tak niepopularnej dyscyplinie, zaczął od tego, że Tony Bou wywalczył mistrzostwo świata na nowym, czterosuwowym silniku hondy.

Japońscy bossowie zgotowali mu owację na stojąco, czyniąc głównym bohaterem spotkania i wzorem do naśladowania. Projekt udoskonalenia silnika dostał dodatkowe wsparcie i Honda nie oddała tytułu do dzisiaj! Dla Japończyków bycie mistrzem świata choćby w obieraniu ogórków ma kolosalne znaczenie. Tylko który mag marketingu byłby w stanie przekonać ich do speedway’a?

Motocykle KTM wygrywają Dakar nieprzerwanie od 2001 roku. Kiedy Honda i Yamaha zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do "mechanicznych pomarańczy" Austriacy zrobili wszystko, by nie stracić palmy pierwszeństwa. Wywieźli część centrum technologicznego na Mount Blanc, żeby w warunkach wysokogórskich testować sprzęt i podzespoły. I wygrywają dalej, odskakując konkurencji na etapach boliwijskich, gdzie oesy prowadzone są na wysokości ok. 4000 m n. p. m.

Żeby było jasne - KTM nie doskonali swoich motocykli, żeby wygrywać Dakar. KTM wygrywa Dakar, żeby sprzedawać motocykle. Chodzi o to, żeby każdy dziany biznesmen, entuzjasta, czy niemiecki emeryt z brzuchem wielkości pralki automatycznej, jeśli wymyśli sobie daleką podróż na motorze, był przekonany, że uda mu się tylko na KTM. KTM-y nie są akurat najlepszymi do tego motocyklami, ale ważne, żeby ludzie myśleli, że tak jest. Skoro wygrały siedemnaście ostatnich Dakarów, to na alpejskich asfaltach poradzą sobie najlepiej, prawda?

W normalnym świecie cała sprzedaż "cywilna" oparta jest na promocji i istnieje dzięki departamentowi sportowemu. A w żużlu mówimy - na Boga! - o departamencie sportowym, który nie ma żadnego targetu "cywilnego"! Pomieszanie pojęć i idei.

Takie spojrzenie wyjaśnia wiele innych zagadnień. Często słyszę, że speedway to dyscyplina wręcz stworzona dla Amerykanów. Show, emocje, mała arena rozgrywania zawodów dająca wszystkim możliwość obserwowania całości rywalizacji i dużo przerw, które można wykorzystać na reklamy. Bzdura. Na reklamy czego? Hamulców, skrzyń biegów, zawieszenia, wreszcie - całych motocykli? Obudźmy się. Nikt w Stanach nie zainwestuje w rozwój speedway’a, bo wie doskonale, że zysk może czerpać tylko z biletów.

Żużel jest skrajnie elitarną dyscypliną, którą… można tylko oglądać. Nikt po zawodach nie zastanowi się nad kupnem motocykla i pojeżdżeniem sobie na żużlu. Wyobraźmy sobie zawody w endurocrossie, czy supercrossie, czyli halowych odmianach najbardziej popularnych dyscyplin. Tak jak w żużlu: mamy emocjonujące wyścigi, wszystko dzieje się na oczach kibiców. Ale dochodzi kluczowy aspekt - sprzedaż. A to nakręca całą spiralę nowych potencjalnych zysków.

Fani, którzy w znakomitej większości sami amatorsko, albo półzawodowo jeżdżą sobie po krzakach, po imprezie chcą mieć taki sam motor, jak Tadek Błażusiak, chcą mieć zawieszenie Davida Knighta, sprzęgło Cody’ego Webba, kierownicę Ryana Villopoto, buty Kena Roczena, kask Jamesa Stewarta itd. Dzieciaki błagają ojców o sprzęt, jaki mają ich idole, chcą mieć w swoim motocyklu podzespoły, na jakich jeżdżą mistrzowie. I mogą to mieć! Żużel w tym kontekście jest marketingową czarną dziurą. Nawet paliwa nie da się zareklamować! Dla rynku motocyklowego to całkowicie niepodatny grunt.

