WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Piotr Małachowski: Kiedy Ciechanów jest Nowym Jorkiem

Jak się pojawiły pieniądze, telewizja i ludzie zaczęli zaczepiać na ulicach, pojawił się też pierwszy bankiet, potem drugi i trzeci. A u mnie jest problem z asertywnością - opowiada dwukrotny wicemistrz olimpijski w rzucie dyskiem, Piotr Małachowski.
Michał Kołodziejczyk
Michał Kołodziejczyk
PAP / Bartłomiej Zborowski / Na zdjęciu: Piotr Małachowski

Michał Kołodziejczyk, WP SportoweFakty: "Nie podobał mi się. Był niski i jakiś taki nieforemny" - powiedział o panu trener Witold Suski, który później poprowadził pana po medale na igrzyskach. Niezłe osiągnięcia jak na nieforemnego.

Piotr Małachowski: Pewnie był na mnie zły, bo wygrałem z jego zawodnikami. Przyjechałem z jakiegoś Bieżunia, z jakiejś wioski, rzuciłem dyskiem, a Suski mi ten rzut postanowił uznać, chociaż był minimalnie spalony. Okazało się, że to był najdalszy rzut zawodów. No i trener mnie przygarnął. I zostałem.

Spodziewał się pan, że to będzie droga tak bardzo bogata w sukcesy?

W Bieżuniu mieszkało z półtora tysiąca osób, a 90 procent młodych spakowało się i wyjechało pracować do Anglii. To był szczyt marzeń, granica wyobraźni. Chciałem być sportowcem, ale myślałem o tym raczej jak o jakiejś przygodzie. Miałem 13 lat, myślałem, że może będę piłkarzem i pogram w niezłej drużynie. A później zadziałał schemat, jak u wielu sportowców u nas.

Jaki schemat?

Widziałem, co się dzieje, i nie chciałem w tym uczestniczyć. Od poniedziałku do piątku praca w gospodarstwie, w piątek wieczorem bomba w barze, w sobotę powtórka, a w niedzielę leczenie kaca. Wygrałem jakieś zawody i niby było fajnie, bo otwierała się jakaś furtka, ale wtedy zmarł mój tata.

Musiał pan zostać w domu?

Zaproponowano mi wyjazd do Ciechanowa, żeby potrenować w innych warunkach, ale mama nie miała pieniędzy. Wakacje minęły i nic. To nie tak, że biedowaliśmy, nie byłem zdany sam na siebie, mamę raczej zajmowało jednak wychowywanie siostry. W końcu klub WMKS Płońsk zobowiązał się do ponoszenia opłat za moją bursę, ale to trwało dwa, trzy miesiące i się skończyło. Jeśli chodzi o polskie kluby, to od tamtego czasu nic się nie zmieniło. To szkoła przetrwania. Finansowo udało się ogarnąć temat, ale pojawiły się inne problemy.

Jakie?

Ciechanów był dla mnie jak Nowy Jork i zachłysnąłem się nowymi rzeczami. Trafiłem w złe towarzystwo. Mama interesowała się tym, co u mnie, na tyle, na ile mogła. A mogła niewiele.

Bo pan się buntował?

Bo miała do mnie sześćdziesiąt kilometrów i bez samochodu nie miała jak się dostać. Nie miała kontroli nade mną, zostałem rzucony na głęboką wodę. Trafiłem w miejsce pełne nowych znajomości, pełne pokus. To otoczenie było dla mnie niebezpieczne.

ZOBACZ WIDEO Mistrz olimpijski, Mateusz Kusznierewicz rusza w rejs dookoła świata!

Jakie to były pokusy? Że piwo po szkole?

Albo przed.

Często?

Nie byliśmy grupą pijaków, ale alkohol był obecny. Narkotyki też. Nie że twarde - marihuana raczej. Spróbowałem, bo jakbym nie spróbował, padłoby hasło, że donoszę. A chciałem należeć do grupy, nie chciałem wykluczenia. Kombinowaliśmy, jak iść na wagary, jak wyjść z bursy po 22:00, wrócić nad ranem, a później pójść do szkoły. Chciałem być w "ekipie".

To było takie szybkie dojrzewanie? Bez ojca?

