WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Zobacz drużynę

Radosław Kałużny: Zły chłopiec

Zastanawiałem się, czy jeśli popełnię samobójstwo, to będzie lepiej. Żona powiedziała mi, że to tchórzostwo, że myślą tak ludzie, którzy uciekają. A ja miałem w życiu różne role, ale tchórzem nigdy nie byłem - mówi były reprezentant Polski.
Michał Kołodziejczyk
Michał Kołodziejczyk
PAP / Przemek Wierzchowski / Na zdjęciu: Radosław Kałużny (z prawej).

Wejdź na TYPER.WP.PL i obstawiaj wyniki meczów MŚ!

Michał Kołodziejczyk, WP SportoweFakty: Leo Beenhakker powiedział kiedyś: "Dajcie mi jedenastu sukinsynów, a zdobędę mistrzostwo świata". Zgadza się pan?

Radosław Kałużny: Nie. Myślę, że Beenhakker trochę przesadził. Wystarczy pięciu, maksymalnie sześciu, potrzebni są też chłopcy, którzy zwyczajnie potrafią grać w piłkę.

Na boisku jest się sobą, czy udaje kogoś innego?

Można rozładować wszystkie stresy, wyrzucić z siebie złość. Mnie to bardzo pomagało, w trakcie meczu myśli się tylko o grze, o piłce. Lubiłem wyszumieć się na boisku, na codziennych treningach. Myślę, że to mnie oswobadzało i czułem się wolny. Problemy życia codziennego znikały, czyściłem głowę, wyrzucałem z siebie agresję.

ZOBACZ WIDEO "Damy z siebie wszystko" #23. Zaskakujące słowa dziennikarza. "Brakuje mi w kadrze Kucharczyka"

No to cytat z innego trenera. Bill Shankly powiedział, że z drużyną piłkarską jest jak z fortepianem - potrzeba ośmiu, by go przenieść i wystarczy trzech do grania.

Pamiętam swój debiut w Zagłębiu Lubin, cieszyłem się, że trener wreszcie na mnie postawił. To było chyba spotkanie z Motorem Lublin, grał tam taki jeden malutki, niewywrotny zawodnik. Przed meczem dostałem dość jasno sprecyzowane zadanie: "Widzisz go? Ten ma nie grać" - powiedział do mnie trener. Wiedziałem, co mam robić, w pierwszym wejściu trzeba było się przywitać i wybić mu z głowy grę w piłkę. Miałem problemy z takimi niskimi zawodnikami, bo sam byłem wysoki. Jakby mnie mały wziął w obroty, to mogłem sobie kolana powykrzywiać w różne strony. Wszedłem, zameldowałem się i już uciekał na drugą stronę, jak tylko mnie zobaczył. Mnie też było łatwiej, bo nie musiałem się z nim męczyć. Często byłem od takich zadań specjalnych. Jakby człowiek, którego pilnowałem, poszedł do toalety, poszedłbym za nim.

Czyli na pianinie pan nie grał.

Nie byłem wirtuozem. Posłusznie wykonywałem polecenia. Miałem za to wielkie serce do gry i charakter. Jeden z kolegów powiedział mi kiedyś, że na boisku to ze mnie straszne bydlę. Przyznałem mu rację. "Coś w życiu trzeba robić" - odpowiedziałem.

Ale jedenastu goli w 41 meczach reprezentacji Polski samym wielkim sercem się raczej nie strzela...

Któryś z trenerów poinformował mnie, że skoro nauczył konia gwizdać na palcach, to mnie nauczy grać w piłkę. Tyle lat trenowałem, że kilku rzeczy się dowiedziałem i byłem coraz lepszy. Wiedziałem, że jak przejmuje się przeciwnika z piłką to na linii środkowej, a nie na linii pola karnego. Miałem też dużo szczęścia - bez niego pewnie by mi się nie udało przez tyle lat grać na wysokim poziomie.

Czyli szczęście i serce do walki. Talentu pan naprawdę nie miał?

Miałem, ale o wszystkim decydował charakter. Zawsze było ze mną dużo problemów, bo mówiłem to, co miałem na myśli, nigdy nie liczyłem się z konsekwencjami. Niektórzy trenerzy to lubili, inni nie, ale zawsze mieli gwarancje, że kiedy wyjdę na boisko, to nie ustąpię. Nienawidziłem przegrywać, miałem duszę sportowca, kochałem rywalizację. A te gole w reprezentacji czy w klubach? Kiedyś żartowałem, że strzelałem tylko wtedy, kiedy nie miałem już siły dalej biec.

