WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Jagna Marczułajtis: Całe życie jest mi zimno

Albo jesteś wojownikiem, albo jak pies na łańcuchu czekasz na to, co rzucą ci do miski. Ciągle o coś walczyłam: kiedyś o medale, dziś o zdrowie mojego dziecka - mówi uczestniczka trzech zimowych igrzysk olimpijskich, była snowboardzistka.
Michał Kołodziejczyk
Michał Kołodziejczyk
PAP / Stanisław Rozpędzik / Na zdjęciu: Jagna Marczułajtis

Michał Kołodziejczyk, WP SportoweFakty: Mama mówi, że "Jagna jest trudna".

Jagna Marczułajtis: I dobrze mówi.

I że zawzięta.

Coś jeszcze?

Uparta.

A że wredna?

Tego nie znalazłem.

To pewnie wycięła w autoryzacji, albo się powstrzymała.

Co to znaczy, że jest pani trudna?

Często stawiam na swoim. Nawet, jak nie mam racji. Od małego miałam swoje zdanie. Kiedy chodziłam do szkoły sportowej w Zakopanem i jeździłam na nartach, czasami mieliśmy treningi na Kasprowym. A na Kasprowym, jak to na Kasprowym - czasami tak wiało, że wyłączali kolejkę i nie było treningu. Wszyscy się cieszyli. Nauczyłam się obserwować pogodę przez okno domu. Mieliśmy żywopłot i wiedziałam, że jak się krzaki ruszają, to znaczy, że kolejka będzie nieczynna. I że nie wychodzę z łóżka. Mama kilka razy zawiozła mnie siłą na trening i okazywało się, że miałam rację. Był odwołany. Kiedyś powiedziałam jej, że jeśli jeszcze raz mnie nie posłucha, to będzie koniec świata. Nauczyłam ją dzwonić na stację z pytaniem, czy warunki pozwalają na trening. Jak żywopłot się ruszał, to nigdy nie pozwalały. Zresztą tak samo jest dzisiaj. Taki barometr.

Na pierwsze igrzyska jechała pani jako osiemnastolatka. Docierało do pani, co się dzieje?

Teraz mam piętnastoletnią córkę i jak pomyślę, że za trzy lata miałaby reprezentować Polskę na tak ważnych zawodach, to mi się w głowie nie mieści. Tyle że ja bardzo wcześnie zaczęłam. Rodzice założyli mi narty, jak miałam dwa lata, w pierwszej klasie podstawówki startowałam w zawodach. Twarda skóra mi się wyrobiła. Lubiłam się ścigać między tyczkami, rywalizować, ale treningów nie znosiłam. Nie chciało mi się rano wstawać. Poza tym weekendy też spędzałam na stoku. Rodzice pracowali w Bukowinie, uczyli jazdy na nartach. Nie mieli z kim mnie zostawić w domu, to razem z siostrą całą sobotę i niedzielę jeździłyśmy góra-dół. Zahartowałam się, musiałam być twarda.

To nie są miłe wspomnienia?

Kiedyś jak się na Goryczkowej zepsuł wyciąg, zresztą ten sam, który funkcjonuje tam do dzisiaj, to mnie z mamą z samej góry na korbkę ściągali do stacji. Było minus dwadzieścia, wiatr męczył, padał śnieg. Trwało to ponad dwie godziny, cała byłam skostniała. Ciągle było mi zimno, zresztą - ciągle jest mi zimno. Uwielbiam śnieg, sporty zimowe, ale zimna nie znoszę. Całe życie z nim walczyłam, podczas treningów, zawodów. Przenikało mnie natychmiast. To była moja olbrzymia słabość. Dziesięć par rękawiczek zużywałam na sezon, bo wiadomo, że tylko nowe rękawiczki grzeją.

Po co pani leciała na te pierwsze igrzyska do Nagano? Wygrać?

