Relacje na żywo
  • wszystkie
  • MŚ 2022
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Polski trener rozwija klub w Afryce. To usłyszał na początku pracy

Po prawie dwóch latach pracy w Legii Sławomir Cisakowski porwał się na niezwykle wymagającą misję. W Afryce ma zbudować potęgę klubu, za którym stoi lokalny milioner.

Maciej Siemiątkowski
Maciej Siemiątkowski
Sławomir Cisakowski Archiwum prywatne / Na zdjęciu: Sławomir Cisakowski
Kiedy zambijski II-ligowiec City of Lusaka FC miesiąc temu ogłosił zatrudnienie Sławomira Cisakowskiego, cała futbolowa Polska była zdziwiona. Były trener rezerw Legii Warszawa i asystent Marka Gołębiewskiego wyjechał do Afryki, by rozwijać klub z zaplecza najwyższej ligi.

- Potrzebowałem nowych wyzwań. Nieco odżyłem - mówi w rozmowie z WP SportoweFakty. - Przybyło odpowiedzialności i emocji. Wraz ze sztabem przygotowuję treningi, a później pracuję w biurze, uczestniczę w spotkaniach i pomagam rozwijać skauting. Jest bardzo dużo pracy. Takie są początki. Z czasem zacznie się to układać - dodaje Cisakowski.

W przeszłości pracował w Wielkiej Brytanii oraz w Stanach Zjednoczonych. Tym razem wyjechał do Afryki i opowiada nam o największych wyzwaniach w nowej pracy.

ZOBACZ WIDEO: Jak broni Wojciech Szczęsny w kadrze? "Nie róbmy z niego bohatera"

Maciej Siemiątkowski, WP SportoweFakty: Jak dostał pan ofertę z Zambii?

Sławomir Cisakowski, trener City of Lusaka FC: Już kilka miesięcy wcześniej podjąłem decyzję, że chcę poszukać nowych wyzwań i rozglądałem się za nowymi możliwościami, a w tym zawodzie idziemy tam, gdzie nas chcą. W Zambii byłem już wcześniej dzięki Legii, która wysłała mnie tu na kilka tygodni. Podczas pracy nawiązałem kontakty, a teraz sam dostałem ofertę.

Długo zastanawiał się pan nad wyjazdem?

Tak, potrzebowałem kilku dni, żeby to dobrze przemyśleć. Chciałem zostać bliżej domu, ale w końcu pomyślałem, że może trzeba spróbować. Właściciel klubu był zdeterminowany, naciskał i zaczęliśmy rozmowy. Dogadaliśmy się, że pierwszą umowę podpiszemy na kilka miesięcy, żebym mógł się przekonać, czy to jest dla mnie. Umówiliśmy się, że przepracujemy razem ten czas i jeśli okaże się dla nas owocny, podpiszemy dłuższą umowę.

Czy trudno jest dotrzeć z Polski do Lusaki?

To długa podróż. Leci się przez Dubaj albo Dauhę. Od wyjścia z domu do dotarcia do miasta wychodzi w sumie 24 godziny.

Jak duże to miasto?

W Lusace mieszkają ponad dwa miliony ludzi. Miasto jest rozciągnięte na bardzo dużym terenie. Większość zabudowań to domki i osiedla. Nie ma ogromnych wieżowców i skupisk ludzi w centrum.

Jak odnajduje się pan w Afryce?

Trudno to porównać do życia w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Większość Zambijczyków żyje naprawdę biednie. Widzę to, gdy jeżdżę po mieście. Mimo to ludzie są bardzo pozytywnie nastawieni i uśmiechnięci. Na początku, gdy ich obserwowałem, czułem smutek i współczucie. Było mi przykro. Oceniałem to z perspektywy Europejczyka. Dopiero kiedy ich poznałem, zmieniłem podejście. Oni się w tym odnajdują, to ich życie.

Wiedzą, że żyją biednie w porównaniu do krajów rozwiniętych, ale doceniają to co mają. Byłem pod wielkim wrażeniem, jak bardzo potrafią być pozytywni wobec świata. Myślę, że 80 procent Zambijczyków żyje bardzo biednie. Niewielki procent ludzi w Polsce żyje na podobnym poziomie. A jednak to my narzekamy na wszystko.

Nachodzą mnie przez to refleksje dotyczące podejścia do życia. Poznałem w Stanach wielu wysoko sytuowanych ludzi, którzy byli non stop zabiegani. Stamtąd wyjechałem do Boliwii, gdzie musiałem trzymać drzwi w taksówce, którą kierował uśmiechnięty kierowca. Oni mają mało i się tym cieszą. My mamy dużo i narzekamy. Takie wyjazdy to mocna lekcja życia. Poznałem siebie. Nie tylko to, czego chcę, ale też swoje granice.
- W Zambii byłem już wcześniej dzięki Legii, która wysłała mnie tu na kilka tygodni. Podczas pracy nawiązałem kontakty, a teraz sam dostałem ofertę - mówi nam trener Sławomir Cisakowski (fot. archiwum prywatne). - W Zambii byłem już wcześniej dzięki Legii, która wysłała mnie tu na kilka tygodni. Podczas pracy nawiązałem kontakty, a teraz sam dostałem ofertę - mówi nam trener Sławomir Cisakowski (fot. archiwum prywatne).
Jakie jest podejście do piłki nożnej w Afryce?