W sporcie o sukces łatwiej ludziom, którzy nie dostają wszystkiego od życia na tacy?

Podpisuję się pod tym. Nie chcę obrażać ani rodziców, którzy wożą swoje dzieci kilka razy w tygodniu na treningi, ani dzieciaków, które mają codziennie czysty i uprany najnowszy sprzęt. Uważam jednak, że lepszymi sportowcami są ci, którzy musieli sobie coś wywalczyć sami i pokonać wiele przeciwności. Jak ktoś jest zagłaskany na starcie, to może nie dobiec do mety. Dzieciaki z biednych rodzin walczą pazurami o swoje, dla nich piłka to często jedyna szansa na lepsze życie. Nie chcę generalizować, ale tak jest w większości dyscyplin. Sport to konkurs charakterów.

Pan startował w wielu takich konkursach.

Trenowałem wszystko, co się dało. Biegałem maratony, grałem w koszykówkę i siatkówkę, jeździłem na rowerze. Na kolarstwo byłem jednak trochę za duży i nie mogłem zrobić kariery. Takie wszechstronne przygotowanie okazało się bardzo przydatne. Kiedy zaczynałem swoją przygodę ze sportem, wychodziłem z domu o 7. rano i wracałem o 23. Później już tylko dostawałem lanie za to, że tak późno wróciłem. Ale w domu i tak nie miałem co robić, tam czekała na mnie tylko drewniana łyżka.

Na boisku byłem sukinsynem i może dlatego tak daleko zaszedłem. Gdybym był inny, pewnie w piłce bym nie zaistniał.


Jak to drewniana łyżka?

W sporcie niczego nie szukałem, po prostu uciekałem od rodziców, od ojca, który mnie bił. Nie chciałem dawać mu okazji, by znowu coś się wydarzyło, żeby znowu mnie palnął. Uprawianie wszystkich sportów świata dało mi swobodę. Skakałem po drzewach i czułem się wolny.

Dwa lata temu opowiedział pan o swoim dorastaniu Mateuszowi Karoniowi. Książka "Powrót Taty" była formą terapii?

Tak. Wykrzyczałem wszystko i próbowałem się uwolnić. Trzydzieści lat dusiłem się z tym sam. Powrót do wspomnień nie był miły, bo nikt nie wiedział, przez co przeszedłem. Tylko z dziadkiem mogłem o tym porozmawiać, ale jego już zabrakło. Nie jestem osobą, która się uzewnętrznia, nie chciałem tłumaczyć swoich emocji, bo chyba tak naprawdę nie potrafiłem ich nawet nazwać. Nie umiałem się tulić i prosić o współczucie, zresztą nigdy tego nie oczekiwałem. Książka była moją wersją, bo różnie o mnie mówiono i pisano, ale nikt nie znał prawdy.

Dlaczego tyle lat trzymał pan to w sobie?

Najpierw pewnie był wstyd. Bo czym tu się chwalić, że ojciec w szale złamał mi nos, albo że chowałem noże i kije, kiedy wpadał we wściekłość, bo bałem się o siebie. Milczałem, wolałem się dusić. Czasem, kiedy ktoś mnie krytykował za grę, miałem ochotę powiedzieć mu w twarz, że nie ma prawa, ale jakoś dawałem sobie radę. To też była próba charakteru, inni by się załamali. Z krytyką moich występów nigdy zresztą nie miałem problemów, sam wiedziałem, kiedy byłem w słabej formie. Nie rozumiałem jednak wchodzenia w życie prywatne. Do tego trzeba większej wiedzy, taktu i wyczucia.

NA KOLEJNEJ STRONIE PRZECZYTASZ M.IN.: O NAŁOGU, KTÓRY TOWARZYSZYŁ PIŁKARZOWI PODCZAS CZYNNEJ KARIERY, O WIZYCIE W KASYNIE I O TYM, JAK TRUDNO BYŁO KIEDYŚ OTRZYMAĆ POWOŁANIE DO REPREZENTACJI POLSKI.

Polub Piłkę Nożną na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (7):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • Amigo Amigo 0
    Radek trzym sie wszyscy cie pamietaja powodzenia
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • basala 0
    "Jakby człowiek, którego pilnowałem, poszedł do toalety, poszedłbym za nim." "Jakby człowiek"? Czyli kto (co), jakaś pozaziemska istota?
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • fishbed 1
    Daleko zaszedł? Czyli dokąd?
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (4)
Pokaż więcej komentarzy (7)
Pokaż więcej komentarzy (7)
Pokaż więcej komentarzy (7)