Kokpit Kibice
Muszę być pierwszy
Getty Images / Patrick Smith / Na zdjęciu: Paweł Fajdek
Paweł Fajdek Paweł Fajdek

Muszę być pierwszy

Strasznie lubię wygrywać. Od małego nie znosiłem przegrywać. A jeśli stało się tak przez głupotę kolegów, działało mi to na nerwy. Stwierdziłem, że łatwiej będzie w sporcie, w którym wszystko zależy ode mnie. Rzut młotem był dla mnie zbawieniem.
"Drużyna Mistrzów" to cykl artykułów najwybitniejszych polskich sportowców - o karierze, sławie, sukcesach i porażkach. Co tydzień będziemy publikować wyznania kolejnych Mistrzów. Dziś Paweł Fajdek

W gimnazjum nadeszła kulminacja. Byłem po wypadku rowerowym. Zdarłem sobie skórę z palca, do mięsa. Paznokieć do dziś jest krótszy od reszty. Wtedy połowy kciuka nie miałem. Owinąłem rękę bandażem, rana była świeża. Kość na wierzchu, ale byłem gotowy.

W turnieju międzyklasowym w piłkę nożną grałem tak w dwóch meczach. Doszliśmy do półfinału i wuefista, wychowawca klasy, na którą trafiliśmy, a jednocześnie organizator zawodów, ściął mnie wzrokiem i rzucił spod byka: "W gipsie nie zagrasz". Ja w szoku. "Przecież to bandaż, wcześniej normalnie biegałem" - mówię mu. "Nie".

Do tego człowieka nie trafiały żadne argumenty. Najpierw prosiłem. Później przekonywałem, tłumaczyłem. Dla mnie nauczyciel nie był gościem nie do tknięcia, tylko do rozmowy. W końcu szlag mnie trafił. Pojechałem ostro, pocisnąłem mu przy wszystkich rodzicach.

Zresztą, to nie była moja pierwsza scysja z nauczycielem. W podstawówce też mnie jeden wuefista nie chciał słuchać. Całego mnie nosiło. "Nie? No to patrz, baranie" - zagotowałem się. Stanąłem na środku boiska, tak żeby wszyscy widzieli. Energicznym ruchem opuściłem krótkie spodenki do kostek, wypiąłem się i pokazałem mu gołą dupę.

Widziała to z boku Jola Kumor, pani trener. Powiedziała mi później, że takiego charakteru nie mogła odpuścić. Od tego momentu zaczęła mnie namawiać na rzut młotem. Trochę jej to zajęło.




Rower w rowie

Piłka była naturalnym wyborem, graliśmy w nią całe dzieciństwo. Na plaży, w ogródku. Kopyto zawsze miałem. Byłem na paru treningach w klubie z okolicy - w KS Zjednoczeni Żarów. Pozostawał jednak mały problem: nienawidziłem gier zespołowych. Zawsze miałem swoje zdanie, byłem mocno krytyczny wobec innych. Powiem tak: nie zgadzaliśmy się z chłopakami, a zdrowie psychiczne jest jednak cenniejsze. Oni przez moje darcie się nie lubili mnie.

W szóstej klasie przegraliśmy turniej klasowy przez dwóch takich, co uważało się za super dobrych. Stwierdziłem, że nie ma to sensu, bo tracę za dużo nerwów. Strasznie lubię wygrywać. Od małego rywalizacja była dla mnie normalna i nie znosiłem bycia za kimś. A jeżeli stało się tak przez głupotę kolegów, to jeszcze bardziej działało mi to na nerwy. Stwierdziłem, że może będzie mi łatwiej w sporcie, w którym wszystko zależy ode mnie, a nie od widzimisię kolegów, którzy najczęściej nie podają ci piłki, bo myślą, że są lepsi.

