KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Mariusz Pudzianowski: W życiu trzeba mieć cel

- Od dziecka miałem wpojone, że w życiu trzeba pracować. Jak będziesz pracował, to będziesz coś miał. Proste - mówi Mariusz Pudzianowski. W sobotni wieczór na gali KSW 61 były strongman stoczy kolejną walkę w formule MMA.
Artur Mazur
Artur Mazur
Mariusz Pudzianowski Materiały prasowe / kswmma.com / Na zdjęciu: Mariusz Pudzianowski

Artur Mazur, WP SportoweFakty: Czy łatwo jest być Mariuszem Pudzianowskim?

Mariusz Pudzianowski, były strongman, zawodnik MMA: Nie, to nie jest łatwa sprawa. Mam twardy charakter i kiedy postawię sobie jakiś cel, muszę go zrealizować. A to zazwyczaj wymaga wiele pracy.

Mam wrażenie, że codziennie stawiasz przed sobą jakiś cel. I to nie jeden.

Lubię coś robić, realizować się w jakiś sposób. Wstaję wcześnie rano, robię delikatne rozbieganie, bo lubię. Lepiej się po tym czuję i mam dłuższy dzień. Później praca w firmie, gospodarstwie. Jak nie pracuję tak, to inaczej. To wszystko sprawia mi przyjemność. A dopóki jest przyjemność, to człowiek się nie męczy.

Jesteś pracoholikiem?

Ktoś z boku może tak powiedzieć. Ale człowiek to takie stworzenie, które musi mieć cel i jakieś zajęcie. Bez tego zaczyna mu się przewracać w głowie i myśli o głupotach. To jest udowodnione. Nie da się normalnie żyć bez jakiegoś celu, bo do głowy zaraz przychodzą jakieś wariactwa i pokusy, a tych jest dookoła wiele. Można szybko popłynąć, dlatego ja się nie zmieniam. Robię to, co robiłem do tej pory.

ZOBACZ WIDEO: Artur Szpilka w KSW? Łukasz "Juras" Jurkowski wprost: muszę z nim porozmawiać

Czy to jest twoja własna dewiza życiowa, czy wpojono ci ją w domu?

Takie rzeczy zawsze wynosi się z domu. Dziecko to czysty i chłonny umysł - taki komputer, na którym zapisujesz dane. Jak na ten dysk wrzucisz jakieś rzeczy, to one raczej zostaną na nim już na zawsze. I ja od dziecka miałem wpojone, że w życiu trzeba pracować: jak będziesz pracował, to będziesz coś miał. Proste. Od małego tata i mama dawali mi zadania. Jak je wykonałem, dostawałem nagrody: lody, kasę. To we mnie zostało dziś. Jest praca, jest nagroda. Nie ma pracy, nie ma nagrody.

Czy dużo pracowałeś w dzieciństwie?

Wychowałem się na wsi w rodzinie robotniczej. Mama pracowała w służbie zdrowia, ojciec w spółdzielni kółek rolniczych. Odbębniali osiem godzin, a później wracali do domu, gdzie pracowali w gospodarstwie. Jak tylko mogłem, zawsze im pomagałem, żeby niczego nie brakowało. I to we mnie zostało. Dziś niczego mi nie brakuje, ale wciąż pracuję, bo lubię.

A czego nie lubiłeś robić jako dziecko?

Była jedna taka rzecz, którą wtedy chyba można było nazwać moją traumą, ale dziś się z tego śmieję. Nie znosiłem zrywać truskawek. Zbiór zawsze wypadał w wakacje, był upał, a ja musiałem sterczeć w grządkach z koszykiem. Cały dzień, zgięty w pół albo na kucąco. Bolały mnie plecy, nie chciało mi się, ale nie miałem wyjścia, bo rodzice chcieli w życiu do czegoś dojść. Było ciężko, ale po wykonanej pracy zawsze czekał jakiś bonus. Teraz to doceniam.

Lubiłeś wykonywać pracę, która wymagała krzepy?

Wśród rówieśników zawsze byłem najsilniejszy. Widziałem, jak ojciec trenował ciężary i w 4. klasie sam zacząłem wyciskać sztangę na leżąco. Silne chłopisko ze mnie było. Potrafiłem coś dźwignąć, a jak się szarpaliśmy z chłopakami, to też raczej wygrywałem. Jak coś trzeba było przenieść, podchodziłem, po prostu to brałem i przenosiłem. Jako kilkuletni dzieciak mogłem bez problemu dźwignąć 20-kilogramową skrzynkę z jabłkami. Trochę tej siły było.

