KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Jak się organizuje esport? Wywiad z Adamem Gilem z Polskiej Ligi Esportowej

Adam „Destru” Gil, Head of Esports z PLE, rozmawia z nami o tym, jak wygląda jego praca. Jakie wyzwania stoją przed organizatorami, ile osób jest potrzebnych, by zarządzać profesjonalną ligą, i jakie są perspektywy kariery w tej branży.

Sławomir Serafin
Sławomir Serafin
Adam Gil, Head of Esports PLE Polska Liga Esportowa / Polska Liga Esportowa / Adam Gil, Head of Esports PLE

Chcę zorganizować ligę esportową. Co muszę zrobić?

Kroków do wykonania jest sporo. Na pewno na początku wypadałoby zbadać, jak wygląda rynek pod kątem tego, czy takie rozgrywki się odbywają, czy też nie. Następnie trzeba się skontaktować z developerem. I tu zaczynają się schody, bo niektórzy producenci gier zezwalają na organizowanie turniejów tylko na określonych warunkach. Zazwyczaj jest to determinowane wysokością puli nagród. Niektórzy mają całkiem zamknięte ekosystemy, do których albo nie da się wejść, albo trzeba spełnić wiele wygórowanych warunków.

Na przykład?

Na przykład mają wytyczne dotyczące partnerów ligi. Tak robi chociażby Riot Games ze swoimi League of Legends i Valorant, które są ujęte w jeden esportowy ekosystem, z określoną strukturą, nad którym nadzór sprawują developerzy. Na najwyższym poziomie profesjonalizacji oczywiście, nie w przypadku pomniejszych, półamatorskich i lokalnych rozgrywek. Dlatego w Polsce jest tylko jedna oficjalna liga League of Legends, a reszta to różnego rodzaju turnieje. W Counter-Strike’u jest z kolei odwrotnie. Tutaj developer pozwala na dużo, choć jeśli chce się organizować turnieje najwyższego szczebla, to też wymagany jest pewien poziom współpracy.

Dobrze, mamy zgodę producentów na zorganizowanie naszej ligi. Co dalej?

Cóż, wypadałoby znaleźć uczestników. Ale zanim zaczniemy rozmowy z drużynami, musimy ogarnąć całą kwestię logistyki rozgrywek, komunikacji, puli nagród, dystrybucji tej puli. I dopiero następnym krokiem jest zaoferowanie swojego produktu zawodnikom i organizacjom. Część z nich jest zapraszana ze względu na swoje osiągnięcia, a część przechodzi zwykłą drogę kwalifikacji. Mogą być one podzielone na etapy, na przykład kwalifikacje otwarte dla wszystkich i kolejne, zamknięte, dla zaproszonych zespołów. W tym czasie formuje nam się ta finalna struktura ligowa, w zależności od liczby drużyn, formatu rozgrywek. Zazwyczaj liga podzielona jest na kolejki w fazie grupowej oraz fazę play-off, czyli finały. W trakcie trzeba pamiętać o nadzorze wykonawczym nad rozgrywkami. Tutaj zaangażowani są administratorzy, produkcja telewizyjna, osoby odpowiedzialne za konfigurację sprzętową serwerów i połączeń z zawodnikami… Myślę, że w ten proces może być zaangażowanych od 15 do 30 osób dziennie po stronie samego organizatora.

Czyli żeby na przykład obsłużyć PGE Dywizję Mistrzowską CS:GO w Polskiej Lidze Esportowej, potrzeba nawet do 30 osób?

Tak. Do tych 15 osób, które pracują bezpośrednio w PLE, dochodzą kontraktorzy zewnętrzni. Na przykład z produkcji telewizyjnej, czyli kolejnych 10 osób i jeszcze kilku administratorów wspomagających. I do tego inne zewnętrzne podmioty. Przykładem jest tu zespół odpowiadający za nagrywanie wideo. Okazuje się więc, że w trakcie sezonu organizacja ligi to jest stała praca dla 30 osób, może nawet kilku więcej.

Cały czas mówimy o rozgrywkach online, a sytuacja wygląda inaczej, gdy mamy do czynienia z eventem na LAN-ie, prawda?

