Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Rąbią na potęgę. Siła, ale i precyzja. Oto niezwykle widowiskowy i ekstremalny sport ze 150-letnią tradycją

Mistrzowie ostrego cięcia. Zawsze walczą do ostatniej drzazgi i w Europie nie mają sobie równych. Marcin Juskowski pobił rekord świata w konkurencji "stock sow", osiągając magiczne 9,51 sekundy.
Bartosz Zimkowski
Bartosz Zimkowski
Marcin Juskowski Materiały prasowe / Na zdjęciu: Marcin Juskowski

- Nie mam dużo blizn. Dzięki Bogu nigdy nie miałem poważniejszego wypadku. Przez 16 lat zawsze wracałem cały i zdrowy. To jest sport ekstremalny, ale z drugiej strony nie wiem, co musiałbym zrobić, żebym zrobił sobie krzywdę. Mamy specjalne ubranie ochronne, do tego ochronniki uszu, oczu.

Pamiętam jedną sytuację. Wygrał wtedy Arek Drozdek i po konkurencji naciął sobie lekko skórę nad kolanem. Była do szycia. A Krzysio Majewski sprawdzał przed zawodami, czy siekiera jest ostra i się skaleczył. Podczas zawodów, przy każdym wysiłku, kapała krew. Kropki były wszędzie. Pojechali we dwóch do szpitala, jeden do szycia, drugi do opatrunku, bo nie mogli zatamować krwawienia. Pytają tam:

- Które miał pan miejsce?
- Pierwsze!
- A pan?
- Trzecie!
- To co się stało drugiemu?!
- Drugi jak zawsze wyszedł cały i zdrowy!

A drugi byłem właśnie ja! - śmieje się Marcin Juskowski, który pobił rekord świata w konkurencji "stock sow". Na odcięcie dwóch krążków drewna od poziomo ustawionej kłody topoli potrzebował zaledwie 9,51 sekundy.

Trudno uwierzyć, ale historia sportowego rąbania drewna liczy sobie, bagatela, 150 lat. W 1870 roku w Australii odbyły się pierwsze zawody, a 21 lat później zorganizowano na Tasmanii mistrzostwa świata. Ten ekstremalny sport porwał publiczność i obecnie zawody odbywają się już wszędzie, jak świat długi i szeroki.

Drwale to twardzi mężczyźni. Z siekierą w ręku są w stanie zrobić cuda w drewnie. Nie zdążysz nawet mrugnąć powieką, jak drewno na zimę będzie porąbane. 

Bartosz Zimkowski, WP SportoweFakty: pobił pan rekord świata. Proste pytanie: jak tego dokonać?

Marcin Juskowski, rekordzista świata w konkurencji "stock sow": Wieloletnie doświadczenie w tych zawodach. I przede wszystkim: trening, trening i jeszcze raz trening.

Tylko?

Trzeba mieć dryg. Szybko podnieść pilarkę, dokładnie wcelować w miejsce, gdzie ma być cięcie. Następnie szybkie przejście z dołu do góry. Musisz cały czas słyszeć pilarkę: wiedzieć, czy nie chodzi za lekko czy za ciężko. Mówiąc wprost, żeby nie miała za wysokich obrotów albo za małych. 

Jak się pan znalazł w tym sporcie?

Jestem od 1988 roku w Ochotniczej Straży Pożarnej. Wstąpiłem jak miałem 10 lat. Od zawsze interesowała mnie straż. Prenumerowałem takie czasopismo branżowe. Maglowałem je regularnie i któregoś dnia natrafiłem na reklamę: chcesz sprawdzić swoje siły? Zapisz się!

Co było dalej?

Zapisałem się na eliminacje. Coś tam wiedziałem, że jest siekiera i piła. Co ja nie dam rady?! Przecież ze wsi jestem! Pojechałem zatem na eliminacje, przyszła moja kolej i wtedy pomyślałem: Boże, co ja tutaj robię?! Ale jedne eliminacje, drugie, bakcyl pozostał i tak jestem aż do dzisiaj. Piękne lata. Od początku podobało mi się. Poczułem, że to jest to, co chcę robić. Pamiętam, że nasz trener z Czech pokazał nam, jak można szybko wykonywać niektóre konkurencje. Nawet nam się to nie śniło.