Tata próbował namówić mnie na rower. Dużo jeździł i bardzo chciał, żebym też to robił. Pamiętam taki podjazd pod górkę między Bożanowem a Wierzbną. Dwa lata starszy brat i ojciec zawsze byli szybsi, ja ciągnąłem się gdzieś z tyłu. Do tego miałem jeszcze strasznie zajechany rower. Ciągle mi odjeżdżali, co tylko mnie drażniło. Zatrzymałem się. Krzyczę do nich: "Albo na mnie czekacie, albo z wami nie jeżdżę". Nikt nie zareagował.

Pizgnąłem ten rower do rowu i wróciłem na chatę z buta. W ten sposób po karierze piłkarskiej zakończyłem w moim życiu również kolarski etap.

Rzutnia z drutu

- Słuchajcie, młotem chcę rzucać - mówię któregoś razu w domu. Zadowolenia na twarzach rodziców nie było. Mama w ogóle traktowała sport z dystansem. Dla niej tylko zajmował mój czas. Jak to mama - chciała, żebym się uczył i znalazł dobrą pracę. No i żebym jedynkę poprawił w szkole. W nauce asem nie byłem, wolałem pokombinować. Niby się uczyłem, a jednym okiem patrzyłem na telewizor. Pomógł dopiero argument w stylu: "Jak nie poprawisz ocen, to nie pójdziesz na trening".

Zaczęło się u mnie w Żarowie. Rzucaliśmy bardzo prowizorycznym młotem. Linki sami robiliśmy z drutu, który się rozciągał. Te "cycki" służące do przymocowania linki na ogół są króciutkie. W tamtym miały aż trzy centymetry. Rączkę też gdzieś znaleźliśmy.

Paweł Fajdek
"Raz to z bratem pękliśmy totalnie. Czasy takie, że czekało się po kilka dni na telefon z innego kraju. Nosiło nas, nie mogliśmy się doczekać połączenia z mamą. Zbliżały się święta, tęskniliśmy. Mama zaczęła smutnym głosem. W końcu wydusiła z siebie, że nie da rady przyjechać na Wigilię. Poryczeliśmy się"
Paweł Fajdek

Rzutnia była zrobiona z drucianej siatki ogrodowej. W klubie rozciągnęli ją na starych latarniach, miała jakieś trzy metry wysokości. Tyle udało się ze złomu wytargać. Nie było to zbyt bezpieczne, ale radziliśmy sobie. Mieliśmy dwa młoty na dziesięciu chłopa. Nie można tego nazwać treningiem, bo oddawaliśmy po osiem rzutów dziennie. Na więcej nie było czasu, bo robiło się ciemno. Na stadion, po drugiej stronie Żarowa, jeździłem na rolkach albo hulajnogą. Biegać mi się nie chciało.

Ogórki za 3 złote

Żyliśmy w małym mieszkaniu. 45 metrów na cztery osoby. Mieliśmy z bratem pokoik na spółę: dwa i pół metra na cztery. W nim trochę mebli, a jak rozłożyliśmy łóżko, wersalka stykała się z szafą. Spaliśmy razem z Dawidem w jednym wyrze.

Jak podrośliśmy, zamieniliśmy się na kuchnię, która była dwa razy większa. Starą przerobiliśmy na nasz pokój, a z naszej poprzedniej klitki zrobiliśmy kuchnię. Rodzice spali w salonie.

Niczego nam nie brakowało. Miałem fajne dzieciństwo. U nas mówiło się jednak: "Chcesz mieć, to zarób". Na szóstkę w totka czekają miliony Polaków.

No to zarabiałem. Jeździłem do pobliskich wsi obok Żarowa. Na trzy godziny na ogórki, w wakacje na 5.50 rano. Wstawałem o 5, jadłem śniadanie i w drogę rowerem. Trzeba to było z rana zrobić, zanim słońce to wszystko popali. Ekipa od zbierania też była niesamowita. W zasadzie same żule. Myślę, że miałem styczność już z każdą warstwą społeczną i - co ciekawe - każdy coś mądrego mi powiedział. Żul też.

Rozejrzał się któregoś dnia, wypuścił dym z papierosa i się uśmiechnął. "Ktoś to musi zrobić, młody" - uniósł czoło. Prawda. Rolnik sam nie ogarnie, maszyny nie zbiorą, a nikt za 3 złote za godzinę nie przyjdzie tego machnąć. A ja byłem w potrzebie.