Zamieniłbyś to dzieciństwo na inne?

Nie! Tylko czasami brakowało mi tego luzu, bo inni jechali gdzieś na wakacje, a ja zapieprzałem. Dziś patrzę na to inaczej, bo wiem, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Choćby mnie wysłali na Syberię i dali do ręki tylko siekierkę, to bym tam przeżył. Gdybyś wysłał tam kogoś wychowanego w dzisiejszych czasach, to by zginął. Jak patrzę na obecne metody wychowawcze, to mi się słabo robi. Przychodzi ojciec z roboty, rzuca telefon i mówi: masz, pobaw się. Kiedyś siedzę u znajomego, dzwoni jego 21-letni syn i mówi: tato, jak się zmienia koła w samochodzie? Udawałem, że tego nie słyszę. Jak chłopak może nie wiedzieć takich rzeczy?!

Rozumiem, że ciebie motoryzacja pasjonowała od małego.

No pewnie! Jak miałem 12 lat, odkopałem u dziadka w komórce WSK-ę i zaczęliśmy ją remontować, naprawiać, składać, rozkładać. Sami dorabialiśmy podkładki, z czego się dało. Kiedy miałem 10 lat, potrafiłem już spawać, używać wiertarki, naprawić rower. Później bawiliśmy się w rozkręcanie traktorów i inne najróżniejsze rzeczy, bo mnie to ciekawiło. Dziś 14-latek nie potrafi odpalić kosiarki do trawy, ale to nie jest jego wina. To rodzice tak wychowują dzieci. Cieszę się, że mnie uczono czegoś innego.

Czy byłeś wychowywany twardą ręką?

Czasem obrywałem, ale wszystko odbywało się w granicach zdrowego rozsądku.

A miałeś za co obrywać?

Byłem urwisem i się tego nie wstydzę. Raz na tydzień albo dwa mama była wzywana do szkoły. A jak odstawiłem coś grubszego, to ojciec musiał iść. Wiadomo, że po takich akcjach musiałem swoje na grzbiet przyjąć i od razu byłem wyprostowany. A do głowy przychodziły najróżniejsze cuda.

Jakie?

Jak to z chłopakami bywa - nie brakowało awantur. A to ja kogoś kopnąłem, a to ktoś mnie kopnął. Raz mnie jeden kolega wkurzył i rzuciłem w niego plecakiem. Problem się zaczął, kiedy się uchylił. Koleżanka oberwała w twarz, uderzyła głową o ścianę i od razu matka została wezwana do szkoły. Innym razem zaczęliśmy się z kumplem szarpać dla zabawy, a że miałem trochę siły, to niechcący rozerwałem mu kurtkę. I się zaczęło! Poszedł do domu, matka na niego wjechała, że nową kurtkę rozerwał. "Ale to nie ja, to Pudzian kurtkę rozerwał". Rodzice faktów nie znali, ale wyrok wydali. "Ty taki, nie taki, koledze kurtkę rozerwałeś"! Po tych wszystkich akcjach mama nawet nie chciała słuchać tłumaczeń. Chwyciła ścierę i przegoniła mnie trzy rundy wokół stołu. Ale efekt osiągnęła, bo już nigdy kurtki się nie rozrywały. Teraz się z tego śmieję i mam ogromny szacunek do rodziców za to, jak mnie wychowali.

Kiedy zrozumiałeś, że sport będzie sposobem na życie?

Nigdy tak do tego nie podchodziłem. To wyszło samo z siebie. Skończyłem liceum ekonomiczne i pracowałem w banku. Zwykłe przerzucanie papierów. Ale już wtedy trenowałem karate, z którego musiałem zrezygnować, bo brakowało kasy. Startowałem też w zawodach wyciskania sztangi. W województwach skierniewickim, łódzkim i warszawskim wiedzieli, że jestem jednym z najsilniejszych chłopów. To była końcówka lat 90. i wtedy w Polsce pojawiły się zawody strongmanów. Zobaczyłem je u kolegi w Eurosporcie, bo miał satelitę. Każdy z tych napakowanych gości wyglądał jak Herkules. Podnosili głazy, opony, przeciągali samochody. Postanowiłem spróbować. Na pierwsze zawody pojechałem w maju 1999 roku. Pierwszego dnia na 15 chłopaków z kilku województw byłem drugi. Dzień później - drugi. Trzeciego dnia - pierwszy.

