Na początek musielibyśmy przenieść się do lutego i All-Star Weekend w Dallas. Styczeń przebiegł bowiem dosyć spokojnie. W "Big D" oczywiście wszystko co najlepsze. Wprawdzie sobotnie konkursy nie zachwyciły (Earvin "Magic" Johnson mówi nawet, że "Slam-Dunk Contest is dead") to jednak niedzielne danie główne, czyli Mecz Gwiazd był już absolutnie historyczny. Piękny nowy stadion Dallas Cowboys i rekordowa widownia sięgająca blisko 110 000 ludzi na trybunach. O wszystkim wspomniał już w swoim podsumowaniu Łukasz Brylski. Spotkanie godne historycznej nocy i zasłużona nagroda MVP dla Dwyane’a Wade’a. Dosłownie kilka dni później z NBA żegna się (ostatecznie?) jedna z ikon ligi, czyli Allen Iverson. Oficjalnie z powodów problemów zdrowotnych córki, nieoficjalnie wszyscy mówią jednak o problemach samego A.I i jego skłonnościach do hazardu oraz nadużywania alkoholu. Nie zabrakło oczywiście corocznych przetasowań w składach ligi za sprawą lutowego trade deadline. I tak kibice musieli przyzwyczaić się do nowych strojów takich graczy, jak Tracy McGrady, Antawn Jamison, Nate Robinson, Marcus Camby, czy Caron Butler.
Marzec to dla największych fanów koszykówki czas na zmagania w lidze NCAA. March Madness idzie pełną parą i - niemal jak zawsze - nie brakuje niespodzianek. Ostatecznie do Final Four trafiają uczelnie Michigan State, Duke, West Virginia oraz… Butler. Ta ostatnia malutka szkoła z Indiany, której drużyna składa się ze skromnych i wyglądających raczej na licealistów koszykarzy omal nie doprowadza do być może największej sensacji w historii i przegrywa dopiero po zaciętym finale z potężnymi Duke Blue Devils. Z kolei w NBA zmiana właściciela w Waszyngtonie. Nowym panem i władcą Wizards zostaje Ted Leonsis, który prawa do klubu oraz samej hali nabył kosztem 550 milionów dolarów.
Kwiecień to końcówka sezonu i walka o jak najlepsze miejsca - lub w ogóle zakwalifikowanie się – do playoffs. Po raz pierwszy od 9 lat swój sezon przedwcześnie kończą Detroit Pistons. Z kolei Tyreke Evans zostaje czwartym debiutantem w historii ze średnimi 20 punktów, 5 zbiórek oraz 5 asyst.
"I wtedy przyszedł maj. Zrobiło się gorąco" - jak śpiewał ongiś zespół Varius Manx. Playoffs już na dobre rozpoczęte, a tymczasem w Paryżu trwają zmagania o mistrzostwo Euroligi. Final Four tworzą tym razem: CSKA Moskwa, Partizan Belgrad, Olympiakos Pireus oraz FC Regal Barcelona. I to właśnie ten ostatni zespół mógł pić szampana pod Wieżą Eiffela. Natomiast za oceanem po średnim jak na nich sezonie regularnym odradzają się Boston Celtics, którzy pewnie zmierzają do finału NBA przeciwko odwiecznym rywalom z Los Angeles. Czerwcowa walka o tytuł była bez wątpienia jedną z najlepszych w ostatnich latach, a może i najlepszą w całej dekadzie. Po zaciętych siedmiu meczach Lakers drugi rok z rzędu byli na szczycie. Wszyscy powoli szykowali się na lipiec. I wcale nie z powodu upragnionych urlopów. Zbliżało się bowiem lato, które długo było zapowiadane jako najważniejsze w historii, jeżeli chodzi o rynek transferowy…
Lipcowe szaleństwo można było nazwać w skrócie jako po prostu The LeBron James Show. I to dosłownie, ponieważ aktualny MVP ligi postanowił ogłosić swoją decyzję w programie na żywo w stacji ESPN o jakże mało oryginalnym tytule "The Decision”. Sposób jej ogłoszenia wzbudził więc spory niesmak u wielu. Nie będę ukrywał, że także i u mnie. Wybór padł nie na Cleveland, ani nie na Nowy Jork, który tak długo wydawał się być na czele listy zespołów ubiegających się o usługi LeBrona Jamesa. LBJ zaskoczył niemalże wszystkich i postanowił "zabrać swoje talenty" na południową Florydę do Miami Heat, którzy dopiero co pozyskali innego wielkiego z wolnych agentów - Chrisa Bosha. Nowa wielka trójka NBA. Przez niektórych z miejsca uznana nawet za najlepszą w historii. To jednak już bluźnierstwo - myślałem wówczas. W ogóle byłem mimo wszystko sceptyczny. To przecież nie NBA 2K11. Potem przyszedł również Mike Miller. Sytuacja w Miami wyglądała coraz ciekawiej. Także świeżo upieczeni mistrzowie nie spoczęli na laurach i podpisali kontrakty ze Steve’m Blake’m oraz Mattem Barnesem. Było też wiele innych transferów, których nie sposób teraz wymienić. Pewna była wtedy tylko jedna rzecz. Sezon NBA musi się jak najszybciej rozpocząć.
