Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Mirosław Okniński: Żeby być chorym, trzeba być silnym

Jest pionierem polskiego MMA. Jako trener wychował wielu zawodników. Teraz sam walczy. Rywal jest wymagający – to nowotwór złośliwy.
Artur Mazur
Artur Mazur
Na zdjęciu Mirosław Okniński Newspix / PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL / Na zdjęciu Mirosław Okniński

Mirek Okniński to człowiek, obok którego nie da się przejść obojętnie. Momentami szalony, kontrowersyjny. To on zorganizował pierwszą walkę MMA w Polsce. Łącznie ma na koncie ponad 80 gal. Jedne były wielkim sukcesem, inne zakończyły się problemami finansowymi. Jest jednym z najlepszych trenerów MMA nad Wisłą. Prowadził między innymi Antoniego Chmielewskiego, Krzysztofa Jotkę, Marcina Naruszczkę czy Mariusza Pudzianowskiego. Nie może żyć bez MMA, w sobotę był na KSW 41. Od kilku miesięcy Okniński toczy najtrudniejszą walkę w życiu. I o tym ostatnim etapie odważył się szczerze z nami porozmawiać.

Artur Mazur, WP SportoweFakty: Kiedy zorientował się pan, że ze zdrowiem jest coś nie tak?

Mirosław Okniński: Przed majową galą PLMMA. Na szyi, w okolicach szczęki pojawił się mały guz. Zacząłem odczuwać ból. Byłem przekonany, że to od zębów, dlatego zacząłem je leczyć. Usunąłem ósemkę, ale guz się powiększał. Nagle się okazało, że ma 8 centymetrów. Kiedy byłem gościem w pana w programie "Klatka po klatce" (lipiec - przyp. red.), to już "jechałem" na przeciwbólowych. Brałem najmocniejsze tabletki. Łykałem jedną, kładłem się spać. Po godzinie budził mnie ból, więc brałem drugą, później trzecią i kolejną. Masakra. Tak przez trzy miesiące - kwiecień, maj, czerwiec i początek lipca. Noce nieprzespane. Ból nie do zniesienia. Byłem u dwudziestu lekarzy, żeby zdiagnozować problem. Do właściwych ludzi dotarłem po trzech miesiącach.

Mirek Okniński w programie Mirek Okniński w programie "Klatka po klatce" (fot. WP SportoweFakty)
Dlaczego rozpoznanie trwało tak długo?

Miałem dwa guzy. Po USG lekarze podejrzewali, że jeden jest nowotworowy, drugi - od zębów. Wierzyłem, że oba są od zębów. Brałem pod uwagę opcję optymistyczną, bo tak mi pasowało. Po tym, jak wyleczyłem wszystkie zęby, poszedłem do chirurga szczękowego. Powiedział krótko: "idź pan do onkologa".

Czy on rozwiał wątpliwości?

Zrobił badanie pod mikroskopem. To było w lipcu. Przed dokładną analizą powiedział, że jestem zdrowy.

Nic z tego nie rozumiem.

Ja też nie rozumiałem, ale się cieszyłem, bo usłyszałem to, co chciałem. Radość skończyła się w momencie, gdy wrzucił badanie w komputer. Po dwóch godzinach okazało się jednak, że jestem chory.

Diagnoza?

Nowotwór złośliwy węzłów chłonnych. Lekarz rozpoznał go w ostatniej chwili. Jeszcze kilka tygodni i by mnie nie było.

Co pan sobie pomyślał, kiedy usłyszał pan diagnozę?

W pierwszej chwili w oczach zakręciły mi się łzy i pomyślałem: "k***a, a tak mi się dobrze żyło".

Poddał się pan? Nie wierzę.

Nie. Pierwszego dnia byłem zdruzgotany, ale nie mogłem się poddać. Gdybym to zrobił, nie mógłbym spojrzeć w oczy wszystkim moim zawodnikom. Chodzi o to, że byłem sprawny - serce i wątroba zdrowe, idealne wyniki krwi. Byłem zdrowy jak koń! Z zawodnikami robiłem dwa treningi dziennie. Nawet z tym guzem jeździłem na rowerze, bo wtedy nie czułem bólu. Pomyślałem tak, bo wszystko w moim życiu miało swoje miejsce: klub, prowadzenie zawodników, gale, nawet te zaległości finansowe, które się za mną ciągną. Wiedziałem, że wszystko się zmieni, że teraz będę się musiał mierzyć z ciężką chorobą. Nie wiedziałem, jak będzie wyglądać leczenie, czy będą mi coś wycinać, jak bardzo mnie to zmieni fizycznie i psychicznie.

W głowie kotłowało się wiele myśli.