Plecy bolały, ale na obóz sportowy uzbierałem.
ZOBACZ WIDEO: Jolanta Kumor: Największą siłą Pawła Fajdka są... porażki




Smutny telefon

Mama i tata ciężko pracowali. Ojciec robił swoje w robocie: czyli na budowie i przy kranach, a później jeszcze po godzinach. Mało spał.

Mama nas wychowywała i wyjeżdżała pracować za granicę na parę miesięcy. Miała problemy z kręgosłupem, były też ograniczenia kilogramowe i to się w naszych zakładach pracy nie podobało. Obniżali pensję, zmieniali stanowiska, kombinowali. Dlatego mama szukała zarobku gdzie indziej. Jeździła na przykład do Grecji czy do Niemiec, do siostry. Pracowała w kuchni i jako kelnerka.

Raz z bratem pękliśmy totalnie. Czasy takie, że czekało się po kilka dni na telefon z innego kraju. Nosiło nas, nie mogliśmy się doczekać połączenia z mamą. Zbliżały się święta, tęskniliśmy. Mama zaczęła smutnym głosem. W końcu wydusiła, że nie da rady przyjechać na Wigilię.

Poryczeliśmy się.

Po tej sytuacji na kilka lat przestała wyjeżdżać. Gdy podrośliśmy, znowu zaczęła.

Śluby i pogrzeby

Pracowałem od małego. Najczęściej pomagałem tacie. Lubiłem siedzieć w rurkach hydraulicznych i przy wykończeniówce. Sprawiało mi to przyjemność, fajnie coś stworzyć, dlatego poszedłem później do szkoły budowlanej. Dzięki pracy z ojcem udało się gdzieś pojechać i dwie stówki wpadły w miesiącu.

Z ojcem, bratem, wujkiem i drugim wujkiem - dom postawiliśmy. Przed mistrzostwami świata juniorów w Bydgoszczy (2008 r. - przyp. red.) każdą wolną chwilę między obozami spędzałem na budowie. Większość zrobiliśmy sami. Nosiło się pustaki, krokwie, wciągało się je na dach. Po dachu łaziłem, gwoździe przybijałem. Gdybym musiał, to bym sobie sam dom zbudował.

Roboty się nie bałem. Nieraz się ciągnikiem jeździło. U rodziny zbierałem liście tytoniu, nabijałem je na druty i suszyłem.

Dziesięć lat byłem też ministrantem - razem z bratem i kilkoma kolegami z klubu. Rozkładałem szaty przed nabożeństwem. Przychodziłem do kościoła przed księdzem i ogarniałem wszystko do mszy. Chodziło się na śluby, pogrzeby, po kolędzie. Zdarzyło się, że ktoś na ślubie sypnął ministrantom, po dyszce, po dwie. Tak się zbierało kasę.

Traktowałem to poniekąd jako pracę. Jedno mnie wkurzyło później - zmienił się ksiądz i nowy wprowadził punktację. Lepsze ulice były dla tych, którzy uzbierali więcej punktów w ciągu całego roku. Chore rzeczy! Wtedy już zacząłem wyjeżdżać na obozy, miałem treningi, zawody wypadały niejednokrotnie w sobotę lub niedzielę - wtedy, gdy śluby. No i punkty mi uciekały.

Przez to wychodziło z punktów, że mogę iść po kolędzie tylko dwa razy, a nie dziesięć. Nie myślałem jednak, żeby "pójść" w Kościół. Fajną mieliśmy ekipę i - do czasu - fajnego księdza.

Dwa inne buty

Z kasą to w ogóle były jaja. Z początku dostawałem jeszcze stypendium. Uwaga: około 70 złotych miesięcznie. Można zaszaleć, co?

Chodziłem do banku z kwitkiem raz na cztery tygodnie. W okienku mówiłem pani, że jestem Fajdek i dostawałem pieniądze w kasie.

