KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

#DziałoSięWSporcie. Mroczna strona wyścigu w Indianapolis. Gordon Smiley nie posłuchał weteranów

Bob Fletcher i weterani Indianapolis przez cały tydzień ostrzegają Gordona Smileya, który szykuje się do wielkiego wyścigu. Powtarza im, że przekroczy barierę 200 mil na godzinę albo zginie.

Maciej Siemiątkowski
Maciej Siemiątkowski
Gordon Smiley Getty Images / Bob Harmeyer/Archive Photos / Na zdjęciu: Gordon Smiley
Bob Fletcher, właściciel zespołu Gordona Smileya, ma bardzo złe przeczucia. Tydzień wcześniej świat opłakiwał śmierć na torze Gillesa Villeneuve'a, a dziewięć lat wcześniej podczas wyścigu zginął jego kierowca, Art Pollard. 15 maja 1982 roku na torze w Indianapolis Fletcher rozmawia ze Smileyem. Jest naładowany emocjami, za wszelką cenę chce zakwalifikować się do wyścigu Indianapolis 500. Powtarza, że przekroczy barierę 200 mil na godzinę albo zginie próbując.

Smiley ma 36 lat. Jako junior cztery razy został mistrzem USA w kategorii SCCA (Sports Car Club of America). W latach 70. wyjechał do Wielkiej Brytanii, w 1979 roku wygrał wyścig brytyjskiej Formuły 1 na legendarnym torze Silverstone. Wraca do Stanów Zjednoczonych z zamiarem wygrania wyścigu Indy. Pierwsze dwie próby kończą się awarią aut, kierowca kończy je na 25. i 22. miejscu.

Wierzy, że uda mu się za trzecim razem. Przed kwalifikacjami rozmawia z weteranami wyścigu. Ostrzegają, żeby wyzbył się swoich nawyków i w razie utraty przyczepności, nie próbował odzyskać kontroli nad autem za wszelką cenę. Nie posłuchał. Gdy na drugim okrążeniu pomiarowym traci kontrolę nad swoim Marchem, próbuje dokonać korekty. Na zakręcie nr 3 z impetem uderza w betonową ścianę. W momencie samochód staje w ogniu i rozpada się na kawałki. Smiley ginie na miejscu.

ZOBACZ WIDEO: Jaka sytuacja panuje w klubie Krzysztofa Piątka? Asystent Jerzego Brzęczka: "Krzysiek cierpi"

Relacje świadków są wstrząsające. Wśród widowni zapanowała przerażająca cisza. - Kask został wyrwany siłą z głowy kierowcy przez ogromne uderzenie. Zawiozłem rozpłatane ciało do kliniki medycznej na torze. Po kilku badaniach odkryłem, że prawie wszystkie kości w jego ciele były pokruszone, a narządy w środku pocięte. Wyglądało to, jakby został zaatakowany przez wielkiego rekina - mówi medyk Steve Olvey.

To jeden z najbardziej wstrząsających i najtragiczniejszych wypadków w historii sportów motorowych. Dzień po śmierci Smileya "The New York Times" atakuje organizatorów wyścigu. Apelują o zmiany, zanim na torze zginie kolejny kierowca. Miesiąc później Riccardo Paletti ginie podczas Grand Prix Kanady F1. W sierpniu podczas rajdu Milwaukee Mile na torze umiera Jim Hickman.

Dzień po śmierci Smileya niewielu kierowców wróciło na tor Indianapolis. Wyścig odbył się jednak 30 maja zgodnie z planem. Wygrał go Gordon Johncock.

Inne teksty z serii #DzialoSieWSporcie.

Sprawdź też nasze cykle Sportowe rewolucje i Pamiętne mecze.

Polub Sporty Motorowe na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (0)
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×
    Sport na ×