Modlitwa za kolejny tydzień pracy

Jedno łączy przybyszów z daleka, ten sam tryb: praca, sen, praca. Dlatego mogą tam naładować akumulatory, odsapnąć i przygotować się na kolejny, często wykańczający tydzień w pracy.

Mateusz Skwierawski
Mateusz Skwierawski
Emir Hamad bin Khalifa Al Thani Getty Images / Jean Catuffe / Na zdjęciu: Emir Hamad bin Khalifa Al Thani
Z Kataru Mateusz Skwierawski

W tygodniu to miejsce jest puste. Na parkingu wielkości pasa startowego stoi kilka aut i radiowóz. Policyjny jeep skierowany jest centralnie na kilkumetrowy mur otaczający wielkie gmachy. W piątki i niedziele zjeżdżają tu tłumy. Wielki plac tętni życiem bardziej niż stadionowe trybuny. Może jest tu dużo kurzu i brakuje pięknego oświetlenia, ale w drewnianych rzędach kościelnych ław miejsca kończą się zaraz po tym, gdy wzejdzie słońce.

Lgną tam ci, którzy nie wyznają islamu. Emir Hamad bin Khalifa Al Thani zgodził się wydzielić dla nich święty obszar. Na obrzeżach miasta w Abu Hamou, godzinę jazdy autobusem, a dwadzieścia minut drogi samochodem, pośrodku autostrad, budynków bez zdobień i licznych piaszczystych terenów, powstało miasteczko kościołów - "Church City".
Parking przed wejściem do Parking przed wejściem do "Church City"
Wejście do kościoła Matki Boskiej Różańcowej Wejście do kościoła Matki Boskiej Różańcowej
Wyrzuceni za miasto

To miejsce skupiające różne odłamy religijne. Na mapie widzimy dokładną rozpiskę świątyń. Są kościoły anglikański, prawosławny, koptyjski czy syryjski. Dwa inne są w budowie.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: nagranie Lewandowskiego hitem sieci. Kapitan nie próżnuje

Z jednej strony to wielki ukłon Emira. W końcu oddał własną ziemię i przeznaczył na postawienie kościoła katolickiego 20 milionów dolarów. Z drugiej - nie przypadkiem wyznaczył innowiercom obszar poza miastem. Podobnie jak w przypadku "Industrial Area" - "oczyścił" centrum państwa od przybyszów z daleka. Strefa przemysłowa zamieszkana przez emigrantów również znajduje się daleko od drapaczy chmur, plaży, luksusowych jachtów i innych atrakcji, którymi wychwala się Katar.

Kościelny z Indii, starszy pan powtarzający, że Jan Paweł II był świętym człowiekiem, nie robi jednak z tego problemu. Z dużą wdzięcznością wypowiada się o możliwości praktykowania religii na obcej ziemi. To gorliwy katolik. Zanim porozmawialiśmy, przynajmniej dziesięć razy okrążył kościół.

Szedł skupiony, równym, szybkim krokiem. Ruszał ustami, coś mówił. W podobnych punktach, na przykład przy choince lub stajence, wykonywał znak krzyża. Gdy skończył kreślić na ciele charakterystyczne punkty prawą dłonią, zawołał strażnika. - On jest z Polski, pokażmy mu kościół - lekko podniósł głos, ale nadal mówił tak, jakby za ścianą spało dziecko.
Mapa kościołów Mapa kościołów
Modlitwy w willach

Pokazał nam wysoką na kilkanaście metrów choinkę ozdobioną bombkami i gwiazdą, pod którą leżą prezenty. Pochwalił ministranta z Filipin, który sam z siebie przygotował stajenkę. Zaprowadził przed ołtarz, wskazał na świąteczny wieniec. A za chwilę mówił z dumą o obrazie świętej Faustyny Kowalskiej.

W kościele słyszymy, że na miejscu mieszka od 100 do 200 tysięcy katolików. W Katarze piątek traktowany jest jak niedziela. To dzień wolny od pracy, czas wyciszenia. Od niedzieli zaczyna się natomiast tydzień roboczy.

Dlatego w piątek "Church City" otwiera się ze wschodem słońca. Od godziny szóstej rano do wpół do ósmej wieczorem odbywa się dziewiętnaście mszy świętych z jedną dłuższą, półtoragodzinną przerwą. Odprawiane są w kilkunastu różnych językach: południowokoreańskim, indonezyjskim, angielskim, urdu, tamilskim, syngaleskim czy arabskim. W soboty są nabożeństwa po włosku, francusku i hiszpańsku.

Przed 2008 rokiem, gdy kościół katolicki został poświęcony i otwarty, mszę odprawiał ksiądz w prywatnych willach, czasem było tam nawet pięćdziesiąt osób. Inni wierni modlili się w salach gimnastycznych lub szkołach amerykańskich. Teraz świątynia może pomieścić do czterech tysięcy wiernych.
Adwent po polsku

Podczas mundialu po raz pierwszy w katarskim kościele została wyprawiona msza w języku polskim. Ksiądz Jerzy Kostorz przemawiał z ambony dla grupy ponad 150 osób. W czasie turnieju był tam także portugalski trener Fernando Santos.

