Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Gdynia Open: Kangur pokonał Borsuka

Po zaledwie rocznej przerwie [tag=20517]Neil Robertson[/tag] powrócił na gdyński tron. Reprezentant Australii w całym turnieju prezentował znakomitą formę, a w finale rozgromił Marka Williamsa 4:0.
Grzegorz Lemański
Grzegorz Lemański

Rozgrywane w Polsce zawody z cyklu PTC są dla Robertsona niezwykle szczęśliwe. Australijczyk już trzykrotnie wznosił bowiem mistrzowskie trofeum. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tegoroczna edycja była dopiero… czwartą. Dominację Robertsona w ubiegłym sezonie zdołał przerwać Shaun Murphy, ale po rocznej Australijczyk powrócił na gdyński tron.

Niedzielne pojedynki były dla Robertsona prawdziwym testem cierpliwości i umiejętności. Niewiele brakowało, a Australijczyk oblałby już pierwszy egzamin, który zafundował mu Oliver Lines. Anglik prowadził w tym meczu już 3:2, ale w decydującym momencie meczu nie potrafił postawić kropki nad "i".


Robertson na świętowanie zwycięstwa nie miał jednak zbyt wiele czasu. Po dwudziestu minutach ponownie stał bowiem przy snookerowym stole, walcząc o półfinał z Juddem Trumpem. Koledzy z jednej drużyny zafundowali kibicom kolejny dreszczowiec, który zakończył się w siedmiu partiach. Po ostatnim wbiciu górą był Robertson, który odebrał rywalowi nie tylko nadzieję na końcowe zwycięstwo, ale także... naszywkę sponsora. Obaj snookerzyści sponsorowani są bowiem przez tę samą chińską firmę, o czym Robertson najwyraźniej zapomniał.

- Dzięki przyjacielu za sponsorskie logo – napisał Australijczyk na jednym z portali społecznościowych.

W półfinale doszło do najbardziej wyczekiwanego pojedynku, nazywanego przez wielu "przedwczesnym finałem". Dwukrotny triumfator turniejów PTC rozgrywanych w Polsce zmierzył się bowiem z obrońcą tytułu - Shaunem Murphy'm. Rywalizacja nie przyniosła jednak spodziewanych emocji. Po dobrym początku faworyzowany Anglik zupełnie oddał bowiem inicjatywę rywalowi, a w ostatnich dwóch partiach nie wbił nawet jednej bili. Ostatecznie pojedynek zakończył się zwycięstwem Robertsona 4:2, co oznaczało koniec marzeń mistrza świata z 2005 roku o obronie tytułu.

W walce o okazałe trofeum Australijczyk zmierzył się z Markiem Williamsem, który niespodziewanie dotarł do finału gdyńskiego turnieju. Po raz ostatni w tej fazie turnieju Walijczyk był dwa lata temu, kiedy triumfował w innym turnieju z cyklu PTC rozgrywanym w Rotterdamie. Patrząc na dobry wynik dwukrotnego mistrza świata należy jednak wziąć pod uwagę, że w drodze do finału nie musiał mierzyć się z rywalami z najwyższej światowej półki.

Finałowy pojedynek nie zapisze się na długo w historii snookera. Robertson pewnie wygrał dwa pierwsze frejmy, trzeciego wykradł rywalowi znakomitym czyszczeniem, a swoje zwycięstwo przypieczętował stupunktowym brejkiem. Za zwycięstwo Australijczyk otrzymał okazały puchar oraz 20 tys. funtów, które pozwoliły mu wskoczyć na drugie miejsce w światowym rankingu.

Neil Robertson - Mark Williams 4:0
65-17 (65), 64-5, 71-67 (63, 67), 117- 0 (109)

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
inf.własna
Komentarze (1):
  • RedEvil Zgłoś komentarz
    W artykule nie ma ani słowa o Polakach... i słusznie :/ Pal licho optymistów, którzy wieszczyli Filipiakowi przejście 2-3 rund z głównej drabinki, ale żeby odpadać z wynikami do zera?
    Czytaj całość
    Słabo to wyglądało. Z drugiej strony, jeśli PTC w Gdyni ma być jedyną okazją do pokazania się naszych, nie są wysyłani na żadne inne zawody tej rangi, to i nie dziwię się, że ciążyła na nich dodatkowa presja i jak tylko pierwszy frejm się nie ułożył, tak gra sypała się lawinowo nawet, jeśli przeciwnik pozwalał na częste wizyty przy stole (a Lines wręcz zapraszał...). Jestem szczerze zainteresowany tym, co Krooger Team zaplanuje na przyszły sezon. Na przeloty na azjatyckie turnieje oczywiście nie stawiam, ale niechby wysyłali naszych chociaż w granicach Europy. A co do samego Gdynia Open świetnie dla kibiców się ułożyło, że do dalszych rund zazwyczaj przechodzili zawodnicy o bardziej rozpoznawalnych nazwiskach. Koniecznie muszę się postarać o to, by w następnych sezonach samemu znaleźć się na trybunach tego turnieju. Będę jedynie musiał podszkolić się, kiedy klaskać, żeby robić za "klakiera" ;), bo gdzie nie spojrzę, tam czytam, że z reakcjami publiczności było momentami źle - bila wpadała na frejm, a oni cisza. Tak nie można ;P @Edit No tak, słowo o Polakach było dzień wcześniej. Mea culpa.
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×