Tak kiedyś pokazywał, że w zeszłym roku zajęliście czwarte miejsce na mistrzostwach świata.

To ogromny sukces. Kiedyś było tak, że USA, Kanada, Australia i Nowa Zelandia dominowały w mistrzostwach. Ciężko było ich pokonać i jeżeli trafiło się na którąś z tych reprezentacji, to można było powiedzieć, że nie było szans przejść dalej. Chyba że przyplątałaby się im jakaś dyskwalifikacja. Każdy w zespole musi współpracować jak najlepiej i w każdej konkurencji musimy być po prostu bardzo dobrzy.

 Od lewej: Michał Dubicki, Krystian Kaczmarek, Marcin Juskowski, Marcin Darga / Fot. materiały prasowe Od lewej: Michał Dubicki, Krystian Kaczmarek, Marcin Juskowski, Marcin Darga / Fot. materiały prasowe
Jak to wygląda?

Kłody do konkurencji z siekierą to są topole. Jest przywożona z plantacji z Holandii. Tylko do konkurencji z piłą ręczną jest to sosna wejmutka. Trzeba wylosować numerek kłody. Powinna być czysta, ale nie zawsze jest. Wtedy można zawołać sędziego i poprosić o zmianę kłody, ale później już nie ma odwrotu. Jak kolejna będzie jeszcze gorsza, to już nie wrócimy do tej pierwszej. Dlatego rzadko się wymienia, ale zdarzyło się i później przeklinało się w duchu: "po co ja ją wymieniłem. Tamta nie była taka zła!".

Wygrywa najsilniejszy drwal?

Decyduje siła, wygrywa precyzja. Trzeba to skleić razem, żeby wychodziło. Bo można oczywiście wbić siekierę, ale jak się nie da jej wyciągnąć, to znaczy, że coś jest nie tak. Wbić, wyciągnąć i kolejny strzał. I kolejny, i kolejny. Tak to wygląda. Generalnie to zawsze kupa nerwów, bo człowiek chce, żeby wyszło jak najlepiej, a wiadomo, że to jest sport i różnie to bywa. Po zawodach zapomina się ile było stresów, ile treningów się zrobiło, ile czasu trzeba było poświęcić.

Jaki trzeba mieć czas, żeby pokonać najlepszych na świecie?

Rekord świata drużynówki to 47 sekund. To jest już kosmos i maksimum, co można osiągnąć. Na mistrzostwach Europy w Poznaniu mieliśmy 56 sekund. Tak sobie później siedzieliśmy i rozmawialiśmy, jakby każdy zbił na swojej konkurencji sekundę, to osiągnęlibyśmy 52 sekundy. Wtedy moglibyśmy powalczyć z Australią czy Nową Zelandią o podium. Tak trenowałem "stock sow", że udało się pobić rekord świata. Można powiedzieć, że ja zszedłem o sekundę (śmiech). Jako Polska mamy bardzo dobrych zawodników. Po zawodach w Poznaniu oglądałem mistrzostwa Niemiec i jakby wziąć szóstkę naszych i szóstkę ich, to nie mieliby żadnych szans.

Zawsze to były tylko zawody? 

Nie. 10 lat temu mieliśmy bardzo dużo pokazów. Jeździliśmy po całej Polsce, po dużych miastach i wsiach. Na wsiach frekwencja była naprawdę spora. Różnie to bywało. "Dawaj, dawaj!". Tak się przyzwyczajało do publiczności. Ale byliśmy też w Hali Stulecia we Wrocławiu czy w Spodku w Katowicach na różnych okazjach. Był Ibisz, Kryszak, Lady Pank grało po nas. To były fajne czasy, dużo ludzi się poznało. Pytali, co my tutaj robimy, jak żyjemy, czy mamy całe nogi, siekierę oglądali. Szkoda, że się skończyło, bo to były fajne chwile. Trochę Polski się zwiedziło.

Czym się pan zajmuje na co dzień?

Mam własną działalność gospodarczą. Budujemy sobie domki. Siła też przydaje się w pracy. Jedno z drugim idzie w parze.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: była gwiazda narciarstwa szaleje na wakeboardzie

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (2):
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×