Dzięki temu, że wcześniej pracowałem w zróżnicowanych środowiskach, wiedziałem, że nie mogę podchodzić do sprawy zerojedynkowo. Przez swoją rolę wyznaczam standardy, ale dostosowuję moje oczekiwania i metody pracy do ludzi w klubie. Mam ich przekonać do swoich zasad, ale jednocześnie muszę zrozumieć, jakimi są ludźmi, ich kulturę i pochodzenie. W teorii brzmi to dobrze i łatwo, ale w praktyce to ciągła praca i analizowanie co jak może zadziałać i jaki będzie efekt.

Czy miał pan problemy na początku?

Chciałbym, żeby już było z górki. Jeszcze tak nie jest. Początek był trudny, bo przyjechałem bardzo późno. Dotarłem pięć dni przed pierwszym meczem, zaraz po nim zamykało się okno transferowe. Jako dyrektor sportowy musiałem szybko decydować. Do tego jestem też trenerem. Nie chciałem zaczynać od czystki w klubie, choć właściciel proponował mi takie wyjście. Chciałem dać tym ludziom szansę, poznać ich i z każdego wyciągnąć jego potencjał.

Chciałem z szacunkiem podejść do pierwszego trenera, po którym przejąłem drużynę. Już wcześniej został poinformowany przez właściciela, że będą zmiany i będzie mógł zostać ale w innej roli. To doświadczony człowiek, pracował w najwyższej lidze i współpracował z reprezentacjami młodzieżowymi. Zaproponowałem mu stanowisko podobne do amerykańskiego "associate head coach". Byłby "drugim" pierwszym trenerem. Podejmowalibyśmy wspólnie decyzje, choć ostateczna należałaby do mnie. Okazało się, że jego ego było zbyt duże. Zresztą nie wiem, jak zareagowałbym na jego miejscu, ale starałem się znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony. Na końcu pojawiło się kilka nieetycznych i nieprofesjonalnych zachowań z jego strony.

Wiedziałem, że nie będziemy razem pracować. Skonsultowałem z naszymi prawnikami, czy stać nas na rozwiązanie jego umowy. Okazało się to jedną z lepszych decyzji. Nieźle bym się wkopał, gdybym przystał na tę współpracę.

Kto jest właścicielem klubu?

Diego Cassili, lokalny milioner. City of Lusaka FC to jego prywatny klub. Razem z właścicielem podejmujemy kluczowe decyzje i mam wpływ na zarządzanie całym klubem. Do tego jest prezes, który sprawuje głównie funkcję reprezentacyjną i pomaga w kontaktach z federacją.

Jakie wrażenie zrobili na panu piłkarze?

Zweryfikowali stereotyp o tym, że afrykański piłkarz jest atletyczny, dobry technicznie, ale do poprawy są kwestie taktyczne. I rzeczywiście są w tym braki, ale kiedy zaczęliśmy pracować, uczyli się bardzo szybko. Często słyszałem, że lokalni zawodnicy są niewystarczająco dobrzy, żeby zrozumieć pewne rzeczy. A ja uważam, że poprzeczka była zawieszona zbyt nisko i przez to nie wykorzystywali pełni potencjału. Zresztą dowodem jest to, że dość szybko się zaadaptowali do nowego stylu gry.

Kadra jest zróżnicowana. Od młodych, obiecujących po doświadczonych w reprezentacji i Afrykańskiej Lidze Mistrzów. Jednak ci pierwsi są przyszłością klubu. Naszym celem jest walka o wynik w tabeli, ale też odmłodzenie kadry. Pierwszy raz w historii klubu pięciu zawodników dostało powołanie do szerokiej kadry U-20. Dwójka z nich była powoływana już wcześniej, ale trzej to zawodnicy, którym dałem szansę w lidze. Choć mają 16-17 lat, już zwrócili na siebie uwagę trenerów. Nie chcę mówić, że w miesiąc stworzyłem zawodników na miarę reprezentacji, ale dołożyłem do tego cegiełkę, bo dałem im grać, gdzie wcześniej nie mieli na to szans.

Czy ta młodzież mocno różni się od europejskiej?