W motocrossie czy enduro zawodnicy fabryczni wciąż pracują nad kolejnymi modelami motocykli. Firmy nieustannie głowią się nad rozwojem sprzętu, każdy rok przynosi udoskonalenia. Sport pobudza prywatny sektor, czyli sferę, dzięki której rynek w ogóle istnieje. Rozwój motocykli, które każdy może sobie kupić na własny użytek, jest zdumiewający.

Maszyn sprzed dekady nie sposób porównać ze sprzętami, które dziś są w obiegu i z których korzysta cały świat. Żużel stoi w miejscu, a budowa motocykla i jego zaawansowanie technologiczne wywołują tylko uśmiech politowania wśród inżynierów i mechaników innych dyscyplin. Inna sprawa - czy żużlowcy sami wiedzieliby, czego potrzebują i co zmienić?

Wiem, że w ostatnich latach kilku zawodników usłyszało pytania od potężnych firm (nie producentów motocykli czy silników, ale sponsorów dysponujących gigantycznym budżetem i możliwościami technicznymi) o to, jak można pomóc? Jakiego wsparcia oczekiwaliby, jakie badania i testy można zorganizować, żeby poprawić osiągi jednostek napędowych w ramach restrykcji regulaminowych? Nie potrafili odpowiedzieć.

"Żużel jest specyficzny, wszystko robią tunerzy, oni się znają itd., u nas tak to działa". Więc wszystko zostaje u tunerów, a ci od dekad czarują swoich klientów krzywkami, sprężynami i innymi pierdołami. I albo jedzie, albo nie jedzie. Wszystko. Taki układ bije w samych zawodników, ale nie w Grega Hancocka, Taia Woffindena czy Chrisa Holdera, którzy mają zawsze dostęp do najwyższej jakości sprzętu.

Pomyślcie o mniej utytułowanych żużlowcach, którzy w niższych ligach też przecież korzystają z usług tych samych tunerów. Wiadomo, że są kolejki, priorytety i gradacja zawodników. W warsztacie tunera są oni podzieleni na tych, którzy są jego wizytówką i zawsze dostaną najlepszą furę, na tych, którzy otrzymają solidny silnik i na króliki doświadczalne, których setki okrążeń w 2. lidze są poligonem i nieograniczonym polem do wypróbowywania swoich pomysłów. Tak działają tunerzy. To bezlitosne.

Słyszę też często sakramentalny argument, że "dzisiaj młodzież nie garnie się do sportu", więc ciężko walczyć o rozwój speedway’a. I tak, i nie. Co nam przyjdzie ze wspominania, że 40 lat temu na nabór do szkółki przychodziło stu chłopaków, a dzisiaj trzeba namawiać i szukać choćby trzech chętnych. No, to trzeba szukać! Zdać sobie sprawę, że świat się zmienił, pojawiło się mnóstwo dostępnych rozrywek i sport przestał być jedyną formą zorganizowania sobie wolnego czasu.

Mimo wszystko to gadanie o braku zainteresowania traktuję jako wygodną, sztandarową wymówkę działaczy, którzy powinni dbać o przyszłość dyscypliny. Bo przewrotnie powiem, że do motorsportu dzieciaki garną się, jak nigdy! Proszę wybrać się kiedyś na strefowe mistrzostwa w motocrossie, albo… do lasu, gdzie młodzież katuje motocykle enduro czy quady. Oni są chętni, tylko trzeba im coś ciekawego zaproponować.

A motocross jest tu niezłym przykładem, bo jeszcze kilkanaście lat temu ta dyscyplina była w naprawdę opłakanym stanie - skandaliczna frekwencja, słaby i niebezpieczny sprzęt itd. Dzisiejsze sukcesy nie wzięły się znikąd. Potrzeba było kilku zdecydowanych działań, zaangażowanych osób i trochę funduszy (nieporównywalnie mniejszych niż w żużlu). Zaczęły się szkolenia, zgrupowania, nagrody i młodzi rosną.