25 złotych szło od razu na korkotrampki. Obcinałem nożem gumowe korki na podeszwie i miałem buty do treningu na betonie. Szybko się wycierały. Wytrzymywały ledwo miesiąc. Do następnej "wypłaty". Raczej trudno z takiej kwoty coś zaoszczędzić. Kupowałem jeszcze wodę, paczkę czipsów i najczęściej kasa znikała tego samego dnia.


Paweł Fajdek z córką Lailą / fot. Instagram
Paweł Fajdek z córką Lailą / fot. Instagram
Profesjonalne buty kosztowały czterysta złotych. Na pierwszy model Asicsa uzbierałem, gdy miałem 15 lat. Kupiłem je po zawodach we Wrocławiu, na stadionie. Mieli dwa różne buty: jeden z pomarańczowymi wykończeniami, drugi ze złotymi. Zniżkę na nie dostałem w wysokości dziesięciu złotych. Na szczęście rozmiar się zgadzał.

Żal mi było je zakładać. Robiłem to tylko na zawody lub treningi sezonowe, te kluczowe. Później nie mogłem się z nimi rozstać. Oddawałem je do szewca, który dziury zalewał gumą, a podeszwy łatał jakąś dziwną skórą.

Gdy zostałem medalistą mistrzostw Polski (2009 r. - przyp. red.), to skromne stypendium odebrał mi jeden pan z miasta. Stwierdził, że na mnie nie ma budżetu i trzeba wspomóc piłkarzy. Znałem chłopaków z drużyny, świetni ludzie, kibicowałem Zjednoczonym, ale to była okręgówka. Wyszła zawiść. Postępowanie tego gościa było czystym skurwysyństwem.

"Nic z ciebie nie będzie"

Młot od razu mi się spodobał, chociaż Jola Kumor namawiała mnie dwa lata do przyjścia na trening. Znała się z rodzicami, też ją kojarzyłem z wakacji u babci. Mieszkała na wsi po drugiej stronie drogi. Jej mąż z moim ojcem pracowali w jednym zakładzie.

Myślałem, że już od niej uciekłem, gdy poszła uczyć z mojej podstawówki do gimnazjum. Ale ja do tego gimnazjum też trafiłem. W pierwszej klasie we wrześniu poszedłem na trening i zostałem.

Rzut młotem był dla mnie zbawieniem, bo wszystko zależało ode mnie. Przez pierwsze 5 lat to była zabawa. Robiliśmy wszystko. Skakaliśmy w dal, grałem w ręczną, kosza, nawet w biegach ulicznych startowałem. Po prostu lubiłem być poza szkołą.

Po Edmonton, w 2001 roku, do Żarowa z obozu ze Szklarskiej Poręby przyjechał Szymon Ziółkowski. Powstawał u nas klub, a Szymon przyjechał z trenerem Czesławem Cybulskim na spotkanie z młodzieżą, by pokazać kilka ćwiczeń. Gdyby nie tamten dzień, to pewnie by mnie nie było w zawodowym sporcie. Od tego się zaczęło.

Szymon i trener nie widzieli we mnie potencjału. Cybulski mówił Joli, gdy ja stałem obok, że nic wielkiego ze mnie nie będzie. Kiedy zostałem czwartym juniorem świata, dzwonił i namawiał mnie, bym u niego ćwiczył. - Trenerze, niedawno miał trener inne zdanie - śmiałem się. - To niemożliwe, nic podobnego nie mówiłem - upierał się.

Szymon też mnie ładnie zgasił. W 2009 roku razem rzucaliśmy. - Ty pizdochlast jesteś - krótko mnie podsumował.

Starałem się Szymona gonić. Gdy rodzice zamontowali w mieszkaniu Neostradę, na okrągło oglądałem na komputerze jego jeden rzut z Kanady, który był rekordem Polski.

Kilka lat od spotkania w Żarowie Cybulski namawiał mnie, bym z nim trenował. Szymonowi zabrałem później rekord kraju, a teraz przygotowuje mnie do igrzysk olimpijskich w Tokio.