Doskonale pamiętam każdy ze swoich olimpijskich startów, chociaż od Nagano mija właśnie dwadzieścia lat. Nawet brzmi to strasznie staro. Czas szybko leci, ale tego się nie zapomina, to były najważniejsze momenty w moim życiu. Do Japonii leciałam oczywiście bez żadnego doświadczenia, więc wydawało mi się, że jak zjadę na tysiąc procent swoich możliwości, będzie super i na pewno wszystko mi się uda. To nie były czasy, kiedy można było korzystać z pomocy psychologa, nie było żadnej pracy zespołowej. Przygotowania były bardzo długie, start w Nagano wymagał aklimatyzacji, w samej wiosce byliśmy może ze dwa dni, bo przewieziono nas do wioski, w której nie działo się nic poza startami snowboardzistów. Czuliśmy się tam jak na zwykłych zawodach Pucharu Świata. Zwiedzać nikt się nie odważył - ruch lewostronny, krzaczki zamiast znanych nam liter na znakach. Poza hotelem jedyną rozrywką były treningi. Cały czas wolny spędzaliśmy na graniu w Sega Rally. Smartfonów nie było, internetu także.

Media się panią zainteresowały.

Już wcześniej, po mistrzostwach świata juniorów w Zakopanem. Wygrałam je po trzech miesiącach treningów na desce. To prawda, wcześniej trzynaście lat jeździłam na nartach, jednak snowboard to przecież coś innego. Ten sukces spadł na mnie nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie było mediów społecznościowych, były rozmowy jeden na jednego, dużo pytań. W porównaniu z tym, co dzieje się teraz ze sportowcami, wszystko odbywało się dość spokojnie, dziennikarze wykonywali swoją pracę. Teraz pracą dziennikarza jest przepisanie mojej wypowiedzi udzielonej komu innemu. Wywiady mnie zawsze krępowały, wkurzało mnie, że chcecie tak wszystko wiedzieć. Najbardziej irytowało mnie pytanie: "Pani Magdo, jak to się zaczęło"?

Magdo?

No tak, bo łączyli Jagnę z Marczułajtis i wychodziło im Magda. A pytanie o początki traktowałam jak lekceważenie mnie, brak odrobionej pracy domowej. Opowiadałam o tym już przecież setki razy.

O tym czy czwarte miejsce w Salt Lake City wciąż boli też pewnie pytają.

Boli.

Serio?

Tak. Żal i smutek ciągną się do dziś. Dopiero po dwóch latach od startu dowiedziałam się, dlaczego się przewróciłam. Nogi były mocne, ale tak się wychyliłam na krawędzi deski, że pięta mojego buta dotknęła śniegu i się poślizgnęłam. Ostatnio na igrzyskach w Soczi były już dwie konkurencje snowboardowe, w Salt Lake tylko jedna, nie moja. W slalomie równoległym mogłam pozamiatać, pokazać się z jak najlepszej strony, do slalomu giganta musiałam przystosować ciało i umysł. Technicznie i pod względem wysiłku to dwa inne światy. Pokonałam siebie, zajęłam czwarte miejsce, chociaż nikt na mnie nie liczył. Mówiono, że jak dojdę do finału, to już będzie sukces. Wygrałam ze swoimi słabościami, ogromnie się cieszyłam, ale to była radość przez łzy i ból, które ciągle we mnie bulgoczą.

Nie da się zapomnieć?

"Skądś panią znam, kogoś mi pani przypomina" - słyszę często na ulicach. Jak się przedstawię, albo człowiek sobie przypomni, kim jestem, to zaczyna się to samo: "Pamiętam pani zjazdy na igrzyskach, normalnie płakałem!". No, ja też płakałam. Z całej mojej kariery ludzie zapamiętali to, że byłam czwarta, że nie zdobyłam medalu. Nie mam żadnych pretensji, to normalne, zresztą to nadal największy sukces polskiego snowboardu na igrzyskach. Może jak ktoś będzie w końcu lepszy ode mnie, to się uspokoję i przestanę żałować straconej szansy.

Jak pani góralska rodzina zareagowała na sesję w magazynie CKM?