Z totalnego niebytu zaraz możemy mieć kilku chłopców w czołówce europejskiej, a za kilka lat może w mistrzostwach świata. To napędza pozostałych, którzy widzą, że postawienie na sport może się opłacać. A taki chłopak czy dziewczyna (a jeszcze bardziej - rodzice) doskonale wiedzą, że wejście na poziom mistrza Polski nie daje właściwie nic - nie ma transmisji, nie ma ekspozycji co tydzień w zawodach ligowych, nie ma uroczystych gal z pompą itd. To co jest? Może jest jednak ta chęć?

Żużel ciężkie zajęcie. W jakiej sytuacji jest rodzic posyłający dziecko na żużel? Musi poświęcić sporo pieniędzy, czasu i tak naprawdę ustawić życie rodziny pod speedway, ciągłe wyjazdy i inwestycje. Syn zaniedba szkołę i będzie kilka razy w tygodniu cholernie ryzykował. Prędzej czy później coś złamie - może nadgarstek, może nogę, a może kręgosłup. To nie jest radosna wizja. Jeśli będzie miał talent, chęć do pracy i środki - może dużo zyskać. Naprawdę dużo. Ale będzie narażony na poważne kontuzje do ostatniego wyścigu w swojej karierze. To może faktycznie lepiej, żeby kopał piłkę, albo nawet niech już gra na tej konsoli? Będzie spokój przynajmniej…

Wszechobecne ryzyko, elitaryzm, ultra wąska specjalizacja i tradycjonalizm sprawiają, że speedway zawsze w jakimś stopniu będzie niszowy. I nie upierajmy się, żeby był inny. Wybrana, charakterna grupa ludzi będzie go uprawiać i tyle. Nie będzie bezpieczny, wesoły i głupkowaty. To gra zarezerwowana dla nielicznych. I w tym jego magnetyzm! Ale nie oddawajmy się wiecznie polskiemu narzekaniu i nie naprawiajmy całego świata, bo gdzie, jak gdzie, ale akurat w Polsce mamy najlepsze warunki do stworzenia środowiska, dzięki któremu ta dyscyplina ma szanse przetrwać.

A czy mamy troszczyć się o jego rozwój a Anglii, Szwecji czy Danii? Nie sądzę. Może faktycznie jest to na tyle zwariowane zajęcie, że w tak łatwych i wygodnych czasach, w których otoczenie proponuje milion bezpiecznych rozrywek, do uprawiania żużla nadają się tylko Polacy, Rosjanie i szaleni Australijczycy? Przyszłością jest "cyrk objazdowy"? Objazdowy prawdopodobnie tak, ale nie cyrk.

Podziwiam to, co robi Janusz Kołodziej. To, w jaki sposób prowadzi swoich wychowanków i jak kompleksowo o nich dba. Motocykle, ochraniacze, kevlary i fantastycznie prowadzone treningi to jedno. Z drugiej strony są spotkania, wspólne spędzanie czasu, wpajanie właściwego trybu życia i lekcje angielskiego, czyli troska, na bardzo wczesnym, kluczowym etapie, o wszechstronny rozwój. Dbałość o to, by młody zawodnik profesjonalnie i wszechstronnie przygotowywał się do wielkiego sportu.

Część z tych małolatów będzie żużlowcami, części może zostanie tylko (aż!) angielski, a część może będzie miała po prostu fajne dzieciństwo. To bardzo dużo. I z perspektywy rodzica taki model wydaje mi się najlepszy. Inne przykłady, choć chyba nie tak doskonałe, to Wawrów czy szkółka Unii Leszno. Tak trzymać! A nie mazgaje, płacz i ból świata. Wszystko można osiągnąć, mając świadomość celów i ograniczeń.

Ostatnio okazuje się, że niedawni zawodnicy świetnie sobie radzą w pracy z dziećmi. Trzeba ich w tym wspierać, ile wlezie, organizować konferencje, szkolenia, wymieniać doświadczenia, finansować. Sukcesy biorą się z pracy pasjonatów. Oni wykształcą nowych, znakomitych krajowych zawodników w dyscyplinie, w której jesteśmy rozkochani na zabój. Młodym Polakom to wystarczy i ci, którzy będą najlepsi, świetnie sobie w Polsce poradzą - sportowo, finansowo, życiowo. Jeszcze przez długie lata.