Paweł Fajdek i Szymon Ziółkowski w 2014 roku / fot. Tytus Żmijewski/PAP
Paweł Fajdek i Szymon Ziółkowski w 2014 roku / fot. Tytus Żmijewski/PAP
Show gimnazjalisty

Rodzice z czasem się przekonali. Po 3 latach treningu do Żarowa przyjechała ekipa z Bolesławca i Zgorzelca. Mocne chłopaki. W zawodach wygrałem w dwóch kategoriach: swojej i starszej, rzucając cięższym młotem.

A jeszcze tego samego dnia rano grałem w piłkę. Zrobiłem wślizg i zdarłem sobie całą nogę aż do uda. Krew się lała, skóra biała od wapna, a ja godzinę później rozgrzewam się na stadionie, rzucam młotem i wygrywam.

Mama i ojciec pierwszy raz na własne oczy zobaczyli, że naprawdę to lubię. Zaczęli się mocniej angażować. Pomyśleli, że może mieć to sens. Wystartowałem na tle koni, wielkich chłopów, jako najmłodszy w całej stawce. I młokos z 3 klasy gimnazjum zgarnął wszystko.

Przenoszenie Yarisa

Gdzieś w międzyczasie zdarzało się narobić trochę przypału sobie i rodzicom. W wieku szkolnym miałem pierwszą styczność z sądem i policją. Z trzema kolegami przenieśliśmy samochód nauczycielki tak, żeby nie mogła wyjechać. Podnieśliśmy tego jej Yarisa do góry, siły nie brakowało.

Nasz sprzęt startowy to 7,26 kilograma. Przy rzucie na 83 metry mamy praktycznie pół tony siły odśrodkowej.

Teraz dźwigamy sztangi po 190 kilo, nieraz po 200 z ziemi, a w przysiadach spokojnie ponad 200 kg. Jakby trzeba było, to bym malucha podniósł. Na przykład pralkę w domu sam podnosiłem.

Tamtą toyotę przestawiliśmy o trzy metry, między dwa inne samochody i drzewo. Ale się babka wściekła!

Dostałem grzywnę za zniszczenie mienia, trzeba było pokryć koszty rozprawy. Taka nauczka za głupotę.

Kiełbasa po Wojewódzkim

U trenera Cybulskiego przekonałem się, co to jest trening. Okazało się, że muszę zasuwać cztery razy bardziej, dzień w dzień. Nieraz, gdy niedziela miała być wolna, przychodził i mówił: "Za 15 minut na dole, trzeba nadrobić słabe rzuty." Oddawaliśmy po 50 w jednej sesji, a obozy trwały 6 tygodni. Byłem zajechany, ale to zaprocentowało.

Żeby trenować z panem Czesławem, przeprowadziłem się do Poznania. Początkowo mieszkałem w akademiku. Spędziłem w tym mieście sześć lat, a pierwsze dwa były mocno kryzysowe. Czułem się bardzo samotny, nikogo nie znałem, do tego dochodziła monotonia. Robiłem trening, wracałem do pokoju i nie miałem nic do roboty. Grałem na kompie, oglądałem telewizje albo robiłem ognisko.

Czasem jeździliśmy na obozy do Wolsztyna, w formie odskoczni, zmiany klimatu.

Skupiałem się na robocie, nie lubiłem ryzykować. Każdemu zdarza się robić głupoty, ale starałem się to ograniczać do totalnego minimum. Było mi żal, że nie mogę być normalnym nastolatkiem i bawić się ze wszystkimi. Wszyscy jeździli na ferie, wakacje, imprezy, różne festiwale typu Sunrise. A ja leżałem w wyrku i czekałem na trening. Dziękuję, pozdrawiam.

Wiedziałem jednak, po co to robię. Dwa lata później okazało się, że było warto, ponieważ zostałem mistrzem świata (2013 r. - przyp. red.).

Po tym osiągnięciu zrobiłem swój własny festiwal. W rodzinnych stronach tradycją był grill na koniec sezonu. Po mistrzostwie stwierdziłem, że teraz ja go wyprawię, tylko lepiej. Miało przyjść 40 osób, a wpadło prawie 120. No i tak żeśmy przez parę dni świętowali.

