Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Stefan Smołka: Powroty do przeszłości: polski żużel pół wieku temu - 1967. ROW szósty raz z rzędu (felieton)

Stefan Smołka
Stefan Smołka

Indywidualnie w wymiarze światowym to mógł być rok Wyglendy, mógł to też być rok Woryny, który w przekroju sezonu szedł z Wyglendą "łeb w łeb". Dwaj rybniczanie byli wtedy na czele polskich żużlowców, co potwierdziła zresztą sporządzona już po latach w "TŻ" tzw. Dwudziestka Sezonu, gdzie obaj reprezentanci ROW znaleźli się na dwóch czołowych lokatach. W cyklu turniejów Złotego Kasku najlepszy był w końcu Woryna przed swoim dawnym sąsiadem z rybnickiego Zamysłowa, Henrykiem Gluecklichem i drugim krajanem z Paruszowca, Wyglendą właśnie. Ale dodać się godzi, że z powodu kontuzji Wyglenda nie we wszystkich turniejach brał udział. Indywidualnym mistrzem Polski na torze w Rybniku nie został żaden z wymienionej trójki faworytów, lecz Zygmunt Pytko (Pytka - z oryginalnej metryki) z tarnowskiej Unii.

To była bomba na rybnickim stadionie. Jej detonatorem był oczywiście lider Unii Tarnów, jeżdżący znakomicie Pytko (choć w bezpośrednim pojedynku przegrał z Woryną), ale także Zygfryd Friedek. Opolanin niesamowitą szarżą tuż przed metą XVI wyścigu pozbawił Worynę tytułu mistrza Polski, sam zaś wywalczył dla siebie brąz. Pytko do młodzieniaszków już nie należał, ale był w świetnej formie, miał czwartą średnią w ekstraklasie, wygrał półfinał IMP w Rzeszowie (drugi w Gorzowie wygrał Gluecklich), dobrze wypadał w kadrze narodowej. Niemniej o zwycięstwie tarnowskiej Jaskółki w jaskini lwa (ławicy rekinów?) nikt, nie wyłączając jego samego, przed finałem poważnie nie myślał. O niesprawiedliwości nie może być mowy, słuszniej tu mówić o całym uroku sportu i o tej szczególnej magii jednodniowych finałów, pamiętanych przez dziesięciolecia.

Nie było jeszcze pół wieku temu rozgrywek indywidualnych juniorów, jak Brązowy Kask, czy też drużynowych mistrzostw młodzieżowych, za to już drugi rok funkcjonował młodzieżowy Srebrny Kask (wtedy dla "młodzieży" w wieku do 25 lat), a jednocześnie wprowadzono Młodzieżowe Indywidualne Mistrzostwa Polski, z dokładnie takim samym limitem wieku 25 lat. W Srebrnym Kasku triumfował Edward Jancarz przed dwoma żużlowcami drugiej ligi, Fiedkiem z Opola i Bogdanem Szulukiem z Torunia. Skład czołówki pierwszego w historii finału MIMP zaskakiwał o tyle, że tu również dominowali zawodnicy drugoligowi, para leszczyńskiej Unii Zbigniew Jąder i Zdzisław Dobrucki (musieli stoczyć dodatkowy wyścig o koronę), za nimi Szuluk z toruńskiej Stali.

W pierwszej lidze młodzieży było jak na lekarstwo, a jeśli nawet się młody trafił, to trudno mu było się przebić, bez przywilejów rozwój jego był wolniejszy niż dziś, ale za to wybranym jednostkom dawał dużo mocniejszego kopa na przyszłość. Pokazały to choćby przykłady Gluecklicha, Jancarza, Gryta, Bruzdy. Ciężko się przedzierali do składów w swoich klubach, ale za to potem nie osiadali na laurach, błyszczeli jaśniej i dłużej.

Niemałym zainteresowaniem kibiców cieszyły się czwórmecze o Puchar PZM, szczególnie pierwszej czwórki drużyn z poprzedniego sezonu. W 1967 roku wygrali znów rybniczanie, o całe 40 punktów wyprzedzając Stal Gorzów z Pogorzelskim, Padewskim, Migosiem, Rogalem i Jancarzem. Ligę również zdominował ROW. To była trwająca już sześć lat władza absolutna - fenomen w skali światowej. Wysokie zwycięstwa galaktycznego zespołu samych wychowanków dla kogoś z boku może wydawały się nudne, ale nie dla rybnickich kibiców, którzy oglądali pogromy kolejnych rywali w liczbie oscylującej koło 20 tysięcy. Nikt się nie nudził, nikt nie narzekał, ponieważ pomimo wygranych były to piękne widowiska, walka na całym dystansie toru przygotowanego do walki, o co dbał gospodarz stadionu, wspaniały człowiek Józef Studnik.

Wielkim atutem Rybnika była każdorazowo wyjątkowa oprawa zawodów i niezapomniana atmosfera na widowni, bez bójek, choć po meczu wynoszono opasłe worki butelek, raczej nie po coca-coli (tego jeszcze w Polsce nie znano). Nagłośnienie w tym technicznym "średniowieczu" było takie, że spikera Jana Ciszewskiego (później też red. Karola Drewnioka) słychać było nie tylko na stadionie, ale także poza jego ogrodzeniem. To była doskonała, tania promocja żużla, każdy pragnął znaleźć się w środku. "Cis", którego słuchało się pasjami, sypał kawałami, opowiadał anegdoty, ale przede wszystkim mówił na żywo co się dzieje, przybliżał historię, którą znał również z własnych przeżyć, bo na tym rybnickim obiekcie tuż po wojnie zaczynał, najpierw z motocyklem, a potem z mikrofonem przy ustach. Kto nie mógł wejść na stadion, a wielu takich było, wypisywał program stojąc pod płotem, na który czasem udało się niektórym w karkołomny sposób wspiąć, by choć przez chwilę rzucić okiem na jednego ze swych idoli.