Przedtem czekały nas jednak Mistrzostwa Świata w Turcji. Amerykanie przystępowali do nich poważnie osłabieni. Bez LeBrona Jamesa, Kobe’go Bryanta, Dwyane’a Wade’a i kilku innych niemal etatowych reprezentantów. Koszykarski mundial to jednak czas Kevina Duranta, który udowodnił wszystkim, że nieprzypadkowo kilka miesięcy wcześniej został najmłodszym królem strzelców w historii NBA. Drużyna USA pewnie zdobyła złoto, pokonując w finale gospodarzy imprezy. Nas, jako Polaków, cieszyć mógł ogromny sukces Litwinów, którzy po raz pierwszy zdobyli na mistrzostwach brązowy medal.
W końcu listopad. Wreszcie rozpoczął się tak długo oczekiwany przez wszystkich sezon. Sezon mimo wszystko spod znaku Miami Heat, którzy początkowo jak na złość swoim kibicom szokowali dosyć słabą postawą. Za to zaskakująco dobrze wystartowali chociażby San Antonio Spurs. Któż by przypuszczał? Wielu skreślało ich przecież z powodu wieku. A oni właśnie udowadniają nam, że nie skończyli się na "Kill’em All".
Po 16 latach fascynowania się koszykówką wiem jednak, że jest jeszcze o wiele za wcześnie na ostateczne werdykty. To w końcu NBA - liga, w której wszystko może się zdarzyć. Jak co roku czeka nas przecież jeszcze wiele zaskakujących zwrotów akcji, niemal niekończących się pasm zwycięstw lub porażek poszczególnych zespołów, czy też ewentualnych - często niespodziewanych - transferów, które z miejsca mogą odmienić cały układ sił. Daje to więc solidne podstawy do tego by wierzyć, że rok 2011 będzie nie gorszy od poprzedniego. Ba! Może być dużo lepszy, patrząc na możliwy wzrost popularności koszykówki w Polsce po przejściu Marcina Gortata do Phoenix Suns. Czas na przywrócenie basketowi należytego miejsca w rankingach.
Wracając jednak do samego wstępu. Z czym w pierwszej kolejności będzie kojarzyć mi się rok 2010? Chyba jednak postawię na czerwcową serię finałową, ale oczywiście tutaj każdy może mieć inne zdanie. Nie mam jednak wątpliwości, że był to na pewno świetny rok. A czego życzyć Wam i sobie w tym? Pamiętnych rzutów na miarę zwycięstwa, jak chociażby ten niedawny w wykonaniu Tyreke’a Evansa, rekordowych osiągnięć indywidualnych w stylu 31-31 Kevina Love, powrotu do playoffs New York Knicks (zasługują na to!), udanych rehabilitacji jak u Blake’a Griffina oraz standardowo dużo miłości… jak u Kim Kardashian i Krisa Humphriesa z New Jersey Nets. Chociaż nie. Zostańmy lepiej przy jeszcze bardziej klasycznym "I love this game".