Może wtedy przyjdzie czas na zakazy ligowe, sloty i troskę o dobro speedway’a na świecie. A może już nie będzie trzeba się o to troszczyć? Może będziemy mieli co tydzień genialne mecze z udziałem chłopaków związanych ze swoimi macierzystymi klubami? Bo o co nam chodzi? O próbę robienia dobrze wszystkim wokół i usilne starania przepoczwarzenia żużla w globalny sport na poziomie F1, czy o fajne wyścigi w naszym kraju?

ZOBACZ WIDEO Finał PGE Ekstraligi to był majstersztyk w wykonaniu Fogo Unii!



POLECAMY: Kup bilet na finał TAURON Speedway Euro Championship w Chorzowie

Czy zgadzasz się z opinią Tomasza Dryły, że polscy działacze próbują innym robić dobrze, zamiast zająć się wyłącznie naszym podwórkiem?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (14):

  • TurboAlex Zgłoś komentarz
    Panie Tomku, zapraszamy tu częściej :) Na zmianę z Panem Drozdem.
    • mafRK Zgłoś komentarz
      Panie Tomku świetne felietony o sytuacji w żużlu. Jedno jeszcze pragnę dodać, to tak w kierunku Pana Ostafińskiego i jemu podobnych lamentujących nad naszą przewagą i jak to "Polska
      Czytaj całość
      wygra, żuzel przegra". W zasadzie nic nie będę pisał, proszę zerknąć nawet do wikipedii - wpisać tam dwie frazy "Indywidualne mistrzostwa świata na żużlu" i "Drużynowy Puchar Świata na żużlu". Są tam piękne tabelki z informacjami o zwycięzcach na przestrzeni lat. I tutaj stawiam pytanie, czy np. w latach 80' w Danii płodzono takie artykuły jak Pan Ostafiński o tym jak to źle wygrywać i jak trzeba pomagać biednym Polakom? Nie sądze. Cieszono się z wygranych. Wręcz utrudniano dostęp do technologii!!!!! Także teraz Polska i tak sponsoruje 90% światowego żużla, więc nie sądzę abyśmy niańczyć wszystkich jeszcze bardziej. Co więcej, zgadzam się z Panem Tomaszem Dryłą o konieczności zrewidowania naszego stosunku co do BSI i całego światowego żużla. My dajemy pieniądze, my decydujemy lub co najmniej współdecydujemy. Koniec.
      • zibix Zgłoś komentarz
        Ja też się nie zgodzę, gdyż twierdzę że najatrakcyjniejszą formą rywalizacji w każdej dyscyplinie, jest rywalizacja międzynarodowa. Porównywalne poniżej skoki narciarskie, jak się
        Czytaj całość
        ma Puchar Świata do Mistrzostw Polski, jak ma się Liga Mistrzów w piłce nożnej do ligi krajowej itd, itp. Jazda tylko na własnym podwórku pozbawia nas kibiców tego dreszczyku, że jesteśmy lepsi od potęgi Austrii w skokach, czy możliwości wywalczenia złota w najbliższych Mistrzostwach Świata w piłce nożnej.
        • k73 Zgłoś komentarz
          A ja się z Panem nie zgadzam. Patrzy pan bardzo blisko przed siebie, no i nie porusza pan jednej podstawowej: gdyby speedway stał się dyscypliną olimpijską wówczas zmieniłoby się
          Czytaj całość
          wszystko: poszłaby centralna kasa na szkolenie młodzieży, reprezentantów, narodowy ośrodek szkolenia, itd. Nagle pojawiłyby się też inne kraje chcące wystawiać swoich reprezentantów na olimpiadzie (pamięta pan bottle is the z Jamajki?) Można? Można. I wtedy taka Honda nie miałaby żadnego problemu z wejściem w speedway. Mistrz olimpijski, mistrz świata - na motorze Hondy. Mało? Poza tym prezentuje pan myślenie zaściankowe: po co nam reszta świata, skoro jesteśmy najlepsi? A już tych bzdur o tym, co niby reklamować na meczu żużlowym - tego się już nie dało czytać. Czy miliony oglądających F1 live i przed tv ma szansę jeździć takim bolidem??? Albo czy ktoś skoczy ze skoczni jak Stoch ??? Bo to proszę pana jest