Działo się. Zrobiłem wesele bez panny młodej. W domu z dwadzieścia osób spało.

Jola narobiła bigosu w 50-litrowym garze. Karkówki żeśmy w wiadrach marynowali. Z marketu zwieźliśmy straszne ilości mięsa i alkoholu. Kolega do dziś śmieje się z jednej sytuacji. Jesteśmy w sklepie na dziale mięsnym, a kobietę za ladą zamurowało. Stoi, patrzy na mnie i mówi: "Jezus Maria... jak to się dzieje, że pan wczoraj był u Kuby Wojewódzkiego w telewizorze, a dzisiaj pan stoi tu i kiełbasę kupuje?!". Wyszła do mnie w fartuchu, w gumowych rękawiczkach, wyciągnęła telefon i zrobiliśmy sobie zdjęcie.

Wstyd

Trudno mi było po igrzyskach w Londynie (2012 r. - przyp. red.). Nie wiedziałem, jak sobie poradzić z porażką, odpadłem już w eliminacjach. Co teraz, jak ze szkoleniem, co z pieniędzmi? Trzeba będzie iść do roboty? Młody gówniarz byłem, 22 lata miałem, wystraszyłem się.

Ekipa od zbierania też była niesamowita. W zasadzie same żule. Myślę, że miałem styczność już z każdą warstwą społeczną i - co ciekawe - każdy coś mądrego mi powiedział. Żul też
Paweł Fajdek

Wstyd mi było strasznie. Zawiodłem rodzinę, wszyscy trzymali kciuki. W zwykłym meetingu nie zarobisz najwyżej trzech tysięcy dolarów za wygraną. Na igrzyskach patrzy na ciebie cała Polska i jest to obciążenie. Kraj ci płaci pieniądze, chcesz się odwdzięczyć...

Przez pierwszy dzień nawet nie wychodziłem z pokoju w wiosce olimpijskiej. Następnego dnia pojechałem do znajomego. Zostałem u niego dwa kolejne, na mały reset. Wróciłem, spakowałem się i wyjechałem do Polski. W domu układałem to sobie tydzień w głowie. Na pewno stałem się mocniejszy i mądrzejszy. Po to są porażki.

Do dziś mam napady, momenty zwątpienia. Patrzę za okno, deszcz pada. Na co mam ochotę? Walnąć się na wyro. Wtedy trzeba się czymś szybko zająć. Trener zawsze bierze mnie na ping-ponga, kosza, cokolwiek. Byle tylko ruszyć tyłek, nie dołować się i nie wymyślać na swój temat głupot w głowie.

Dziś wiem, że aby dostać się do światowej czołówki, trzeba dziesięć lat przepracować. Dziesięć lat zapieprzać.

Kaloryfer na brzuchu

Czy miałem kompleksy? Nigdy nie udało mi się zrobić kraty na brzuchu. Czy chciałem? Każdy chciał. Z bratem męczyliśmy w pokoju aerobiczną szóstkę Weidera. Zdarzało się, że się nawet odchudzałem, ale zabierało to metry w kole i stwierdziłem, że to głupota. Mam być najlepszy w sporcie, a nie wyglądać jak Adonis.

Gdy zrozumiałem, że mój czas na dziewczyny przyjdzie, od razu poczułem luz.

Tak jak wtedy, gdy wygarnąłem nauczycielowi. W półfinale odpadliśmy, a w meczu o trzecie miejsce już mogłem zagrać. Ciekawe, prawda? Wygraliśmy.

Odkąd pamiętam, nawet jak miały to być zawody szkolne, mówiłem: "Ja to wygrywam". Muszę być pierwszy. Nie dałbym sobie rady z myślą, że mogę być na przykład siódmy. Może pokazanie dupy i nawyzywanie wuefisty nie było wtedy super mądre, ale się nie poddałem. Wygrałem więcej niż mecz.




Komentarze (10)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×