Na wsi wygląda to trochę inaczej. Oczywiście, że byłem z tatą związany, ale te więzi nie były specjalnie mocne. Tata miał swoje problemy. Ostatnie dni jego życia nie były dla nas fajne, pokłóciliśmy się i w ogóle się nie odzywaliśmy. Tata zawsze był osobą, do której można było się zwrócić po pomoc, liczyć na poradę. Jego odejście było ciosem dla piętnastoletniego chłopaka, ale tak naprawdę zawsze mnie i siostrę wychowywali dziadkowie. Tata pracował, mama zajmowała się do tego jeszcze domem. Chciałem jak najszybciej zacząć zarabiać, żeby starczało chociaż na moje zachcianki. Zawsze jakoś dawałem radę.

Znajomi mówią o panu: "Piotrek wie, co to bieda".

To był ciężki okres, jedliśmy chleb z pasztetem i byliśmy szczęśliwi. Dziś potrafimy wybrzydzać w restauracjach. Kiedyś z Tomkiem Majewskiem jak mieliśmy dychę na dwóch, to kupowaliśmy arbuza, żeby jednocześnie się najeść, napić i żeby starczyło na piwo po treningu. Nie mieliśmy pieniędzy, ale byliśmy szczęśliwi.

To były mocne przeżycia. Do szpitala wpada ekipa, jeden lekarz trzyma dziecko za nogi, drugi za ręce, a pani doktor wkłada mu rurki do nosa, gardła. Wszędzie jest krew. Ciężko było nawet na to patrzeć. A co mogli zrobić rodzice? Cieszę się, że pieniądze z licytacji mojego medalu komuś pomogły

Kiedy zaczął pan pracować na bramce w dyskotekach?

Jak już przyjechałem do Warszawy i poznałem kilka osób. Wielu studentów dorabiało sobie w ten sposób. To fajna praca pod warunkiem, że możesz wrócić do domu i się wyspać. Ja miałem gorzej, bo wracałem o szóstej nad ranem, a o dziesiątej musiałem być na treningu. Tragedia, ale nie miałem wyjścia - chciałem mieszkać w Warszawie, żyć, mieć na odżywki, jedzenie, kino czy imprezę. Chciałem być normalnym człowiekiem, a za stanie na bramce płacili naprawdę dobrze. W czwartek był klub "Relaks" na AWF, w weekend coś w centrum, jeździłem też pod Warszawę. To nie było przyjemne zajęcie, trzeba mieć do tego powołanie.

Jak to powołanie?

Wielu chłopaków leczyło tą pracą kompleksy. Brali sterydy, rozrastali się, a później maltretowali ludzi.

Szukali zaczepki?

Pracowałem z wieloma osobami, które tylko po to się zatrudniały, żeby komuś wpieprzyć. Oczywiście - były czasami także awantury, kiedy po prostu trzeba było się bić. Przyjeżdżali jedni na drugich, było odbijanie bramek, stara ekipa próbowała odbić dyskotekę młodym.

Pan też lubił przyłożyć?

Nie wiedziałem w tym sensu. Zresztą, kiedyś wstawiłem się w słusznej sprawie i miałem nieprzyjemności. Wychodziłem z knajpy i zobaczyłem, jak facet bije żonę. Dałem mu kilka razy po twarzy, nie za mocno, bo już duży byłem i wiedziałem, że mogę zrobić krzywdę. Kobieta jednak zaczęła wyzywać mnie od bandytów i zadzwoniła po policję. Nie miałem sprawy, ale dostałem nauczkę. Najlepiej się nie mieszać.

Czy Piotr Małachowski zdobędzie upragnione złoto w Tokio?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (8):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • żółtoniebieski czesio 1
    Tjaa, a potem jak dochodzi do tragedii to oczywiście nikt nic nie wiedział. Pierwsza i głupia zasada raczej. Jak się widzi przemoc w jakiejś rodzinie to trzeba reagować.
    W8inG4DeatH [Komentarz usunięty]
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • dt60 0
    Pozdrawiam ,życzę dalszych sukcesów.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Johnydegun21 4
    No wlasnie baranie, tym bardziej, ze mogla byc ladacznica i go zdradzac. facet w koncu sie przemogl i dal jej w pysk a ty go zlales. Mysl malachowski, to nie kosztuje. Jestem przeciwnikiem mordobicia czy bicia kobiet a tym bardziej w malzenstwie ale mozna rozpoznac kto jest damskim bokserem a kiedy jest bojka miedzy malzonkami. Wtedy najlepiej sie nie wtracac
    [ 1 komentarz w tej dyskusji ] Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (5)
Pokaż więcej komentarzy (8)
Pokaż więcej komentarzy (8)
Pokaż więcej komentarzy (8)