kwestia dotarcia ze speedwayem do nowych rynków, do nowych firm (właśnie spoza polskiego zaścianka) oraz do atrakcyjnego pokazywania speedwaya w tv. Wyścig plus gadające głowy - tak można było to pokazywać 20 lat temu. Teraz liczy się dynamika i atrakcyjność przekazu plus duża liczba danych porównawczych. Ujęcia z motoru, z kasku kierowcy, analizy live na bieżąco - startu, toru jazdy, wyprzedzania, uzyskiwanych prędkości, czasów okrążeń. Może jakieś zmiany w punktowaniu, może premiowanie za najszybszy start, najszybsze dojechali do pierwszego łuku, najszybsze okrążenie? My lubimy porównywać speedway do skoków narciarskich - to wielki błąd: 1. skoki to sport olimpijski. 2. Skoki są zdane na puchar świata, bo nie ma rozgrywek ligowych. A i tak ten sport grzęźnie w sprawach regulaminowych i jest bardzo uzależniony od pogody i od sędziów - tak jak żużel. I tak jak żużel skoki są nadal pokazywane dość mało atrakcyjnie: statyczne kamery plus obowiązkowe gadające głowy, to jednak nawet tam jest juź masa danych na ekranie dla widza: długość skoku potrzebna do prowadzenia, kierunek i siła wiartu na całym zeskoku, prędkość najazdu, odbicie, linia wirtualna, itd. Starają się. A w żużlu??Pańskie zaściankowe myślenie i wnioski na pewno temu sportowi nie pomogą. Nie takie dyscypliny stawały się popularne, w naszych czasach to tylko kwestia marketingu, właściwej oprawy mmeczów, rozgrywania zawodów w atrakcyjnych miejscach, dotarcia do targetu, transmisji live na yt, internet, kreowanie zawodników na celebrytów (ale zaangażowanych społecznie). Wtedy znajdą się firmy, będzie kasa, będzie zasięg.
          • Tylko Apator_79 Zgłoś komentarz
            No i to jest właśnie ..felieton..na poziomie...
            • Voítek Visniewski Zgłoś komentarz
              Gratuluje swietnych i blyskotliwych refleksji. Milo sie czytalo. Lektura obowiazkowa dla dzialaczy.
              • SPEED-FAN Zgłoś komentarz
                A1!
                • Cysio Zgłoś komentarz
                  Jeśli żużel przetrwa tylko w Polsce, to jedynym tunerem będzie Rysiu Kowalski spod Torunia, więc go zmonopolizujemy i Toruń będzie zdobywał seryjnie DMP ;D
                  • kieras Zgłoś komentarz
                    OK, Panie Tomku. Czyli co? żużel w Polsce jest wg Pana hermetycznie zamkniętym środowiskiem do którego nie przeniknie nic z zewnątrz? Mam tu na myśli niepowodzenia z innych krajów.
                    Czytaj całość
                    Przecież taki inteligentny człowiek, za jakiego Pan uchodzi, wie że wmyśl zasad fizycznych są związki przyczynowo skutkowe. Nie będzie fajnego ścigania, jeżeli przestanie się nam to opłacać. Jeżeli kryzys dotknie żużel na świecie to nie ma bata. Do Polski też trafi. Są części, podzespoły, tunerzy i cała masa innych półproduktów które będą drożały gdy będzie coraz mniej odbiorców. A co za tym idzie? Albo kogoś będzie stać i kupi, albo ( co bardziej prawdopodobne) przestaną produkować bo sprzedaż nie będzie pokrywała kosztów produkcji. Tyle w temacie z mojej strony.
                    • Gekon Zgłoś komentarz
                      A kiedy żużel był sportem o zasięgu światowym? To nie piłka nożna, koszykówka czy nawet siatkówka. To niszowa dyscyplina głównie uprawiana w Europie. To jak skoki narciarskie. Dla
                      Czytaj całość