- Franciszkanin dostarczył mi księgi liturgiczne w języku angielskim, ale prowadziłem msze dla Polaków, dlatego mówiłem po polsku - opowiada nam Kostorz, który przyjechał z reprezentacją Polski na mundial jako Rzecznik Etyki PZPN.

- Gościliśmy delegatów związku, prezesa, sponsorów. Był również Jerzy Brzęczek, były selekcjoner, a także Polacy mieszkający w Doha - kontynuuje ksiądz Kostorz. - Do mszy dołączyła także grupa Filipińczyków. To była pierwsza niedziela adwentu, na zewnątrz 32 stopnie. Dotąd niespotykane dla mnie warunki, ale cieszę się, że była okazja spotkać się z wiernymi tak daleko od kraju - komentuje.

Ksiądz Kostorz opowiada, jak skontaktował się z kościołem. - Gdy dowiedziałem się, że jadę do Kataru, zacząłem szukać w internecie takiego miejsca. Sam się zdziwiłem, że w Katarze jest takie centrum religijne. Napisałem maila w języku angielskim na adres kościoła. Reakcja była dość szybka i bardzo entuzjastyczna. Także po mszy usłyszałem wiele ciepłych słów - komentuje

- Świątynia zrobiła na mnie duże wrażenie. Jej wystrój jest bardzo niebiański - mówi ksiądz.

Nasz rozmówca opowiada też o różnicach, jakie zauważył. - Nie ma możliwości powieszenia krzyża na zewnątrz kościoła ze względu na panujące w Katarze obyczaje. W środku nie brakuje jednak takich akcentów. Kościelny mówił, że w niedzielę, czyli dzień pracujący, świątynia też jest pełna. Najwięcej jest wiernych z Filipin - opowiada.
Obraz świętej Faustyny Kowalskiej Obraz świętej Faustyny Kowalskiej
Tu zbierają siły

W liczącym prawie trzy miliony Katarze jest tylko około trzystu tysięcy rdzennych obywateli. Prawie dziewięćdziesiąt procent pochodzi z takich miejsc jak Kenia, Filipiny, Nepal, Indie, Egipt i jeszcze kilka państw Afryki. To ludzie zatrudnieni do wykonywania brudnej roboty, pracujący w usługach, często jako sprzątacze.

Z jednej strony pełnią w Katarze rolę taniej siły roboczej. W porównaniu do standardu życia miejscowych, warunki, w jakich pracują, często godzą w prawa człowieka. Ale jest też druga strona medalu.

Po licznych rozmowach z klasą robotniczą przekonujemy się, że w zdecydowanej większości oni sami decydują się na taki los. Samuel, sprzątacz z miasteczka kibicowskiego, zarabia 1200 riali za miesiąc pracy w Katarze i - jak mówił nam - to trzy razy więcej, niż dostałby w Kenii. To często samotne okręty dryfujące na obcej ziemi zostawiające swoje rodziny w porcie. Dzięki temu mogą wysłać najbliższym pieniądze na lepsze życie w ich kraju. Takich przypadków jest mnóstwo.

Ale jedno łączy przybyszów z daleka, ten sam tryb: praca, sen, praca. Dlatego "Church City" jest dla nich miejscem, gdzie mogą naładować akumulatory, poczuć przynależność do grupy.

W piątek pusty parking zapełni się samochodami, podjadą autobusy z miasta. Abu Hamou stoi w korku. Wierni zakładają najlepsze ubrania. Tu chrzczą dzieci (ok. 20 tygodniowo), spowiadają się, biorą śluby.
Mur, który otacza Mur, który otacza "Church City"
Już czas

Gdy w pozostałej części Dohy słychać nawoływania do muzułmańskich modłów, za miastem rozbrzmiewają dzwony. Wystarczy przejść przez bramki bezpieczeństwa, oddzielne dla kobiet i mężczyzn, nie podpaść wykrywaczowi metalu - i jest się w środku. Choinka jest już ubrana, widać żłóbek. Kościelny z Indii kończy swoją pielgrzymkę dookoła świątyni. Za chwilę pierwsza msza. Czas odsapnąć, poprosić o siłę wewnętrzną i przygotować się na kolejny, często wykańczający tydzień w pracy.

To będzie kosmiczny finał! Francja robi swoje i zagra o złoto z Argentyną!

Marcin Gortat po raz pierwszy opowiada o pożegnaniu z tatą. "Kiedy ścisnął moją dłoń, prawie zgniótł mi kości". ZOBACZ PREMIEROWY ODCINEK PROGRAMU "ŻYCIE PO ŻYCIU"
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×