Oj tak. Na przykładzie tego, co zorganizowaliśmy w maju (finał Rundy Wiosennej w PLE – przyp. red.), mieliśmy trzy różne lokalizacje. Było to wydarzenie hybrydowe, czyli częściowo rozgrywane online, a częściowo na żywo na LAN-ie. Samej obsługi technicznej w miejscu, gdzie znajdowali się gracze, było ponad 20 osób. Jeśli chodzi o ESpot, gdzie odbywała się impreza kibicowska i różne aktywności okołofinałowe, to potrzebnych było kolejnych 15 osób. Osoby obsługujące cały event, VIP-ów, catering, przejazdy, hotele… na pewno jeszcze dodatkowych 15 osób. Także transmisja telewizyjna zostaje doposażona w kolejne osoby. Więc w przypadku takich finałów, nad organizacją czuwało ponad pół setki osób. A i tak było to wydarzenie lokalne, a nie impreza rangi światowej, na dodatek bez publiczności,. Duże eventy w halach sportowych czy arenach wymagają nawet, tu chyba nie przeszacuję, mówiąc, że pół tysiąca lub więcej osób odpowiedzialnych za organizację.

Mówisz o kontraktorach, administratorach, logistyce i komunikacji. Esport także od strony organizacji bardzo się sprofesjonalizował – kiedyś za turnieje i ligi odpowiadali sami gracze lub pasjonaci. A dziś?

Dziś zdecydowanie jest inaczej. My ogólnie pracujemy już na zupełnie innych warunkach. Staramy się działać rynkowo, przez przetargi, przez dyskusję branżową. Odchodzi się już od tego, że jednostki są odpowiedzialne za wszystko. Cała struktura, która sprawia, że wszystko przebiega płynnie, według planu i bez problemów, wymaga ludzi, którzy po prostu muszą się znać na tym, co robią. Oczywiście, nadal jest to specyficzna i dynamiczna branża, zależna od wielu czynników zewnętrznych, takich jak choćby dostawy prądu czy internetu. Ale i tu musimy mieć plany awaryjne i odpowiednio przygotowane osoby. Zawodowe rozgrywki wymagają zawodowych organizatorów, po prostu.

Czy jest jakaś szkoła, gdzie można się tego nauczyć?

Nie ma. Ciężko się nauczyć organizowania tego typu wydarzeń w ramach systemu edukacji. Doświadczenie niestety należy zdobywać indywidualnie. Ale to jest prawdą dla całej branży imprezowej. Organizowania i nadzoru nad różnymi eventami, w tym i esportowymi, człowiek uczy się w trakcie pracy. Oczywiście przydają się zdolności w dziedzinie logistyki, marketingu, PR-u i tak dalej. I bardzo pomaga też znajomość danej gry. Nie jest konieczna, zwłaszcza w przypadku osób zajmujących się kwestiami technicznymi, ale dobrze jest znać temat. Oczywiście w przypadku administratorów, sędziów i komentatorów doskonałe obycie z grą jest wymogiem podstawowym.

Załóżmy, że ktoś jest wielkim fanem na przykład Counter-Strike’a. Chciał grać, chciał być zawodowcem, ale niestety z jakichś powodów nie wyszło. Nadal jednak chce uczestniczyć, być częścią esportowej branży. Jakie ma na to szanse? Co byś powiedział komuś, kto marzy o pracy przy organizacji rozgrywek – czy może wiązać z tym swoją zawodową przyszłość?

Zdecydowanie tak. Napływ zawodników jest bardzo duży. Esport rozwija się niesłychanie dynamicznie. I, mówiąc wprost, jest to idealny moment, by się właśnie nad taką przyszłością zastanowić. By przekształcić hobby w pracę. Próg wejścia w tę branżę nadal jest relatywnie niski, a perspektywy są bardzo dobre. Później będzie trudniej, właśnie z uwagi na bardzo szybko postępującą profesjonalizację. Ale nie dokonała się ona jeszcze do końca, więc zdecydowanie zachęcam do próbowania. Zwłaszcza że, podpierając się własnym przykładem, praca organizatora w esporcie jest bardzo satysfakcjonująca.

A jaki jest największy koszmar organizatora? Coś, co nie daje spać w nocy przed eventem lub kolejną kolejką rozgrywek?

Zdecydowanie nieprzewidziane problemy techniczne, o których wspomniałem wcześniej. Nagły brak prądu lub dostępu do sieci. To jest najgorsze, co może się zdarzyć. Organizacja rozgrywek to też praca z ludźmi, z zawodnikami, i tu też mogą wystąpić jakieś tarcia. Ale to pomniejsze zmartwienie. Bywają też takie nietypowe. Na przykład niedawno, przed naszym Superpucharem rozgrywanym na zewnątrz w warunkach plażowych, bardzo martwiliśmy się o pogodę. To się w naszej pracy nie zdarza zbyt często.

Dziękuję za rozmowę.

I ja dziękuję.

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (0)
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×
    Sport na ×