Od razu jak do mnie zadzwonili z tego pisma, powiedziałam, że to ja wyznaczam granice i piersi nie pokażę. Miałam już córkę, nie chciałam. Nie krytykuję jednak tych dziewczyn, które zdecydowały się na rozbieraną sesję, mnie zwyczajnie zabrakło odwagi. Zdjęcia, które mi wtedy zrobiono, mam gdzieś na płycie w wersji bez retuszu i są fajniejsze od tych po obróbce. Pamiętam, że numer CKM ze mną na okładce wpadł mi ręce na lotnisku, gdy leciałam na igrzyska do Turynu. Sama siebie nie poznałam. Twarz mi zmienili, całą mnie jakoś tak wygładzili, że nawet mi mięśni nie było widać, a ja wtedy na brzuchu to miałam kaloryfer. Zrobiłam redakcji straszną awanturę, ale oczywiście niczego nie dało się już zmienić. Takie pismo, takie potrzeby. Dobrze, że siostra była moją menedżerką przez wiele lat.

Dlaczego dobrze?

Zawsze byłam butna, zadziorna. A Anita była jak filtr, katalizator moich emocji względem mediów. Umawiała mnie na wywiady, na sesje. Tłumaczyła, że mam być spokojna, że mam się uśmiechać. To była część mojej pracy, a gdyby nie siostra i jej dobre rady byłabym naturalna, nikt by ze mną nie chciał więcej rozmawiać, bo rozniosłaby się zła opinia. Dla mnie to była strata czasu, nie byłam w stanie zrozumieć systemu pracy mediów. Przychodziłam na sesję, dwie godzina malowania, dwie godziny czesania, godzina ubierania, a później cztery zdjęcia. Jakaś abstrakcja. Jak sportowiec umawia się na dziewiątą rano, to przychodzi na dziewiątą rano. A tam towarzystwo kawkę pije, śniadanko roznosi i mówi, że spokojnie, bo fotograf jeszcze nie przyjechał. Irytowało mnie to okrutnie, ale podobno obiektyw mnie lubił. Tata mi zresztą kiedyś powiedział, że lepiej wyglądam na zdjęciach, albo w telewizji, niż na żywo.

Z Sebastianem Kolasińskim rozwodziła się pani także w mediach.

To są emocje, których nie da się opisać. Może dzięki temu, że byłam młoda i miałam energię do walki, wszystko dobrze się skończyło. W całej sprawie było kilka wątków, minęło jednak dużo czasu i nie wracam do tego dzisiaj. Tym bardziej że moje stosunki z byłym mężem są poprawne. Rozmawiamy.

Czyli się wyprostowało?

Nie. I nigdy nie wyprostuje. Córka już dorosła i jest na tyle duża, że po pierwsze nie da sobie zrobić krzywdy, a po drugie sama decyduje, czy i kiedy do ojca pojechać. Wcześniej walka toczyła się o to, czy będzie się wychowywała ze mną czy z nim. Nie wyobrażałam sobie, by nie miała być przy mnie.

Nie zniechęciła się pani do małżeństwa po takich przygodach w młodych latach?

Mimo wszystko trudno samemu żyć. Czasami myślałam, że może było prościej, taniej. Ale mam przecież wspaniałe dzieci, a mój obecny mąż jest naprawdę bardzo w porządku. Wspierał mnie w sporcie, w polityce, w biznesie, w codziennym życiu. Nie chodzi tylko o chemię między dwojgiem ludzi, ale także o zwyczajne, partnerskie wsparcie. Przynajmniej na razie - jest dobrze.

Jest pani dobrą matką?

Jagoda większość czasu spędzała ze mną na treningach i wyjazdach. I wtedy byłam przekonana, że jestem złą matką, bo ciągam dziecko po całej Europie. Najgorsze, że mała miała chorobę lokomocyjną i po czterdziestu kilometrach wymiotowała. Zwiedziła trochę świata, ale oczywiście tego nie pamięta. Wyrosła na naprawdę porządnego człowieka.