Co dostałeś za pierwsze zwycięstwo?

Wiadro odżywek i mikrofalę. Ale na tamte czasy to było coś. A poza tym byłem dumny, bo miałem 21 lat i rywalizowałem z końmi, którzy ważyli po 140 kilogramów, byli trójboistami, ciężarowcami, czynnymi zawodnikami. I ja z nimi wygrywałem! Po czterech tygodniach startów zrobiłem mistrzostwo Polski. Od tamtej pory zacząłem dominować. W Polsce nie było na mnie mocnych. Na pierwszych mistrzostwach świata też pokazałem się z dobrej strony i zaczęli mnie zapraszać. A jak już zaprosili, to przez 10 lat nie schodziłem z podium.

Kiedy przyszły pieniądze, które zaczęły cię satysfakcjonować?

Od 1 maja 1999 roku startowałem prawie co tydzień. Wygrywałem i zawsze coś przywoziłem: mikrofala, telewizor, antena satelitarna. Wtedy to było coś! Jak taką antenę powiesiłeś na domu, to dwa i pół gościa byłeś. Nagle się okazało, że w ciągu miesiąca zarobiłem cztery normalne wypłaty. Zaczęli mnie zapraszać: jedne zawody, drugie, trzecie, czwarte. Po sukcesie na drużynowych mistrzostwach świata otworzyły się nowe możliwości. A później wszystko zaczęło się toczyć.

Ale kariera wyhamowała. W 2000 roku trafiłeś za kratki.

Wróciłem z mistrzostw świata, gdzie na 100 chłopa zająłem 4. miejsce. Ale trafiłem w złe towarzystwo. Wtedy trenowałem boks u takiego chłopaka, który był takim miejscowym bossem. Zaczął się o mnie brzydko wypowiadać. Doszło do zwykłej bójki, jakich było wiele. Chcieliśmy sobie coś wyjaśnić. Później oskarżył mnie o kradzież zegarka i łańcuszka za tysiąc złotych. Skazali mnie za pobicie z kradzieżą, z czego dopiero później zostałem uniewinniony. Ale swoje musiałem odsiedzieć.

Dokładnie 18 miesięcy. Co było najtrudniejsze?

Bezradność. Łatwo tam trafić, ale trudno się wychodzi. Wszystko trwa. Jak chciałeś wyjść na przepustkę, to musiałeś liczyć na czyjąś łaskę. Albo odpisze na pisemko, albo nie odpisze. Chociaż minęło 20 lat, pamiętam tę odsiadkę do dziś. Wiesz, co to znaczy jeść śmierdzącą pasztetową z czerstwym chlebem i popijać ją czarną kawą? A czasami było jeszcze gorzej, bo człowiek kładł się spać o głodzie. Trzeba się było jakoś odnaleźć w tej bezradności. Ja chodziłem własnymi ścieżkami i wybrałem trening. A że byłem spokojny, nikogo nie zaczepiałem, to administracja pozwoliła mi korzystać z siłowni.

Podobno urządzenia nie wytrzymały zderzenia z twoją siłą.

Powyginałem sztangi, ławeczki zaczęły się rozpadać. Siłownia okazała się niewystarczająca i poprosiłem dyrekcję o zgodę na dowiezienie własnego sprzętu. Bracia mi przywieźli hantle po 50 kilogramów każdy. Zazwyczaj takie rzeczy na teren zakładu wnosiła administracja, ale nikt się nie chciał podjąć dźwigania tego żelastwa. Wziąłem po 50 kilo do łapy i przeszedłem 300 metrów przez spacerniak, korytarze, schody. Dziś traktuję to z przymrużeniem oka. Wciąż mam kontakt z pracownikami zakładu karnego. Są dumni, że w jakiś sposób dołożyli cegiełkę do moich sukcesów. Wiedziałem, że jak wyjdę, to kariera czeka na mnie otworem. Dwa miesiące po wyjściu zdobyłem mistrzostwo Polski. Później był tytuł mistrza Europy, świata, puchar świata. Zgarnąłem wszystko, co było do zgarnięcia.