Chętnie rozmawiają, ale jest za wcześnie, by się przede mną otwierali. Zachowują się standardowo. Takie same są tematy ich rozmów. Ale mierzą się z innymi problemami, bo dostęp do edukacji bywa problematyczny szczególnie w mniejszych miejscowościach. Kilka lat temu szkoła była płatna. Teraz obniżono ceny, niektóre szkoły stały się darmowe i dostęp w Lusace jest łatwiejszy. Bez edukacji trudno wyjść z ubogiego środowiska i znaleźć własną ścieżkę zawodową, dlatego dla wielu jedyna droga to gra w piłkę.

Czy zderzył się pan ze stereotypami na temat białych?

Każdy od razu myśli, że jesteśmy bogaci. Dla nich europejska klasa średnia to milionerzy. Po zwolnieniu trenera nieoficjalnie pojawił się wobec mnie zarzut rasizmu, co jak się później okazało wyszło ze środowiska bliskiego poprzedniemu trenerowi. Oskarżenia były oczywiście bezpodstawne i klub od razu temu zaprzeczył.

Jak wygląda wasza baza treningowa?

Gdyby murawa na stadionie była nieco lepsza, spełniałby standardy polskiej I lub II ligi. Szatnie, pokój trenerów i biura są w bardzo dobrym standardzie. Jest pełne wyposażenie, prąd i internet. To rzeczy w Europie oczywiste, ale w Afryce często są boiska bez źdźbła trawy. Nie ma porównania z tym, co ma Legia, ale nasze boisko pozwala na grę po ziemi i utrzymanie się przy piłce. Do tego mamy dwa boiska ze sztuczną nawierzchnią do gry 4x4 i boisko treningowe dla juniorów.

Dzięki właścicielowi i jego licznym biznesom klub funkcjonuje bardzo dobrze. Mamy duże wsparcie administracyjne i dostęp do jego prawników i księgowych. Pomagają załatwić wiele formalności. Większość klubów w Zambii nie ma takiego zaplecza.

Czy zdziwiła pana atmosfera na meczach?

Od razu u wszystkich rzuca się w oczy poczucie rytmu oraz miłość do ruchu i muzyki. Zawodnicy po wygranych śpiewają i tańczą w szatni. Niesamowicie mi się to podoba. Na stadionie są grupy taneczne i grają na bębnach. Choć nie ma zorganizowanego dopingu, to jest bardzo głośno. To ciągły taniec i rytmiczne piosenki. Niektórzy ludzie na trybunach bywają bardziej zainteresowani tańcem niż meczem. Nie są to wielkie stadiony, ale przy dwóch-trzech tysiącach osób na trybunach niekiedy trudno mi jest porozumieć się z zawodnikiem na murawie.
Trener Cisakowski na planie sportowego magazynu w Zambii (fot. archiwum prywatne). Trener Cisakowski na planie sportowego magazynu w Zambii (fot. archiwum prywatne).
Czy zderzył się pan z zabobonami i rytuałami przed lub w trakcie meczów?

Mają swoje juju, czyli tradycyjne wierzenia. Podczas niedawnego wyjazdu kibic pokazał nam laleczkę i powiedział, że będzie woził ją na każdy mecz, by przynosiła nam szczęście. A kiedy ostatnio graliśmy mecz, zawodnicy chcieli przebierać się w autokarze, bo w tamtym mieście jest dużo magików i mówili, że na pewno rzucili urok na szatnię. Nie dałem im się, w szatni mieliśmy już rozwieszone plany na stałe fragmenty gry i musiałem je pokazać. W końcu do niej weszliśmy i nie widziałem, by zawodnicy czuli się nieswojo. Przekonuję ich, że ulegając takim rzeczom, dają przewagę rywalom.

To pojedyncze sytuacje. Czasami trudno to zrozumieć, ale nie wszyscy są przesądni.

Gdzie jest pański dom?

Czuję się mocno związany z Polską, ale kiedy byłem w Stanach, dobrze mi się tam mieszkało. Byłem tam na tyle długo, że poczułem się jak u siebie. W Zambii jestem od miesiąca i zastanawiam się, czy mógłbym tu zostać na lata, bo póki co dobrze mi się tu żyje. Może to przez to, że mieszkałem już w wielu miejscach i szybko się adaptuję. Dopóki nie założyłem rodziny, wykorzystuję możliwości do spełniania się zawodowo w różnych miejscach na świecie, a co będzie dalej? Zobaczymy. A Może za kilka miesięcy będę z powrotem w Polsce? A może zostanę w Zambii na lata? Nie wiem.

Rozmawiał Maciej Siemiątkowski, dziennikarz WP SportoweFakty

Czytaj też:
Rosjanin nie wjechał do Polski. Ministerstwo nie odpowiada, ekspert mocno komentuje
Wymowna statystyka Lewandowskiego. Barcelona biła głową w mur

Polub Piłkę Nożną na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (0)
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×
    Sport na ×