Czy Jagna Marczułajtis to najlepsza polska snowboardzistka w historii?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub Sporty Zimowe na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (36):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • grolo 0
    Byłbym naprawdę wzruszony twoją wypowiedzią ...tylko powiedz mi, jak to się dzieje, że jednocześnie jesteś agresywnym islamofobem? przepełnionym nienawiścią wręcz obsesyjną. Namolnie wyzywasz innego człowieka od "bandytów", "terrorystów" i "chołoty" (ups!) TYLKO DLATEGO, że wyznaje inną religię niż ty. Jak to się ma do twojego chrześcijaństwa, którym się chlubisz?
    Jak to się ma do nauk Papieża Franciszka, które dla ciebie - katolika -powinny być obowiązujące i święte (dogmat o nieomylności Papieża). Jak te piękne działania i uczucia, które opisujesz mają się w parze z tępą nienawiścią do innego człowieka, który nic złego nikomu nie zrobił a ty go nawet nie znasz? Spójrz na siebie, zmień coś zanim umrzesz w grzechu.
    --iki-- Pracuje z dziecmi ktore wy nazywacie plodami do usunicie - niektore z tychj plodow maja juz blisko 40 lat ale dalej sa dziecmi ktore trzeba nico nadzorowac nie pilnowac ale miec na nich oko a oni wiedzac ze ktos ich nieco nadzoruje tez sa szczesliwi i maja poczucie bezpieczenstwa. Sa tacy ktorych trzeba czasem postawic do pionu czasem trzeba pogadac pocieszyc skonfrontowac jednego z drugim jako sedzia arbitrazowy itd itd ale kiedy zabieramy ich na wycieczne czy do teatru widac ze imsie to podoba ciesza sei na swieta z otrzymanych prezentow ciesza z dobrego jedzenia z nowego smartfona itd itd ale dla wielu osob tu piszacych sa tylko plodami ktore na przez bledne decyzje i zle prawo nie zostaly na czas wyskrobane. Byc moze osoby ktore tutaj sie wypowiadaja przyjada do nas do osrodka z pistoletem i skoryguja ta patologie ale najpierw niech spedza jeden dzien z naszymi podopiecznymi a potem wrocimy do rozmowy na temat tego czy nasi podopieczni to sa ludzie czy uposledzone przerosniete plody! ps. wstyd mi za was piszacych tutaj niektore rzeczy - szkoda ze macie czas na pisane tego wszystkiego ale nigdy nie poszlisci zobaczyc i pobyc przy ludziach na ktorych temat zabieracie glos !
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Sofold 0
    Co sytuacja tej Pani ma do obrońców życia, to Ty chłopie zacząłeś coś o nich pleść i wspomaganiu jej, Pani Jagna zarządza nieruchomościami w górach, w których obecnie brak jest terminów na wynajem, są to domki, tygodniowy pobyt w jednym to koszt 4tyś złotych, ma takich domków 6. Faktycznie, żyje z zasiłków. Kolejna kwestia, w wywiadzie nie ma nic o tym czy ktoś z obrońców życia kazał jej bądź nawoływał do czegokolwiek w związku z chorobą jej dziecka. Przestań pisać bzdury, jeśli nie umiesz poświęcić minuty na weryfikacje sytuacji tej Pani. Może pomyśl o nauce czytania ze zrozumieniem, ja nie nawołuje do naprawiania świata, nie drę tej gęby o której pisałeś, zwyczajnie widzę hipokryzję w tym wywiadzie, próbę ocieplenia wizerunku, choroba dziecka Pani Jagny to tragedia, widzę tu jednak jedną sprawę, w Polsce jest wielu rodziców - bohaterów którzy nie mają takiego majątku, a ich faktycznym jedynym dochodem są świadczenia socjalne, pracować nie są w stanie bo opiekują się dziećmi, to o nich mówmy a nie o ludziach zamożnych. A co do komentarza tego smutnego pana, abym się leczył... Pomyślę, tylko napisz gdzie Ty się leczysz, kiepski fachowiec, terapia widać zawodzi.
    Jasieczek Ziomalek Oczywiście "obrońcy życia" intensywnie ją wspomagają, prawda? Nie? Skąd wiedziałem....
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Andrzej Śliwowski 0
    To jest ta nawiedzona pani od igrzysk w Krakowie?Tez nie mają z kim rozmawiać.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (33)
Pokaż więcej komentarzy (36)
Pokaż więcej komentarzy (36)
Pokaż więcej komentarzy (36)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×