Pomyślałem, że trochę już pożyłem, ale trzeba powalczyć o więcej. Nie ukrywam - w pierwszych dniach byłem przybity. Przestałem trenować, moje ciało zaczęło wiotczeć, traciłem siły. Uznałem, że trzeba wziąć się w garść. Wróciłem na siłownię. Na początku raz w tygodniu, później dwa. Zacząłem się lepiej czuć. Chemioterapia zmieniła wszystko.

Kiedy się zaczęła?

Jeszcze w lipcu.

Czy to prawda, że jest strasznym przeżyciem?

Czułem, jak wlewają we mnie truciznę, która niszczy mnie fizycznie i psychicznie. Pierwsza terapia trwała jeden dzień. Lekarze chcieli zobaczyć, jak moje ciało zareaguje. Druga i każda kolejna trwały cztery doby. Podłączali do mojego serca trzy torebki z chemią i wlewali ją przez 23 godziny. Żyły mogłyby nie wytrzymać, dlatego substancję wstrzykiwano w taki sposób. Godzina przerwy i na nowo - tak przez cztery doby.

Czy to prawda, że najgorsze są dni tuż po chemioterapii?

Po pierwszej, to się nawet ucieszyłem, bo guz zniknął i przestał boleć. Pojawiły się inne problemy. Do tygodnia po chemii odczuwa się tak zwane spadki. Okropne uczucie. Nie mogłem pić i jeść. Nie mogłem nawet patrzeć na to jedzenie, ale wpychałem je w siebie, żeby odzyskiwać siły. Miałem odruchy wymiotne i dlatego musiałem brać zastrzyki. Zdarzało się, że i one nie pomagały. Po jednej z chemii miałem odruchy wymiotne, od razu kiedy tylko się położyłem, dlatego siedziałem całą noc. Zresztą, po każdej terapii nie mogłem spać. Budziłem się w nocy spocony. Piętnaście razy zmieniałem koszulki, bo tę chemię wypacałem. Sikałem na okrągło. Coś strasznego. Podobnie jak te zastrzyki, które dostaje się tuż po chemii. Terapia ma na celu zabicie białych ciałek i płytek krwi. Później trzeba je odbudować sztucznie. Dostajesz zastrzyk, który sprawia, że te składniki "schodzą" ze szpiku kostnego. Wtedy odnosisz wrażenie, że rozrywa ci kości. Jak już poznałem każde zjawisko związane z chemioterapią, było mi łatwiej. Wiedziałem, co mnie czeka krok po kroku.

Mimo to postanowił pan pojechać na walkę Szymona Kołeckiego. Szaleństwo.

To było po trzeciej chemii. W październiku. Czułem się fatalnie. Z jednej strony pomyślałem, że jak pojadę, to tam umrę. Z drugiej - że nie mogę go zostawić. On mnie nie zostawił. Uparłem się, że muszę do tej Wieliczki pojechać za wszelką cenę. Żona była wściekła: "człowieku, czyś ty zwariował, to będzie w kopalni soli, przeziębisz się, dostaniesz zapalenia płuc". Nie chciałem tego słuchać. Przeczytałem, że powietrze w tej kopalni ma dobry wpływ na zdrowie. Miałem zatem argument, który "sprzedawałem" każdemu, kto próbował mnie powstrzymać: "nie umrę, bo tam jest dobre powietrze".

Szymon Kołecki po zwycięstwie w Wieliczce. Obok niego Mirosław Okniński wraz ze sztabem trenerskim (boxingphotos.pl/Piotr Duszczyk) Szymon Kołecki po zwycięstwie w Wieliczce. Obok niego Mirosław Okniński wraz ze sztabem trenerskim (boxingphotos.pl/Piotr Duszczyk)
Co powiedział lekarz?

Złapał się za głowę. "Panie, co pan robi? Jest pan po chemii. Przecież pan tam wykituje". Nie przekonał mnie. Przez całą drogę z Warszawy jadłem, chociaż nie miałem na to ochoty. Zmuszałem się, bo wiedziałem, że tylko to pomoże mi odzyskać siły. Po 4 godzinach podróży dotarliśmy na miejsce. Położyłem się na łóżku w hotelu. Zrobiło mi się zimno. Pomyślałem: już nie wstanę. Nie wiem, jakim cudem dotarłem na tę galę. Chyba tylko dzięki pomocy Szymona i całego sztabu. Kiedy już zobaczyłem ring, rozgrzewającego się Szymona - odżyłem. Byłem w swoim świecie.

Domyślam się, że to była dla pana forma terapii.

