KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

MŚ Londyn 2017: To ma być perła mistrzostw. Dwaj Polacy w grze o medale

Takiego poziomu pchnięcia kulą, jaki mamy w tym roku, nie było od dawna, może nawet nigdy. Magiczna granica 22 metrów pęka wyjątkowo często. Dla Polaków pozostaje na razie nieosiągalna. Oby tylko do finału mistrzostw świata w Londynie.

Grzegorz Wojnarowski
Grzegorz Wojnarowski
PAP/EPA / FRANCK ROBICHON

Najlepszy wynik w sezonie - 22,65. Dwa pchnięcia powyżej 22,50, dwanaście powyżej 22, w wykonaniu czterech różnych zawodników. Na dwudziestym pierwszym metrze, oddzielającym kulomiotów niezłych od dobrych i bardzo dobrych, robi się już tłoczno. Nowozelandczyk Jacko Gill, którego najlepszy rezultat to 21,01, jest na światowej liście na 22. miejscu.

Lekkoatletyczne mistrzostwa świata zawsze mają kilka swoich pereł i w tym roku w Londynie taką perłą ma być finałowy konkurs pchnięcia kulą. W rolach głównych mają wystąpić Amerykanie - mistrz olimpijski z Rio Ryan Crouser i obrońca tytułu Joe Kovacs. Akces do podium zgłaszają rekordzista eliminacji, rodak Gilla Tomas Walsh (22,14) i Niemiec David Storl, który smak złota poznał sześć lat temu w Daegu, a przypomniał go sobie dwa lata później w Moskwie.

Dla Polaków przewidziano role drugoplanowe. Dla 25-letniego Michała Haratyka, który w tym sezonie pchnął już 21,88, a do finału wszedł bez najmniejszego problemu i z trzecim wynikiem (21,27), największym problemem może być brak doświadczenia z naprawdę wielkich imprez. Pochodzący z Cieszyna zawodnik jest jednak w życiowej formie, w ostatnich tygodniach zdobył mistrzostwo Polski i przesunął "życiówkę" o pół metra. A skoro w eliminacjach stać go było na ponad 21 metrów, w konkursie głównym powinno być jeszcze lepiej. Bo Haratyk to co najlepsze stara się zachować na najważniejsze pchnięcia.

Bukowiecki, złote dziecko polskiej lekkoatletyki, sprawia wrażenie, jakby zaczął treningi siłowe już wtedy, kiedy jego rówieśnicy leżakowali. W wieku 20 lat jest prawie 130-kilogramową górą mięśni, na "klatę" w serii podnosi ponad 200 kilogramów. W juniorach pobił wszystkie rekordy świata należące do Storla i Gilla. Seniorską kulą ustanowił już absolutny rekord Polski - 21,97 na halowych mistrzostwach Europy w Belgradzie. Na otwartym stadionie jego najlepszy wynik to 21,59.

ZOBACZ WIDEO Konrad Bukowiecki w nowej roli: Zrobiłem to pierwszy raz w życiu! (WIDEO)

Rozsądny, bystry i bardzo dojrzały jak na swój wiek szczytnianin dobrze wie, dokąd zmierza i że potrzebuje jeszcze czasu, żeby dojść do celu. Dlaczego jednak nie zaatakować już teraz, skoro los w końcu Bukowieckiemu sprzyjał i w dramatycznych okolicznościach dał mu awans do finału?

Mistrz Europy juniorów przed swoją trzecią, ostatnią próbą w eliminacjach, był poza czołową dwunastką. Przed pchnięciem ostatniej szansy w jego głowie pewnie pojawiła się myśl, że nieobecność w finale będzie jeszcze gorsza, niż trzy spalone próby w konkursie finałowym w Rio de Janeiro rok wcześniej. Nie mógł do tego dopuścić. Z 20,11 poprawił się na 20,55 i wskoczył na dwunaste miejsce, ostatnie dające awans. O centymetr wyprzedził innego reprezentanta Polski, Jakuba Szyszkowskiego.

- Bardzo mi z tego powodu przykro, szkoda wielka. Już mu zapowiedziałem, że coś mu za to postawię. To mój dobry kolega i szkoda tego, bo Kuba bardzo ostatnio się poprawił. Była ogromna szansa na trzech Polaków w finale - mówił Bukowiecki po eliminacjach.

Poza Bukowieckim słabo wypadł też wspomniany Kovacs. Zawodnik, którego normalny poziom to około 22 metry, uzyskał tylko 20,67. Tak jak Polak nie osiągnął minimum kwalifikacyjnego i awansował z małym q. Po zawodach nasz reprezentant porozmawiał sobie z utytułowanym kolegą z Pennsylvanii, a ten podniósł go na duchu.

- Świetnie podsumował, że nie jest ważne, kto miał duże q, a kto małe, bo w niedzielę jest nowy konkurs. I bez znaczenia, czy ktoś pchnął w eliminacjach ponad 22 metry, czy 20,55 - mówił zawodnik Gwardii Szczytno.

Te ponad 22 metry Walsha zrobiły wrażenie na konkurentach, ale i tak faworytem numer 1 jest Crouser. Urodzony w Portland w rodzinie miotaczy (ojciec był dyskobolem, jeden z wujów kulomiotem, drugi oszczepnikiem, podobnie jak dwaj kuzyni) 24-latek to prawdziwy "potwór". Ma ponad dwa metry wzrostu, a stosuje technikę obrotową, zadając kłam teorii, że tak wysocy zawodnicy są zbyt duzi, by zmieścić obroty w kole i muszą pchać doślizgiem. Obroty kręci wolno, a i tak posyła kulę najdalej na świecie. Jego rekord życiowy, ustanowiony 25 czerwca w Sacramento, to 22,65.

Są tacy, którzy twierdzą, że Crouser planuje w Londynie atak na rekord świata. Ten od 1990 roku należy do Randy'ego Barnesa i wynosi 23,12. Jest jednak skażony dopingiem, na którym wpadał później rekordzista.

Crouser pcha dalej, niż najlepsi amerykańscy miotacze ostatnich lat, a różni się od nich tym, że sprawia wrażenie pozbawionego układu nerwowego. Christian Cantwell, Reese Hoffa czy Ryan Whiting zwykle jeździli na najważniejsze imprezy jako wielcy faworyci, a wracali bez złotych medali. Crouser na igrzyskach w Rio sprawę złota załatwił już w drugiej próbie. Wszystkie próby miał ważne, w trzech z sześciu osiągnął ponad 22 metry.

Teraz wydaje się, że jeżeli mistrz olimpijski zrobi swoje, czyli uzyska 22,5 metra lub więcej, będzie poza zasięgiem wszystkich poza Joe Kovacsem. Ale jeśli będzie się kręcił w okolicach 22 metrów, do walki mogą się włączyć Walsh, trzeci z Amerykanów Darrell Hill, Storl i Polacy. Rzutów na odległość 21,88, 21,95 czy 21,97 trochę już w naszej historii mieliśmy. Najwyższy czas dołożyć kilka centymetrów.

Czy Polacy staną na podium konkursu pchnięcia kulą na lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Londynie?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna
Komentarze (0)
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×
    Sport na ×