A było kogo oglądać, nazwiska mówią wszystko. Antoni Woryna - najwyższa średnia w (ekstra-) lidze 2.79, Joachim Maj - trzecia średnia 2.51, Stanisław Tkocz - piąta średnia 2.47, Andrzej Wyglenda - szósta średnia 2,47 (według tabeli autorstwa Krzysztofa Błażejewskiego - TŻ nr 53 z 31 grudnia 2017 roku, liczącego średnie bez bonusów, kolejność jest jeszcze bardziej dla rybniczan korzystna: 1.Woryna, 2.Wyglenda, 3.Maj, 4.Pytko, 5.Tkocz. Drugi garnitur ROW to też niezłe ”Kozaki”: Alojzy Norek, Jerzy Gryt, Karol Peszke, Antoni Masłowski i Waldemar Motyka. O sile rybniczan świadczy nie tylko fakt, iż czwórka "muszkieterów" zmieściła się w pierwszej szóstce ekstraklasy, że coraz lepiej szło młodym Jurkowi Grytowi czy Antkowi Masłowskiemu, ale również postawa wychowanków rybnickiej kuźni talentów w innych klubach. W Bydgoszczy Henio Gluecklich już wyrósł na pierwszego asa gwardzistów, z lepszą średnią od wieloletniego lidera Mieczysława Połukarda; w Gdańsku rosła w siłę trójka rybniczan, Jan Tkocz, Bogdan Berliński i Roman Wieczorek, przy czym ten pierwszy z bardzo dobrą średnią 2.00 był obok Podleckiego i Żyto jednym z liderów gdańszczan; na drugoligowych arenach furorę robili wychowankowie Górnika Rybnik, Józef Jarmuła w Świętochłowicach i Stanisław Bombik w Opolu. Do tego dochodziło brylowanie rybniczan na torach Europy (z niedosytem wszak - opisanym wyżej).

Gdyby pominąć KS ROW (8 punktów przewagi nad Wybrzeżem), to liga 1967 była bardzo wyrównana. Gdańszczanie wyprzedzili wrocławską Spartę o jeden punkt, a dotąd mocniejszą Stal Gorzów o dwa. Srebro Wybrzeża było tym cenniejsze, że zdobyte bez Mariana Kaisera. Ten zasłużony dla polskiego żużla zawodnik najlepsze lata miał już pewnie za sobą, ale do roku 1966 wciąż obok Podleckiego był najsilniejszym punktem drużyny. Przed sezonem wyjechał do Niemiec i tam na stałe pozostał, za co okrzyknięto go zdrajcą w Polsce. Tymczasem w gdańskim klubie przyzwoicie punktował o dwa lata młodszy brat Mariana Stanisław i był mocnym jego ogniwem. Henryk Żyto był niczym wino, ale dało się odczuć brak obiecującej młodzieży. Wrocław zaskoczył pozytywnie, na co wpływ największy miała, dla odmiany, para młodych, Jerzy Trzeszkowski (22 lata) i rok młodszy Piotr Bruzda. W Sparcie była mieszanka rutyny z młodością. Adolf Słaboń kończył 40 lat, niewiele młodszy był Pociejkowicz, a "słuszne" lata mieli już Bohdan Jaroszewicz, Andrzej Domiszewski, Zygmunt Antos i Stanisław Nowak.

W Gorzowie personalnie niewiele się zmieniło, byli wszyscy najlepsi, a Jerzy Padewski po kontuzji nawet wzniósł się na wyżyny i zaliczył sezon życia (druga średnia w Polsce - 2.64), szkoda tylko że ograniczył to do zmagań ligowych. Uznaną klasę potwierdzili zasłużeni Andrzej Pogorzelski i rok od niego starszy Edmund Migoś, stały postęp notował Jancarz, debiutował Ryszard Dziatkowiak. Mimo dobrej paki, gorzowska Stal po medal DMP tym razem nie sięgnęła, bo rywale byli lepsi. Niewiele brakowało, a nawet ta druga Stal z Rzeszowa też by zepchnęła gorzowian niżej. Zadecydował lepszy bilans małych punktów. W Rzeszowie po sezonie dramat. Dwóch absolutnych liderów drużyny, Stefan Kępa i Florian Kapała, musiało pożegnać się z żużlowym wyczynem, a niestety, pod zarzutem nielegalnego handlu walutą, także z wolnością. Trudno to komentować - czasy były podłe. Dobry poziom w Rzeszowie trzymali Jan Kolber, Jan Malinowski i Adam Ciepiela.

Dalsza część artykułu na trzeciej stronie.

Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (2):

  • NickiX Zgłoś komentarz
    P. Stefanie,ze wszystkiego,co można tu znaleźć,największą wartość przedstawiają właśnie pańskie felietony.Dzięki za kolejny świetny artykuł i lekcję historii.Pozdrawiam.
    • sympatyk żu-żla Zgłoś komentarz
      P Stefanie kawał czasu dobrej historii, Którą pan opisał. Nie które sprawy znałem opisane nie które słyszałem o niektórych się dowiedziałem,
      Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
      ×
      Sport na ×