                      mieszkańców Afryki, Ameryki czy nawet dużej części Azji sportowy folklor. Po co na siłę rozszerzać żużel? Nagle Japończycy będą inwestować w silniki bo będą mieli MŚ w tej dyscyplinie? Gdyby tak było to już dawno by hajs wyłożyli bo technologia wyprzedzają nas o dziesiątki lat i na motoryzacji się znają. Zresztą aż tak daleko szukać nie trzeba. Dlaczego w Niemczech czy we Włoszech nie produkują silników do motorów żużlowych? Bo to żaden biznes dla nich. Bawmy się na swoim podwórku i bądźmy w tym najlepsi. Amerykanie na piłkę nożną mówią soccer i z tym zyja gdzie reszta świata zna to jako futball. Mistrzowie NBA czy innych zawodowych lig są World's Champion bo uważają (i mają raczej) że mają najlepsze ligi na świecie. My mamy najlepsza a mamy tylko mistrza Polski na żużlu. Zacznijmy najpierw wynosić żużel na szczyt na lokalnym podwórku a później biadolenie przesuńmy na inne tematy.
                      • sympatyk żu-żla Zgłoś komentarz
                        P .Tomaszu ma pan w tym temacie nie co słuszności.
                        • sinalco78 Zgłoś komentarz
                          W podsumowaniu: "Może będziemy mieli co tydzień genialne mecze z udziałem chłopaków związanych ze swoimi macierzystymi klubami? Bo o co nam chodzi? O próbę robienia dobrze wszystkim
                          Czytaj całość
                          wokół i usilne starania przepoczwarzenia żużla w globalny sport na poziomie F1, czy o fajne wyścigi w naszym kraju?"ma pan dużo racji. Od dawna sport żużlowy to niebagatelne pieniądze. Do "szkółek" nie przychodzą chłopacy ze wsi, którzy jeździli na MZ-tach, ETZ-tach, czy innych Jawach i nie dostają w klubie motocykla, na którym mogą rywalizować z najlepszymi(choćby na naszym podwórku) jak to bywało kiedyś. Teraz żużlowcem może co najwyżej zostać chłopak, którego sponsorują rodzice, a nie zawsze jest to talent. Problem tunerów nie zostanie nigdy rozwiązany, bo żaden z nich- zgodnie z ekonomicznym punktem widzenia- nie będzie altruistą. Zbyt wąskie grono ludzi zajmuje się silnikami żużlowymi, i to jest niezaprzeczalny fakt. Żużel na świecie, to żużel w Polsce. W końcu odnosimy sukcesy jak Duńczycy w latach 80-tych i paradoksalnie "kończymy" dyscyplinę w innych krajach. Może rzeczywiście postawić na powrót do przeszłości i fascynować się chłopakami ze swojego miasta, niż nabijać kasę BSI, które wymagało przepychu na polskich stadionach, a we własnym ogródku lokowało kibiców na jakiś nasypach, zawodnikom kazało jeździć na sztucznych nawierzchniach, robiło show na obiektach typowo piłkarskich, albo- jak od paru lat jest to w zwyczaju-wysyłało całą czołówkę na bezsensowne (i marginalne chyba) zawody w Australii. Szanujmy się i wreszcie postawmy swoje warunki, a tunerzy, menagerowie i wyciskiwacze pieniędzy też w końcu zmiękną. "Nic o nas bez nas" i chyba czas się do tego przyzwyczaić, jakkolwiek by to szowinistycznie nie zabrzmiało. Lubię GP, lubię DPŚ, ale- jeśli ten sport ma przetrwać- osobiście mogę chodzić nawet pierwszą ligę i występy amatorów.
                          • Blaszka Torun Zgłoś komentarz
                            Felieton Tomka jak zawsze na bardzo duzym poziomie! Tym razem daje duzo do myslenia... brakuje mi w nim tylko odpowiedzi. Odpowiedzi co z tym fantem zrobic i jak z tego wyjsc. Mam swoje
                            Czytaj całość
                            przemyslenia, lecz... co ja kibic moge? :):)
                            Zobacz więcej komentarzy (1)
                            Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
                            ×
                            Sport na ×