Jeśli masz szczęście, 15 minut. Jeśli trochę mniej, to ponad dwie godziny. A jeśli zupełnie cię opuści, ponad cztery.
Tak wyglądał czas oczekiwania na wynik testu koronawirusa przed rozpoczęciem Halowych Mistrzostw Europy w Toruniu. Testu obowiązkowego, to znaczy że przejść musieli go absolutnie wszyscy: od działaczy, przez dziennikarzy i komentatorów telewizyjnych, po trenerów i najważniejszych bohaterów imprezy, czyli lekkoatletów.
Długie oczekiwanie na wynik nie musiało być takim najgorszym przeżyciem, jednak sprawy nie ułatwiał fakt, że całe centrum testowe HME umieszczono w podziemnym parkingu Areny Toruń, gdzie temperatura była tylko nieznacznie wyższa niż na zewnątrz. Złej woli organizatorów nie było w tym żadnej, było to prawdopodobnie jedyne tak duże miejsce do zgrupowania większej liczby osób.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Ana Ivanović w nowej dla siebie roli. Internauci zachwyceni
Zawodnicy nie ukrywali jednak zniecierpliwienia i poczucia chłodu, na co najlepszym dowodem był widok Karoliny Kołeczek (60 m/pp), która skryła się pod puchową kurtką i zimową czapką. Na szczęście wszystkie niedogodności wynagrodził negatywny wynik testu.
A po środowych zawirowaniach związanych z Ewą Swobodą, która przez koronawirusa straciła ogromną szansę walki o złoty medal, wyników testów nikt już nie traktuje jak formalności. Dramat polskiej sprinterki wywołał nerwy, niepewność i pytania: czy ja nie będę następny?
Innymi sprawami niż sportem była zajęta pierwsza reprezentantka Polski na Halowych Mistrzostwach Europy w Toruniu. Klaudia Kardasz sprawiła bardzo niemiłą niespodziankę i nie awansowała do finału konkursu pchnięcia kulą (WIĘCEJ TUTAJ), choć przyjechała na imprezę jako czwarta zawodniczka na europejskich listach (18,57 m).
- Nie wiem, czego zabrakło. Może właśnie głowa nie dojechała? - zastanawiała się po swoim starcie 24-latka, dla której pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, że eliminacje stały na najwyższym poziomie w historii HME, a awans do finału dawało dopiero 18,16 m.
Na szczęście z niczego po eliminacjach nie musiał się tłumaczyć Marcin Lewandowski. Po ostatnich mistrzostwach Polski kapitan naszej kadry nazwał sam siebie "starym lisem" i w czwartkowy wieczór to uzasadnił. Czający się na czwarte złoto z rzędu HME "Lewy" przez prawie cały bieg trzymał się za czołówką, by na 100 metrów przed metą zaatakować i pewnie wygrać.
- Jestem żołnierzem, więc wykonałem zadanie - powtórzył znaną formułkę po udanych eliminacjach i dodał, że w finale liczy na medal nie tylko swój, ale Michała Rozmysa. On jako drugi z naszych biegaczy awansował do sobotniego finału 1500 metrów.
Drugiego dnia HME na starcie zobaczymy kolejne polskie gwiazdy - m.in. Justynę Święty-Ersetic (eliminacje 400 m), Michała Haratyka (eliminacje i finał pchnięcia kulą), Adam Kszczota (eliminacje 800 m) czy Joannę Jóźwik (eliminacje 800 metrów).
Z Torunia - Tomasz Skrzypczyński, WP SportoweFakty