Do walki zmotywował mnie nieżyjący już teść. Był chory na glejaka. To najgorszy z możliwych nowotwór mózgu. Ludzie przeżywają z nim średnio 14 miesięcy. Teść przeżył 15 lat, bo wierzył, że go pokona. Lekarze byli w szoku. Dzięki niemu uwierzyłem, że z rakiem można walczyć. Facet zachorował na najgorszego sk*******a i bił się z nim przez 15 lat. Pomyślałem, że ja też dam radę. W moim przypadku formą walki jest MMA.

Uciekał pan ze świata chorych?

Miałem to szczęście, że w szpitalu trafiałem na ludzi, którzy jeszcze nie byli bardzo chorzy, wyniszczeni. Mój kolega leżał na sali z facetem, który umierał na jego oczach przez 3 dni. Kolega leżał obok i patrzył na jego umieranie. Gdybym to był ja, zacząłbym umierać razem z tym facetem. Uciekałem ze szpitali. Niektórzy leżeli trzy tygodnie po chemii, zamiast wracać do domu. Po tych trzech tygodniach okazywało się, że za chwilę mają termin kolejnej terapii. Ja tak nie mogłem.

Postanowił pan zorganizować charytatywną galę MMA. To też miała być forma ucieczki?

Ze względu na chorobę odwołałem październikową galę w Toruniu. Wiedziałem, że jak w grudniu nie zorganizuję kolejnej odsłony PLMMA, to będzie to oznaka porażki. A ja nie lubię przegrywać - nawet wtedy, kiedy wszystko się pi****y. W takich momentach chce każdemu pokazać: "zobaczcie, mam jaja, nie poddaję się".

Jak na ten pomysł zareagował lekarz?

Powiedział, że jestem chory.

Domyślam się, że nie chodziło mu o nowotwór.

"Gość między chemiami robi galę. Zwariował" - coś takiego rzucił pod nosem. Żona zareagowała podobnie. Uparłem się i było warto. Na trybunach Torwaru zasiadło ponad 2 tysiące kibiców. Wiele osób mi gratulowało, że zorganizowałem coś fajnego w trzy tygodnie. Bez wielkiej reklamy, promocji. Wszyscy myśleli, że umrę, że się poddam, a ja pokazałem, że mam charakter. Osiągnąłem swój cel - zagrałem rakowi na nosie.

ZOBACZ WIDEO #dziejesiewsporcie: Grzegorz Krychowiak u chorych dzieci



To było 1 grudnia. Dzień później po raz kolejny stanął pan w narożniku Szymona Kołeckiego.

Walka z Michałem Orkowskim była dramatyczna. Szymon był o włos od porażki przez duszenie. Obronił się, a później rozpoczął swój koncert. Zmiażdżył Orkowskiego, a po walce powiedział, że podpowiedziami z narożnika uratowałem mu życie. Pomagamy sobie wzajemnie. On też ratuje moje. Podobnie jak inni zawodnicy. Za każdym razem, kiedy tylko odpinali mnie od chemii, jechałem prosto do klubu. Łatwiej było znieść te spadki. Nie siedziałem w domu i nie rozmyślałem nad tym, co mnie boli a co nie. Prowadziłem treningi, nie miałem czasu, żeby myśleć o chorobie. W życiu nie myślałem, że MMA będzie dla mnie formą terapii. To mnie napędza, daje siłę.

Łatwo się w Polsce choruje na raka? Mam na myśli warunki w szpitalach.

Gdyby nie żona, byłoby ciężko, ale nawet z nią u boku nie było łatwo. W szpitalach trzeba było walczyć o wszystko. O miejsce. O łóżko. O to, żeby pani pielęgniarka przyszła pomóc. O to, żeby cię przyjęli wtedy, kiedy chcesz, i wypisali najszybciej jak to możliwe. Żeby być chorym, trzeba być silnym. Poszedłem do szpitala i uzmysłowiłem sobie, że nawet tam muszę walczyć. Myślałem, że chociaż tam odpocznę.

Co dalej?

Jestem po sześciu chemioterapiach. Już po czwartej chemii skan organizmu wykazał, że nie mam nowotworu. Teraz czeka mnie ostatni etap leczenia - ostatnia, bardzo mocna chemioterapia z przeszczepieniem komórek macierzystych. To w styczniu lub lutym. Zamkną mnie w izolatce na trzy tygodnie. Wiem, że będzie ciężko, że będę robił pod siebie, ale wierzę, że na tym moja przygoda z rakiem się zakończy. Snuję już plany na następny rok. Chcę zorganizować dwie gale - jedną wiosną, drugą jesienią. Przez pół roku będę szukał sponsorów, będę spłacał zaległości, bo ja nie chcę nikogo oszukiwać. Niestety, lekarze twierdzą, że on zawsze może wrócić. Gdyby tak się stało, jestem mocniejszy o wszystkie te doświadczenia. Wiem już, jak z nim walczyć.

Polub Sporty Walki na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (9):

Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×