Ale zgrzyt znów się pojawił. W 2004 roku zostałeś zdyskwalifikowany za doping.

Byłem niewygodny, bo nie chciałem się dzielić z organizatorami mistrzostw świata (IFSA - red.) kasą od moich osobistych sponsorów. Nie odprowadzałem prowizji i nagle się okazało, że na 100 chłopa tylko Mariusz został złapany na dopingu. Ale nie to było najciekawsze w tej aferce.

A co takiego?

Nikt od nas nie pobierał próbek na obecność niedozwolonych substancji! Żadnych badań nie było i mnie za doping zawiesili. Ale jaki doping, jak nikt mi próbek nie pobrał?! Postawiłem się i zapowiedziałem, że nie będę startował na mistrzostwach Polski. Ugięli się.

Zdobyłeś pięć tytułów mistrza świata. Który smakował najlepiej?

Ten ostatni, dlatego że najtrudniej było go zdobyć. Miałem kontuzję, występ nie był pewny, wszystko wisiało na włosku. Do ostatniej konkurencji wychodziłem ze stratą pół punktu do lidera. Zdecydowała kula. Wygrałem i cieszyłem się jak nigdy.

Dlaczego rzuciłeś rywalizację w strongmanach?

To wszystko mnie znudziło, bo musiałem się postarać, żeby przegrać. Wygrywałem niemal wszystko. W Polsce nie było na mnie kozaka. Musiałbym wyjść ze złamaną nogą, żeby ktoś mnie pokonał. Potrzebowałem nowego celu, wyzwania. Wtedy MMA raczkowało. Kiedy byłem na jednej z gal, to w hali było kilkaset osób. Podczas mojego debiutu na KSW 12 w hali było kilka tysięcy.

Czego cię nauczyło MMA?

Niczego nowego. Znów się okazało, że trzeba ciężko pracować na sukces. Okazało się też, że ja muszę wykonać podwójną pracę, żeby przekształcić swoje ciało ze sportu siłowego na wytrzymałościowy. To było zabójcze zadanie.

Chciałeś kiedyś rzucić MMA?

Nie, ale miałem dość treningów. Czekałem na efekty ciężkiej pracy i zadawałem sobie jedno pytanie: kiedy ja w końcu wytrzymam 3 rundy w dobrym tempie i będę miał siłę, żeby udzielić wywiadu? Na początku było tak, że po pierwszej rundzie głowa chciała, a ciało mówiło "nie, dość". Po walce z Yusuke Kawaguchim nie wiedziałem, gdzie jestem. Wygrałem, zszedłem do szatni, ale dopiero tam się obudziłem.

Kiedy byłeś najbardziej dumny po zwycięstwie?

Chyba nigdy tak do końca nie byłem dumny. Najfajniejsze jest to, że z walki na walkę coraz lepiej mi się trenuje. Ciało mi pozwala na różne treningi i techniki. Kiedyś zdychałem po pierwszej rundzie i tylko spoglądałem na stoper. Dziś wchodzę do klatki i nie pytam o dystans walki. Po prostu się leję!

A co czujesz, kiedy wchodzisz do klatki?

Wtedy nie widzę niczego, co mnie otacza. Nie ma kibiców, sędziów, kamer, całej tej otoczki. Jest tylko przeciwnik. Ale fajny jest moment przed wejściem do klatki. Wtedy zawsze zadaje sobie to samo pytanie: co ja tu robię?! I tak już od 12 lat. "Po cholerę ci to?! Zęby ci wybiją, kości połamią". Ale klatka się zamyka i nie ma wyjścia. Niech się dzieje, co chce. Jestem tylko ja i przeciwnik.

Czy jest coś, czego się obawiasz przed sobotnią walką z Łukaszem Jurkowskim?

Tylko jednej rzeczy. Boję się, że jak już "odpalimy te wrotki", to możemy sobie zrobić zbyt dużą krzywdę. Nie boję się złamanej ręki czy nogi. Oby tylko na tym się skończyło. I niech wygra lepszy, ale lepszy będzie ten, kto będzie miał większą fantazję i solidniej odrobił pracę domową.

Polub Sporty Walki na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (9)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×